Tannoy Mercury M1 (oraz cała seria M) to podręcznikowy przykład produktu, który znalazł się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Ich „legendarność” nie wynika z kosmicznej technologii, a z genialnego stosunku jakości do ceny.

Wspominałem o tych kolumnach kilkukrotnie na tym blogu. Teraz poświęcam im osobny wpis, bo zdecydowanie na to zasługują. Zarówno ze względu na to jaką pozycję miały i mają na rynku, oraz dlatego, że ponad 20 lat temu były to pierwsze kolumny, które dały mi moment wytchnienia, moment zwolnienia w wertowaniu wątków na portalu audiostereo.
O wszystkich moich błędach „młodego audiofila” napisałem w pierwszych, historycznych wpisach na tym blogu. Balansowanie pomiędzy marzeniami, finansami i ego sprowadzały mnie na różnego rodzaju manowce. Ale dzień kiedy dotarły do mnie wylicytowane na Allegro za około 300 zł monitory Tannoy Mercury M1 w kolorze Shadow (czyli de facto – czarnym) pamiętam do dziś. Postawiłem je na 10 x większych i absolutnie beznadziejnych Tonsilach Fenix i nie-do-wie-rza-łem. W połączeniu z NADem 3020, który jest ze mną do dziś zagrały przepięknym, zrównoważonym i niemeczącym dźwiękiem. Ze świetną lokalizacją instrumentów, z bajecznym balansem między sterylnością a dusznością. NAD 3020 również kosztował mnie wtedy nie więcej niż 300 zł. Razem za 600 zł (Tannoy+NAD) miałem cudowny zestaw, który cieszył mnie niezmiernie. Miałem swój klejnot.

Era przedkopernikańska
Niestety o obrotach ciał niebieskich nie wiedziałem zbyt wiele. Przyjmowałem na ślepo i na głucho to co mówiła do mnie cała marketingowa machina, to co mówili sprzedawcy w sklepach audio, co podsuwała prasa, oraz „znawcy” na forach muzycznych. Nie byliśmy wtedy jeszcze zbyt wyczuleni na wątki sponsorowane, a nawet nie trzeba było ich w specjalny sposób oznaczać w przekazie. Przyjmowałem na ślepo, że nowe audio jest lepsze od starego. Nie wpadłem na to aby wsiąść na łódkę i popłynąć w kierunku horyzontu jak Truman Burbank i sprawdzić czy nie jest on tylko scenografią. Tak samo jak scenografią, praktycznie do dzisiaj, jest machina zmuszająca ludzi – którym miesza się definicja finansów, ego i marzeń – do kupowania nowego sprzętu drogo (oraz innych dodatków audio voodoo).
The Wonder Years
Cudowne nie były całe lata, ale tylko miesiące. NAD 3020 i Tannoy M1 grał w naszej małej, sielskiej kawalerce, a ja kupowałem nałogowo płyty Shirley Bassey czy Gladys Knight.

Niestety niedługo później kupiłem swój pierwszy zestaw z salonu (na raty). Może i był drogi oraz nie było mnie na niego stać, ale za to chujowo grał! (Co to za zestaw? Pisałem o nim tutaj)
Days of Future Passed
NAD 3020 jest ze mną od zawsze. Ten sam egzemplarz, w międzyczasie przeszedł remont, kupiłem i sprzedałem również drugi taki sam model, aby sprawdzić czy to jak gra jest regułą czy wyjątkiem.
Monitory Tannoy Mercury M1 Shadow sprzedałem 20 lat temu, ale kupowałem je potem jeszcze kilkukrotnie. Za każdym razem dla znajomych, którzy prosili mnie o polecenie taniego, niewielkiego zestawu na początek do słuchania muzyki. Tannoy M1 były takim bezpiecznym strzałem. Wiedziałem jak grają, wiedziałem też, że są bardzo łatwo odsprzedawalne, na wypadek jakby nie podeszły, albo znajomy chciał szybko upgradować swój zestaw.
Tak samo jest i tym razem. Kupiłem je nie dla siebie, ale postanowiłem wsiąść do wehikułu czasu i zestawić je na kilka dni z NADem 3020. Takie podróże różnie się kończą, bo to co podobało się i robiło wrażenie 20 lat temu, czy nawet kilka lat temu, może brzmieć zupełnie inaczej w nowych okolicznościach, z nową „wiedzą i osłuchaniem”.

