– Gdzie bym był dziś gdybym szybciej był w tym miejscu?

Przez prawie 10 lat uczestniczyłem w terenowych biegach długodystansowych, gdzie trasa wiła się dookoła i w poprzek, czasem – wbrew regulaminowi i etyce – można było przeskoczyć szlak i oszukać kilkanaście kilometrów. Nigdy tego nie robiłem… Ale czy takie same reguły obowiązują w sporcie jakim jest eksploracja vintage audio? Czy trzeba trzymać się ścieżki, czy można czasem na skróty? I czy droga na skróty będzie tylko jednowymiarową przewagą? Czy da nam zwycięstwo w całym tourze?

Analogia do świata poszukiwaczy vintage audio jest taka: czy kupując bardzo dobrze kolumny ale kompletnie niedobrane do wzmacniacza (lub odwrotnie), nie mając świadomości z jakiego powodu to nie gra – nie skończymy na manowcach, nie wypadniemy z zakrętu i kolejne miesiące spędzimy na bezrozumnym otrzepywaniu się kurzu i zastanawianiu się co było złe: tory czy podwozie? Przewaga, którą uzyskamy będzie tylko pozorna, bo zbliżenie się do mety nie uczyni z nas lepszego biegacza?
– Gdzie bym był dziś gdybym już rok temu kupił tytułowe kolumny TKF L250 – zastanawiam się na głos…
Nie wiem… Ale długo i wielokrotnie się nad nimi zastanawiałem. W momencie kiedy odkrywałem genialne wzmacniacze Telefunkena V201, V201a oraz najmocniejszy z nich V250 miałem na oku te kolumny (operując nomenklaturą „V” czuję się jakbym jedną nogą stąpał po świecie inżynierii z czasów V-1 i V-2 … i niekoniecznie chodzi o wzmacniacze 😉 ) Kolumny L250 były dopełnieniem najlepszego jak na tamte czasy (1968-1972) zestawu Telefunkena – serii Acusta,
Nie kupiłem ich wtedy, bo 27 litrów wydawało mi się za mało. Nie zwróciłem uwagi, że ten litraż wynika z tego, że są dość płytkie – a nie małe. I mieszczą w sobie trzy głośniki Isophona – basowy 203 mm (8 cali) oraz dwa owalne średnio-wysoko-tonowce (7,5×13 cm).
Przez rok przeszedłem przez całą serię wzmacniaczy Telefunkena, kilka lamp od SABY i ciągle łączyłem je z brytyjskimi kolumnami. Ten mariaż bardzo mi pasował. Ale ciągle, z każdej strony, atakowała mnie potrzeba posłuchania klasycznego głośnika Isophon. Z jednej strony Charlie Studio, skąd kupiłem jedne i drugie Dittony, z drugiej Kamil, z trzeciej Dawid… Przez miesiące gwiazdy nie układały się odpowiednie konstelacje. Kosmos podobno kocha różnorodność…
Nie do końca kojarzę jako był dokładny przebieg zdarzeń, ale od wielu tygodni przeglądam portale aukcyjne w poszukiwaniu kolumn Telefunken SB-86, Kamil tydzień temu zwrócił moją uwagę na Telefunken L645 z 1966 roku, stoją w katalogu tuż obok SB-86, ale oferta, która wciąż wisi na OLX wyglądała na lekko „czarowaną”. Ale L250, czyli model, o którym myślałem rok temu rożni się jedynie mniejszą kubaturą oraz mniejszym wooferem… Czyli charakter brzmienia powinien być tożsamy… I tak gadałem na ten temat z Kamilem, szukając punktu wejścia, w postaci kolumn, które zachowują charakter większych braci i za ćwierć ceny pokazują czy ten charakter jest OK, i tak gadałem, aż napisałem do Dawida
– Słyszałem, że chcesz mi sprzedać białe Isophony?
– Ty to zawsze dookoła – odpisał Dawid
Dawid to jest instytucja. Ja generalnie nie jestem zbyt ufny ludziom. Każdą rzecz oglądam pod słońce i ze słońcem. Pisałem już wcześniej, że Dawid zadzwonił kiedyś do mnie aby pogadać o wzmacniaczu Philipsa, po prostu chciał zamienić kilka słów z ziomkiem, w którego ręce trafił sprzęt, który uznał za ciekawy. Rok później pakuje dla mnie trzecią przesyłkę i wiem, że w pełni mogę zaufać zarówno co do stanu jak i dbałości o zapakowanie. Do tego stopnia, że długo musiałem zbierać siły na rozpakowanie – wiedziałem, że nie będzie to 5 minut 🙂
I nie było. Po tym zdecydowanie zbyt długim wstępie w końcu rozpakowałem kolumny TFK L250 i podpiąłem pod lampę SABA Automatic.
Zawsze staram się rozgraniczyć pierwsze wrażenie od kolejnych. Kwestia adaptacji ucha, osłuchanie się w różnych konfiguracjach, rozgrzanie wzmacniaczy… ale pisałem do Kamila tak:
Oświadczyć się modelce, czy plus-panience
Zacznijmy od początku – bas. Nie schodzi do piekła, ale też nie udaje, że go nie ma. Jest taki… w sam raz. Nie czuję potrzeby wzmacniania, poprawiania, przesuwania mebli. Zostaje. Tu wszystko się zgadza.
Jedziemy wyżej. I tu zaczyna się robić niemiecko. A kto zna niemieckie brzmienia, ten wie: perfekcja, chirurgia, precyzja. Brakuje tylko białego fartucha. Te soprany to dokładnie ten typ, który jeszcze dwa lata temu omijałbym szerokim łukiem. Ale teraz? Teraz już wiem, że nie chodzi tylko o to czy brzmienie jest jasne czy nie jest. Wysokie tony są faktycznie wyprowadzone na przód ale nie są za ostre. To nie ten przypadek. Ale to też nie jest ta gładkość, która znajduje się w moich Diatone z 1958 roku, albo w Creeku+ Concerto – gdzie soprany mają miękkość płatków japońskiej kwitnącej w wietrznym Gdańsku. Telefunken L250 są inne. To nie jest polerka. Taka, że można się w nich przejrzeć. Idealne, błyszczące, robiące wrażenie. Po czasie zaczynasz się zastanawiać, czy nie brakuje jednak kropli… miłości?

