Saba Studio 1 Automatic – Where do you think you’re going?

Znalazłem się w takim miejscu, gdy jedyne co przychodzi do głowy, to zrobić mały, albo całkiem duży porządek. Pozbierać wszystkie kable, przejściówki, zapasowe streamery i spakować do wora. Wzmacniacze stojące na szafce, pod szafką, obok szafki, wszystkie uporządkować, wynieść do garażu, przetrzeć kurze i zacząć ustawiać wszystko od początku… razem z Saba Studio 1 Automatic.

Saba Studio 1 Automatic

Czytaj dalej →

Lii Song F-6 – projekt DIY nr 1

Nie pamiętam dokładnie w jaki sposób wpadłem na pomysł aby wreszcie zacząć stawiać realne kroki w temacie konstrukcji zestawów głośnikowych DIY. 

A myślałem o tym od prawie 20 lat kiedy pierwszy raz wziąłem na stół kreślarski klon ProAc 2.5. To często kopiowana kolumna, są dostępne schematy skrzynki i zwrotnicy, głośniki również do zamówienia przez internet.

Ale przez 20 lat wracałem do tego pomysłu tylko myślą. I ową myśl odkładałem na półkę.

Co kilka lat pytałem mojego stolarza Andrzeja, przy okazji nowej kuchni czy szafy w korytarzu czy nie przyciąłby mi deseczek na wymiar, ale zawsze elegancko się pozbywał upierdliwca i tematu, z którego pieniądz jest tylko symboliczny.

W końcu, przyszedł dzień, kiedy kropki się połączyły i impuls przerodził się w działanie.

  • Buszując po ofertach sprzętu na sprzedaż wypatrzyłem szerokopasmowe kolumny DIY oparte o chiński głośnik 6.5 cala Lii Song F-6.
  • Poszukałem w necie informacji  na jego temat i okazało się że: jest dostępny, nie jest drogi, ma całkiem dobre opinie i to nie na chińskich youtubach ale wyglądających na niezależnych recenzentów z reszty świata.
  • MDF można zamówić w necie na wymiar, niby o tym człowiek wiedział ale zawsze było to jakąś barierą.
  • W garażu cały czas stałą elektryczna piła kątowa, którą kupiłem 5 lat temu aby przyciąć idealnie listwy przypodłogowe, tak więc wszystkie drobne prace stolarskie mogłem zrobić sam.
  • Producent głośników na swojej stronie podał kilka przykładów dedykowanych skrzynek pod te przetworniki.

I poszło! 

Zamówiłem: głośniki, cięty MDF 18mm, zwoje forniru, kilka rodzajów terminali głośnikowych, naturalną wełnę akustyczną plus drobne dodatki typu kleje, wiertła, papier ścierny, olej do drewna.

Nie będę rozpisywał się ze szczegółami jak je robiłem, ale nagrałem po kilka sekund filmu z kluczowych elementów składania. 

  • klejenie przegród i skrzynek z MDF
  • klejenie forniru 
  • olejowanie 
  • montaż terminali głośnikowych 
  • wygłuszanie wełną
  • i finalnie – montaż przetworników Lii Song F-6

Zabawa trwała prawie miesiąc, po godzince dziennie. Gdyby podliczyć pracochłonność to ten pierwszy w życiu „prototyp” zajął mi około 20 godzin pracy. Oczywiście można to pewnie zrobić w 3-4 godziny ale każdą z tych rzeczy robiłem pierwszy raz w życiu 🙂 

Pierwszy odsłuch.

Podłączyłem najpierw same głośniki bez pudełek aby sprawdzić czy grają. Ufff są sprawne, ale… ten dźwięk samych przetworników to jakby … kurczaki w kurniku gadały… 

 

Zamontowałem je w głośnikach i … wow! One grają! To było pierwsze ojcowskie wrażenie. Jak dziecko, które wyszło z łona matki bierze pierwszy oddech a ojciec stoi z boku i odbiera mu mowę ze wzruszenia.

Cały czas staram się zdjąć tę subiektywność opinii w trakcie odsłuchów, ale jest to bardzo ciężkie. To moje pierworodne kolumny i zawsze będę je wspierał 🙂 A jak ktoś coś złego na nie powie to muszę wziąć kilka głębokich oddechów aby nie przypierdolić.

Okej… okej… postaram się jednak opisać je na chłodno.