Trochę historii
Seria Tannoy Mercury M (M1, M2, M3, M4) zadebiutowała w 1997 roku. Produkcja trwała intensywnie do okolic 2000/2001 roku, kiedy to została zastąpiona serią Mercury mX (która, choć technicznie poprawiona, przez wielu fanów marki uważana jest za mniej „duszną” i zbyt sterylną).
Pamiętam, że rozpocząłem swoje polowanie na model M1 jadąc po prostu do … Media Marktu zderzyłem się z przykrą informacją, że spóźniłem się ledwie o kilka tygodni, bo jeszcze niedawno były na weekendowej wyprzedaży o czym informowały czerwone gazetki wciskane do skrzynek pocztowych. 299 zł za parę! W tym samym czasie używane na Allegro kosztowały 300-350 zł.
W sumie kiedyś to Media Markt był fajnym sklepem, gdzie chodziło się pogrzebać w koszykach z tanimi CD. A dział Hi-Fi był całkiem spory, łącznie z przygotowanym akustycznie pokojem odsłuchowym.
Ale dlaczego Tannoy M1 (i reszta serii) stała się taką legendą?
Tannoy Mercury M1 i M2 seryjnie zdobywały prestiżowe nagrody (m.in. Product of the Year). W tamtych czasach opinia brytyjskiego magazynu „What Hi-Fi?” miała ogromną moc – ich werdykt sprawił, że M1 stały się domyślnym wyborem dla każdego, kto składał swoje pierwsze „poważne” stereo. Sława ta przyszła również do naszego kraju i na forum audiostereo można było znaleźć sporo entuzjastycznych wpisów.
Tannoy M1 oferowały brzmienie, które aspirowało do prawdziwego hi-fi, kosztując przy tym ułamek ceny zestawów audiofilskich. Pokazały całemu pokoleniu słuchaczy, którym również byłem i ja, że muzyka w domu może brzmieć przestrzennie i naturalnie bez wydawania fortuny.
Brytyjska Szkoła Dźwięku w pigułce
Tannoy M1 zdefiniowały to, co kochamy w brytyjskim brzmieniu: priorytet dla średnicy i brak męczenia. Wokale brzmią na nich tak dobrze, jak na kolumnach za dwa razy większe pieniądze. Można ich słuchać godzinami. Nie mają w sobie nic z ostrości tanich kopułek tytanowych czy aluminiowych, które wtedy dominowały w budżetowych konstrukcjach.
Powrót po latach

Powiem uczciwie, że wydawało mi się, że będę raczej na nie. Wydawało mi się, że to tylko „starter pack” w uczciwych pieniądzach, ale mi nie dadzą już takiej frajdy jak kiedyś. Wydawało mi się… kiedy spiąłem je na chwilę z Goodmans Module 80 – czyli wzmacniaczem starszym o ćwierć wieku od nich.
Ale kiedy spiąłem je z przyniesionym z garażu i przetartym z kurzu NADem 3020 to okazało mi się… że tylko mi się wydawało.
Ten ogień wciąż się pali! Kiedy czerwona dioda nad buttonem zasilania zatliła się jaśniejszym karmazynem i w kolumny popłynął prąd niosący brzmienie trąbki Enrico Ravy z płyty Easy Leaving to spojrzałem w lustro i ujrzałem Matta Damona w Interstellar:
- w jednej czasoprzestrzeni upłynęło kilka sekund NAD+Tannoy grają tak jak 20 lat temu.
- w drugiej mam zmarszczki i siwą brodę.
Kultura, spokój, precyzyjna scena, magiczna średnica…
Nic się nie zmieniło. Zwiedziłem kilka planet przez ten czas. Odkryłem, że to one krążą wokół gwiazd. Dowiedziałem się, że pieniądze wydane na sprzęt to ostatni parametr decydujący czy coś gra czy nie gra. Ale w starych dobrych Tannoyach M1 nic się nie zmieniło.

…
PS. Około 2 lata temu miałem przez kilka dni Tannoy M2. Wrażenie pozostawiły takie, że M2 maja trochę większą głębię basu, co jest zrozumiałe ze względu na gabaryt, ale mają gorszą scenę/lokalizację. Nigdy jednak nie miałem ich razem obok siebie.