Mam w głowie kilka wizyt u moich dalszych audiofilskich znajomych, bądź takich przy okazji kupowania sprzętu, gdzie demonstrowane były mi nowe nabytki techniki za cenę samochodu średniej klasy. I z każdym razem miałem wrażenie, to samo, że brakowało w tym wszystkim, w tym idealnym brzmieniu za 100.000 zł … kropli miłości.
Ale przyznajcie, że to trochę inna płaszczyzna, zastanawiać się, czy brakuje kropli miłości w kolumnach za 550 zł czy dosłownie 100 razy droższych, za 50 tys pln?
Każdy z tych zestawów robi tę samą sztuczkę pod tytułem „wow kurwa, ale to gra„. Murowany efekt oczarowania słuchacza. Ale później… Później siedzisz i myślisz: po co oświadczać się miss? przecież ona poza makijażem niczym nie rożni się od tej zwykłej – ale idealnie dopasowanej dziewczyny. Poza tym, że ma większe ego – co nie jest cechą na plus (droższe kable, interkonekty, nie daj bóg podstawki pod kable).
Tak. Wiem. Jak mówię, że coś gra „szorstko”, często audiofile patrzą na mnie jak na debila. Ale ja nie mówię o szorstkości jak z papieru ściernego. To inna szorstkość. Taka, która nie zostawia zadrapań, ale nie pozwala też się rozpłynąć. Jakby muzyka nie miała jeszcze do końca zdecydować, czy cię przytuli, czy raczej przedstawi się z pełną dokumentacją techniczną.
Ale nie zrozumcie mnie źle. Te kolumny grają świetnie. Względem gloryfikowanych Philipsów z serii 22RH to przejście nawet nie w górę. W inny świat. Aczkolwiek wiem, że kolumny Philipsa z lat 70 grają tylko i wyłącznie po serwisie.
I nagle „bum”!
I nagle bum, Philips 22GH943. Mój egzemplarz jest po pełnym serwisie. Ścieżki na srebrze… To są dwie połówki jabłka. Jedna białe i druga biała.
Telefunken L250 i Philips 943 to duet. Zgrany, kompatybilny, jakby ktoś przez przypadek stworzył dwa elementy matrycy w różnych krajach i czasie, ale z tym samym planem.

Telefunken L250 za 550 zł? To nie jest po prostu dobra okazja. To jest kradzież w świetle prawa. One powinny kosztować 10 razy tyle! Tym bardziej w kontekście cen, które osiągają kolumny z tzw. „kościoła świętego grundiga„.
Philips je lekko przyciemniał. Ten wzmacniacz ma w sobie coś z lampy (ale w stylu SRI), coś z germana (którym de facto jest). Świetnie radzi sobie z górą, ale wiadomo – mógłby trochę mocniej pociągnąć dół. Słucham na „zero”, bez loudnessa, innych bajerów i po testach na SABIE i Philipsie czuję, co te kolumny mogą pokazać.

Nie miałem wcześniej nic ze stajni Isophona…. Gdyby one kosztowały 2 albo 4 razy tyle i tak grały to nie byłbym przepełniony takim entuzjazmem. Ale powtórzę raz jeszcze… 550 zł? Jeśli masz vintagowy wzmacniacz z lat 60/70 i szukasz czegoś, co może wyzwolić z niego ukryty potencjał i jednocześnie być wstępem do dalszego eksplorowania świata Isophon – to jest idealny punkt wejścia.
Na koniec wrócę do pytania, które postawiłem sobie na początku. Gdzie bym był dziś gdybym trafił na te kolumny rok/dwa temu? Oczywiście jedyna słuszna odpowiedź brzmi: „nie wiem!„. Zastanawiam się tylko, czy przyspieszyłyby moją edukację i dziś dłubałbym sobie skrzynki DIY oparte na większych i lepszych głośnikach Isophon jak Charlie Studio? Czy raczej nie będąc do końca gotowy na brzmienie odłożyłbym je na półkę kompletnie przestał się interesować tym kierunkiem poszukiwań, a wręcz utwierdził w przekonaniu, że mój gust = angielskie kolumny.
Dziś stoję gdzieś po środku i też nie wiem, w którą stronę pójdę.