Przede wszystkim one nie są za jasne! Po odsłuchach na YT (lol) miałem obawę, że będą wbijać igły w ucho. Ja nie lubię za jasnych kolumn, słucham głównie dużych brytoli z epoki i kolumna musi mieć swobodę, dociążenie i przestrzeń. A przy okazji trochę ciepła.

Czy Lii Song F-6 ma te powyżej opisane elementy? Nie, nie ma! Ale mimo to wciągnęły mnie do tego stopnia, że słucham jej czwarty dzień i właśnie minęło 30h słuchania zalecane przez producenta zanim się wstępnie wygrzeją.

Nie mają też solidnego dołu. Ale halo halo … czy ja przypadkiem nie porównuje ich z 60 litowym KEF Concerto? Hmmm porównuje.

Podłączyłem więc godnych rozmiarem rywali: KEF Cantor. I tutaj się mocno zdziwiłem. Bo Lii Song zagrały dużo lepszym środkiem. Takim, spokojnym, poukładanym. Cantory przy nich wydawało się, że grają na loudnessie, mimo, że był wyłączony.

Wczoraj zacząłem opisywać moje przemyślenia na priv Kamilowi:

Są naprawdę liniowe bez podbić (basu – bo to fizycznie trudne) i góry – co jest dla mnie. Dla mojej estetyki to mega na plus.

I jeszcze jeden plus – kompletnie ale to kompletnie nie męczą. Mogą grać godzinami i jest super. Nie zmuszają Cię do zaangażowania z słuchanie. Nie zagrają też solidnie popu czy nowego gęstego rocka, ale jeżeli ktoś słucha folku, jazzu, starego rocka czy wokali w 12-15 metrowym pokoju i ma inklinacje audiofilskie – czyli granie średnica – mógłby zrobić wow.

Dobra! Mam! Już kumam co mi chodziło po głowie na temat Lii. Ten dźwięk nie jest ani suchy, ani nieliniowy, ani nieproporcjonalny. Wszystko się zgadza. Jest proporcjonalny, liniowy i odpowiednio mięsisty. Ale on jest pomniejszony jakby… Jak w Shine On You Crazy Diamond zagrał sax to połączyły mi się kropki! Dick Perry grał jakby miał 130 cm wzrostu. Obok stoi Gilmour i ma 135 cm wzrostu z taką małą gitarą. 🙂 i grają bardzo bardzo ładnie – ale jakby to był koncert dla skrzatów 🙂

A idąc dalej Welcome to the Machine kurde bardzo bardzo bardzo poprawnie zagrane!!

Lecę teraz King Crimson i one wciaż się nie gubią. One się w ogóle nie gubią, nigdy. Po prosty czasem są za małe.

Zaraz im włączę Ironów chyba.

Gdyby skrócić powyższy strumień świadomości, który przelałem na żywo Kamilowi to można powiedzieć tak:

Lii Song F-6 mają świetne, wręcz idealne dla mojej estetyki proporcje dźwięku, ale w dużym salonie (40m2) nie są w stanie zagrać całym znajdującym się tutaj powietrzem. To właśnie oznaczała przenośnia, że robią „koncert dla skrzatów”. Grają bardzo szlachetnie i nie wydały ani jednego niepotrzebnego dźwięku! Ironów też posłuchałem i uwaga! Dało się tego słuchać! Oczywiście nie było mięsa jak na stadionie, ale nie wyłożyły się, odegrały 22 Acacia Avenue poprawnie i czytelnie.

Do testów wybierałem raczej te ciemniejsze i gęsto grające wzmacniacze: Elac 3400T, Elac 2200T, KA-3000, ale też TFK 201 (tutaj akurat było jakoś chudo i bez polotu, albo miałem zły moment) czy Pioneer SX-535.

Dzień czwarty – testy w pokoju 12 m²

W sypialni mam NAD 120. Bardzo lubię ten amplituner i nie zmieniam go od 4 lat. Mam podłączone Tannoy Mercury M2, ale przyznam się, nie słucham tam prawie wcale muzyki. 

Przyniosłem więc Lii Song F-6 i spiąłem ze wspomnianym NADem. I kopara mi opadała. Ustawienia NADa na zero, volume w okolicy 9:30 i siedzę na łóżku i nie wierzę! Bas jest idealny. Patrzę w te podłużne prostokąty „mini-linii-transmisyjnej” i myślę sobie: „wiedziałem! wiedziałem!!„. Wiedziałem, że w mniejszym pokoju zagrają dużym dźwiękiem. Aż włączyłem raz jeszcze Welcome to the Machine i zarówno David Gilmour jak i Dick Perry urośli do normalnych rozmiarów! 

