#1: The Final Cut

AD 2019 przed covidem jak jeszcze chodziłem do fryzjera

Słucham właśnie w internetowym Radiu 357 Topu Pink Floyd. (Nie zdarza mi się często słuchać radia przez streaming… to nie ma nic wspólnego z jakością i czarem radia analogowego. Radio przez internet to ciągle kiepsko skompresowana mp3ka)

Natomiast zupełnie nie o jakości streamingu chciałem pisać. Zasiadłem przed klawiaturą aby spróbować, w pewnym sensie sam przed sobą, wyjaśnić fenomen Pink Floyd.

Jestem z pokolenia, które „na żywo” ledwie liznęło Pink Floyd. Amused to Death oraz The Division Bell ujrzały światło dzienne w czasach mojego liceum. Nie udało mi się zaliczyć wielkiej wyprawy do Pragi na Pink Floyd, choć zabierała się tam ekipa z Gdańska. Watersa na żywo widziałem podczas jego pierwszego solowego koncertu w Polsce w 2002 roku na stadionie Gwardii w Warszawie i kilka razy później. Davida Gilmoura dopiera na koncercie w stoczni w Gdańsku.

Pink Floyd to muzyka, którą w całości poznałem w podstawówce. Poprzez audycje Tomka Beksińskiego, wyjazdy po szkole w miejsca gdzie można było zostawić czyste kasety i zapłacić za to, aby na następny dzień odebrać je z nagraną na nie płytą CD wybraną z dostępnego katalogu, często pisanego na maszynie albo ręcznie i kserowanego. Przełom ustrojowy i brak prawa antypirackiego był dla mnie wtedy takim samym zbawieniem jak Spotify dziś. Ale największą wartością była WIEDZA. A tę zdobywało się z gazet muzycznych. Magazyn Muzyczny, Rock’n’Roll a potem – Tylko Rock.

Gdańsk 2018 – chwilę przed koncertem Rogera Watersa

NIkt u mnie w rodzinie nie słuchał muzyki inaczej niż z radia. To ja „wymusiłem”, aby rodzicie kupili Unitrę i Altusy. I w radosnych czasach końcówki lat 80-tych każde kieszonkowe natychmiast zamieniałem na czyste kasety, z którymi przesiadywałem wieczorami przy II i III PR aby łapać z eteru dźwięki, którymi w następnych dniach nasączałem swoją dojrzewającą duszę. Ogromne znaczenie miała dla mnie osoba prowadząca audycje i to w jaki sposób zachęcała do albumu, który za chwilę miał zostać odtworzony w całości. Nie mogłem nagrać wszystkiego. Moje zasoby były ograniczone zasobnością kieszonkowego = czystych kaset. Dlatego zaangażowanie redaktora prowadzącego audycję było kluczowe. Ja tylko siedziałem z palcem przy buttonie „REC” i analizowałem – warto – czy nie warto.

Byłem w 6 albo 7 klasie. 12-13 lat. PRL upadał i można było pozwolić sobie, aby pierwszy raz zaprezentować The Final Cut – ostatnią płytę Pink Floyd z Watersem. W tym antywojennym manifeście pada nazwisko Chruszczowa, z tego powodu nie można było prezentować jej w Polsce bez odpowiedniej cenzury i wycinania niepochlebnych bądź dyskusyjnych fragmentów.

Młotem w łeb

To była kaseta TDK A90, magnetofon Unitra Diora M 9115. Końcówka lat 80-tych Tomek Beksiński w zastępstwie Tomasza Szachowskiego. A w głośnikach Pink Floyd – The Final Cut

Moje pierwsze świadome zetknięcie z Pink Floyd, z głosem Rogera Watersa, z całym uniwersum, które dopiero miałem poznać. The Final Cut uderzyło mnie całkowicie bezbronnego, bez uprzedzeń i niepotrzebnych przemyśleń. Bez tej zbędnej dla samego dzieła analizy czy Rick Wright był czy nie był wtedy członkiem Pink Floyd. Ja wtedy nawet nie wiedziałem kim jest Roger Waters i David Gilmour!!

Byłem jak gąbka, chłonąłem, nie analizowałem. Nuty biegły jedna po drugiej. Barwy dźwięku, aranżacje, efekty. Niektóre słowa rozumiałem, inne musiałem sobie tłumaczyć. Sens całej płyty trafił do mnie dużo później.

Mam jedno tak głębokie wspomnienie, że czuje je całym sobą nawet teraz i będę czuł do końca życia. Następnego dnia po szkole wróciłem do domu i włączyłem wspomnianą kasetę TDK A90 nagraną poprzedniego wieczoru. Przesłuchałem w całości. Przewinąłem na początek i puściłem raz jeszcze. Widzę jak leżę na dywanie na plecach, z głową przy jednym Altusie i chłonę każdą nutę The Post War Dream – otwierającego album. Utwór płynnie przechodzi w Your Possible Pasts i wtedy pękam całkowicie… Nigdy potem nie byłem już tak bliski zespolenia z jakąkolwiek płytą.

Pamiętam też ogromne niezrozumienie tamtej chwili… bo czułem się jakbym doznał objawienia, jakbym zrozumiał jakąś sporą cząstkę definiującą konstrukcję wszechświata. Ale komu miałem to powiedzieć?