W mniejszym pomieszczeniu kolumny zachowały wszystkie wspomniane pozytywne cechy oraz dopełniły to czego brakowało w dużym salonie. Wypełniły przestrzeń od narożnika do narożnika! 

Podsumowanie

Rzuciłem się na ich wykonanie raczej po to aby przetestować swoje umiejętności stolarskie. Słuchając ich na YT miałem wyrobione mylne zdanie, że mogą grać za jasno i za chudo. I tutaj bardzo się zdziwiłem na plus. Są jednak za małe do pomieszczeń ~40m². Natomiast w pomieszczeniu trzykrotnie mniejszym zagrały tak dobrze, że do teraz nie mogę uwierzyć, że wyszły spod mojej ręki.   

Celestion Ditton 44 – Killing me softly

Ten wpis jest tworzony na raty.

Celestion Ditton 44

Mijają dwa tygodnie od kiedy mam i słucham Celestion Ditton 44 przywiezione osobiście od Marcina z Charlie Studio z Warszawy.  I ciągle nam te kolumny mniej więcej na poziomie trzeciej randki. Choć przesłuchałem kilkanaście wzmaków… Ciężko jest mi stworzyć jeden spójny wpis na ich temat, proustowski strumień świadomości będzie lepszym rozwiązaniem. Zbieram notatki na ich temat z ostatnich dni.

Notatka nr 1

Celestion Ditton 44 to nie są kolumny, które dają pięścią w twarz. Nie wciskają w fotel przy pierwszym odsłuchu. Dla osób zakochanych w nowoczesnym soundzie grają zbyt vintagowo, a dla miłośników seventisów – są paradoksalnie zbyt dobre, zbyt ponadczasowe, wręcz zbyt nowoczesne.

W każdym razie nie są ani skrajne ani kontrowersyjnie. Dlatego tak trudno było pozbierać emocje pierwszego wrażenia.

Kiedy trafiły do mojego salonu musiały się rozepchać łokciami między dwiema moimi miłościami: Ditton 15 z szalejącą membraną bierną oraz KEF Concerto – dojrzałym i dostojnym prostopadłościanem, który całe lato słuchałem o wschodzie słońca czytając Historię Jazzu (to nie jest pseudopoetycki żart, tak było)

Pierwsze wrażenie: poszukiwania wulgarnego basu. … kiedy jesteś Dittonem 15 czyli kiedy jesteś mały to chodzisz na koturnach. Kiedy jesteś Dittonem 44 to możesz chodzić na boso, a i tak nikt nie ciebie małym – to nie kampania prezydencka.

Notatka nr 2

Dittony 44 konsekwentnie przesuwają się w kierunku kolumn wybitnych. W głowie mam coraz bardziej namieszane, bo nawet ze wzmakami, których nie uważałem za bardzo dobre, Dittony grają tak, że brak pytań. Podpiąłem je pod demona czyli Huldrę 10 ze stajni Tandberga. Siedzę trzy godziny i słucham. Obok stoi sztapel wzmacniaczy do odsłuchania, ale nie mam potrzeby nic zmieniać.  Zestaw gra czysto i detalicznie, a dół jest naturalnie dociążony przez objętość kolumn. Żadnego żyłowania wyniku.

Notatka nr 3

[To nie zwykła notatka, ale poranna prywatna odpowiedź na nocną dyskusję z Kamilem z Pszowa (brzmi, jak ze Zbyszkiem z Bogdańca) na temat D44. Bo wieczorem się tak zamieszałem, że poszedłem spać. ]

Reset i od początku.

Ditton 44 kiedy je przytargałem zaskoczyły mnie swoim … spokojem. Ditton 15 są bardzo wyrywne. Z dobrym prądem potrafią trząść pokojem. Do tego cudowny tweeter. Moje zaskoczenie polegało na tym, że nie jest to to samo odczucie spotęgowane proporcjonalnie do rozmiaru kolumny, ale jest ona inaczej zestrojona. Ditton 15 to paker prężący muskuły, ale niewielkiego wzrostu. Zmieniając je na Ditton 44 można było oczekiwać, że to będzie Schwarzenneger. A tu ciekawostka… dostaliśmy wysokiego, bardzo proporcjonalnie zbudowanego angielskiego lorda. Jest silny, ale nie jest przesadnie muskularny. To było zaskoczenie.

Dittony 44 grają w każdym aspekcie na TAK
 

  • wypełniają pokój dzwiękiem z sposób całkowicie swobodny i niewymuszony
  • są GENIALNE w jazzie
  • są bardzo dobre w każdej muzyce.
  • bardzo dobrze grają z WIĘKSZOŚCIĄ wzmacniaczy
  • spośród tych, z którymi dobrze graja najlepiej sprawdzają się te stonowane, neutralne, grające całkowicie naturalnie i jednorodnie, takie, które z innymi kolumnami grały „bez jajec” trochę. W wypadku Ditton 44 – to kolumny mają jaja, wzmacniacz im ma raczej nie przeszkadzać. Jeśli dodamy im wzmacniacz z jajami to mamy jedno spójne ciało z czterema jajami…. trochę za dużo.
  • kręcenie bas-sopran-loundness kaleczy dźwięk w większości wzmacniaczy. I mówię to nie z powodu audiofilskich przesądów, bo jak mnie znasz, nie stronię od poprawy barwy dźwięku gałkami, tutaj naprawdę w większości przypadków takie kręcenie pogarsza globalny odbiór dźwięku.

Moje przypuszczenie względem intencji konstruktów Celestionów jest takie:

Ditton 15 – dajmy im kopa, dajmy im koloru, zestrójmy je tak, że ludzie będą się dziwić że takie niewielkie kolumny grają tak znakomicie.

Ditton 44 – mamy tak dużą skrzynkę i trzy przetworniki, że nic nie musimy udowadniać, po prostu nie zespsujmy rewelacyjnego dźwięku.

I coś tu jest na rzeczy, bo w zwrotnicy D44 oraz D66 nie ma ani jednego rezystora. Tylko i wyłącznie kondensatory i cewki robiące za filtry górno i dolnoprzepustowe. ŻADEN z głośników nie jest ściszany albo podgłaśniany względem reszty przez użycie rezystorów, które występują w zdecydowanej większości zwrotnic głośnikowych. Czyli każdy z trzech głośników w kolumnie jest idealnie względem siebie dobrany. Być może dlatego dźwięk na zero naprawdę brzmi najbardziej naturalnie.

 

 * * *

W tym opisie nie ma epilogu. Celestion Ditton 44 zostaną ze mną na bardzo długo. A jak tylko zniknie świąteczna choinka to obok nich staną KEF Concerto i rozpocznie się przepinanie kabli między dwoma charakterami. 

NAD 3020 – Szczur, Robin Hood, Książe Złodziei

NAD 3020 to wzmacniacz, który jest ze mną najdłużej. (Poza małym wyjątkiem, bo jest nią Unitra AT-9100, ale nie ja ją kupowałem, a moi rodzice). Tak więc jeszcze raz:

NAD 3020 to wzmacniacz, który jest ze mną najdłużej, spośród tych, które sam kupowałem. 

Na tym niedługo istniejącym blogu wspominałem go chyba najczęściej. Pojawia się już na zdjęciach sprzed 20 lat. Pojawia się, kiedy testowałem różne kolumny-wynalazki. Przez długi czas był wzorcem. Ale nie traktowałem go jak legendę. Bez skrupułów odłożyłem na półkę kiedy kupiłem Creeka 4040 S2. Bo Creek był lepszy i po wieloma względami wciąż uważam, że jest lepszy. 

NAD 3020 taki książę złodziei. Tytułowy Robin Hood. Kiedy pojawił się na rynku w 1978 lub 1979 roku kosztował mnie więcej tyle co każdy budżetowy wzmacniacz otwierający najtańszą linię sprzętów danej firmy. W Niemczech było to mniej niż 400 DM. Opisywane przeze mnie Elaci czy Telefunkeny dekadę wcześniej kosztowały ponad 1000 DM – dziś można je kupić za 200-300 zł. Za to NAD 3020 kosztujący ówcześnie kilka razy taniej dziś kosztuje około 1500 zł.