  • Mamo! Czy nie uważasz, że The Final Cut – Pink Floyd to najlepszy album wszechświata?
  • Tak tak, ale dokończ mięsko, ziemniaczki możesz zostawić
  • Tato! Ty mi powiedź, przecież czytasz Puszkina i Lermontowa, czy The Final Cut nie jest genialny?
  • Sobie świecisz czy mi, gówniarzu?!
  • Irmina!? – zwracam się do starszej siostry – Słyszysz jakie to piękne??!
  • Spadaj mały….

Wtedy po raz pierwszy i zdecydowanie nie po raz ostatni zrozumiałem, że uznanie The Final Cut za najlepszą płytę Pink Floyd definiuje Cię jako osobnika zamkniętego w samotności swoich poglądów.

Z czasem poznałem opinie ludzi starszych ode mnie, którzy mieli szansę zakochać się w Pink Floyd przed The Final Cut i mam wrażenie że to nie świadomość tego co Pink Floyd robiło wcześniej, ale ich prywatne opinie o Rogerze Watersie wpływały na odbiór ostatniego wspólnego dzieła. Brak pogodzenia się z rozpadem grupy, kibicowanie Glimourowi i spółce…

Dla mnie wtedy wszelkie przeszłe jak i przyszłe niesnaski nie istniały. Liczył się tylko ten ogromny pomnik pod nazwą Pink Floyd, u którego stóp stałem.

Pink Floyd to Leonardo da Vinci naszych czasów

Zaraz za dziewiczym odkryciem The Final Cut poszła cała kaskada zdarzeń:

  • The Wall nagrane na TDK SX-90 i odjazd do kwadratu
  • Dark Side of the Moon, którego słuchałem z winyla cudem pożyczonego od Beaty, starszej siostry mojego kumpla z podstawówki Daniela.
  • Koncert Watersa w Berlinie w trakcie upadku muru transmitowany na żywo przez TVP
  • Animals na CD wysłuchany w bezruchu, w ciemności na słuchawkach Trialux z Pewexu – które uważam za najlepsze słuchawki świata. Szukam bezskutecznie na rynku wtórnym jakiegokolwiek nawet bardzo zniszczonego egzemplarza.
  • Atom Heart Mother, który dostałem na CD od tej samej „bezdusznej” siostry w prezencie pod choinkę
  • Cymbaline z albumu More – to najpiękniejsza ballada świata
  • Set the Controls… którego cover graliśmy jako licealny zespół rocka progresywnego
  • Welcome to the Machine… dopiero kilka miesięcy temu zorientowałem się, że to utwór bez perkusji

Jestem team „The Final Cut”

Kiedyś lubiłem wkurzać moich „glimourowych” znajomych tekstem, że najlepszym albumem Pink Floyd jest „The Pros & Cons of Hitch-Hiking„. Wiadomo – tylko po aby wzbudzić dyskusję. Bo prawda jest tylko jedna – najlepszy jest The Final Cut.

Mam dwa winyle z tym albumem: niemiecki i kanadyjski z 1983 roku. Nie mam tej płyty na CD. Nie jestem w stanie wytłumaczyć, czemu nigdy nie kupiłem CD we wczesnych latach 90-tych… Chyba jedyny powód mógł być taki, że mając ten album w całości i dobrze nagrany na kasecie – wolałem wydać pieniądze na coś czego nie znam.

W TOP 30 Radia 357 znalazł się tylko jeden utwór z The Final Cut. To i tak więcej niż się spodziewałem. To nie jest album, który tworzy pozytywną legendę grupy. Ale niestety nic nie poradzę na to, że do końca życia każda nuta z tej płyty będzie dotykać mnie pierwszą miłością.

To nie jest tylko najlepsza płyta Pink Floyd na mojej prywatnej liście albumów wszech czasów. To mój nr 1 ever. Najlepszy album w historii muzyki.

  1. Pink Floyd – The Final Cut

3 komentarze „#1: The Final Cut”

    1. Sprytne 🙂 Bardzo lubię. Uważam że z tych tzw. pierwszych płyt, czyli: From Genesis To Revelation (Genesis). Cheerful Insanity of Giles Giles & Fripp (King Crimson) The Magnificent Moodies (Moody Blues) i wielu innych … to Piper at the Gates of Dawn jest jednocześnie najbardziej dojrzały, spójny i szalony…. ALE czy gdyby kariera Floydów skończyła się jeszcze przed np. Atom Heart Mother to byłby to album tak wspominany i tak kultowy?

      1. Ale tam nie ma pomyłki 🙂
        W świecie muzykologów (tych od rocka) istnieje konsensus naukowy, co do tego,
        że „Kobziarz u bram świtu” to debiut i zarazem Opus Magnum grupy Pink Floyd.
        A także jedno z arcydzieł muzyki popularnej w ogóle (!)
        Pisał o tym Chris Cutler.
        A także Andrzej Dorobek w swojej wyjątkowej, ale już niedostępnej w obiegu, książce
        „Rock – problemy, sylwetki, konteksty (szkice z estetyki i socjologii rocka)” :

        „Absolutnych wyżyn psychodelicznej maestrii sięgnął natomiast kierowany przez gitarzystę Syda Barretta Pink Floyd na pierwszym albumie The Piper At The Gates Of Dawn (1967), będącym unikatową feerią pokracznie zdeformowanego popu, fantasmagorycznych pejzaży instrumentalnych i bez mała baśniowej nastrojowości.”

        Ps. Giles Giles Fripp & Rodney 🙂 (Revox f36)

Dodaj komentarz