Zanim NAD czyli New Acoustic Dimension wypuścił na rynek swój najbardziej legendarny model, miał w swojej ofercie, jak wiele firm z tamtych czasów, głównie klasyczne amplitunery, swoją drogą świetnie grające, ale czasy się zmieniały, na scenę muzyczną z impetem wkraczały punkrockowe bandy jak Sex Pistols czy The Clash, dinozaury prog rocka odchodziły jeden po drugim. King Crimson zawiesiło działalność, Genesis zaczęło grać pop, Peter Hammill zamienił się w Nadira… Wojna monster receiverów czyli amplitunerów większych, droższych, o coraz większej mocy i bardziej jaskrawych żaróweczkach wkraczała w erę upadku. Padały wielkie firmy, niektóre zupełnie przestawały istnieć, inne przebranżawiały się lub po prosty sprzedawały nazwę. Aby utrzymać się na rynku trzeba było być jak szczur w erze konających dinozaurów

I właśnie wtedy Bjoern Erik Edvardsen, norweski inżynier pracujący dla angielskiego NAD’a zaprojektował małego szarego szczura. Miał być tani w zakupie, epatować brzydotą i kąsać do krwi tłuste koty mijającej epoki. Miał być Robin Hoodem, księciem złodziei, miał pokazać Anglii borykającej się z kryzysem, że nie trzeba płacić haraczu za dobre HIFI, nie trzeba utrzymywać zastępu dyrektorów, designerów, nie trzeba płacić za coraz większe moce i lakierowane drewno. Ale jednocześnie mieć dobre audio. Bez blichtru i na każdą kieszeń. 

Tym szczurem był NAD 3020

NAD wygrał wszystko co miał wygrać.  A wystarczyły ledwie i aż dwie rzeczy: był tani i dobry. Jak jesteś tani i dobry, to możesz być nawet brzydki a twoja uroda stanie się atutem, znakiem rozpoznawczym. Wybaczy Ci się byle jakie rozwiązania, plastikowy front i trochę przypadkowy montaż. 

Mój szczur, książę złodziei był jest ze mną od 20 lat. Kupiony za około 200-300 zł, zniósł dzielnie wszystkie przeprowadzki i dekadę w szafie kiedy w ogóle nie bawiłem się sprzętem – a zmieniałem pieluchy kolejnym dzieciakom. I nigdy nawet przez myśl nie przyszło mi aby go sprzedać. 

* * *

W czasach leżenia na półce trochę zmarniał. Nie był karmiony prądem i kondensatory zaczęły wariować. Potrafił zagrać, ale czerwone diody wysterowania tańczyły swój prywatny taniec. Czasem przerwał jakiś kanał, czasem coś zaszumiało.

No i pojechał do najlepszego w Polsce SPA dla wzmacniaczy, do Białegostoku. 

Sam chciałbym kiedyś, aby ktoś mnie tak pomierzył i powymieniał zużyte elementy. Niestety to NAD 3020 ma dużo większą szansę przeżyć mnie, niż ja jego. 

Wymienione zostało co następuje

  • Kondensatory toru audio Nichicon FG    
  • Kondensatory zasilacza preampu Matsushita FC
  • Kondensatory zasilacza głównego Nichicon FW       
  • Tranzystory sterujące (parowany, dobrany komplet)  
  • Potencjometry regulacyjne precyzyjne
  • Led, śruby tranzystorów mocy, rezystor
  • taśmy, rurki, pasty…

32 godziny pracy. Każda z nich przywracała tego angielskiego szczura do czasów świetności. Finalnie doszedł do takiej formy, że znów bez problemu może polować na koty 🙂

Kiedy wrócił do mnie tydzień temu byłem w totalnym amoku słuchania gęstego, tłustego, bujającego basem Elaca 3400T.  Po przełączeniu na NADa – jak napisałem w poprzednim wpisie – poczułem się jakbym nagle zastąpił tłustą goloneczkę potrawą z tofu. 

Do odsłuchu w obu przypadkach używałem kolumn KEF Concerto oraz Celestion Ditton 15. 

Elac i NAD zagrały jak woda i ogień, jak dzień i noc. A z doświadczeń ostatniego 20-lecia wiem, że NAD nie jest wzmacniaczem wybitnie jasnym, raczej jest sprzętem stawiającym na tworzenie atmosfery w ramach audiofilskich marginesów. Stąd jego sukces. Nikt z audiofilskiej braci nie może znaleźć argumentu aby się do niego przyczepić, z racji legendy – nie wypada go o nic oskarżać, a wszystkim innym się po prostu podoba. Szach mat.

Ja potrzebowałem tygodnia aby ponownie się do niego przekonać. Przekonać do takiego naturalnego NADa  z regulatorami barwy na zero i bez wciśniętego loudness. NAD i Elac grają kompletnie inaczej i każdy fajnie na swój sposób. Elac to dociążenie, barwa, gęstość, mruczenie Leonarda Cohena prosto do ucha. Zaś NAD to popis 800-metrówca.  Nie jest ani sprinterem, ani długodystansowcem. Ale jest mistrzem świata na swoim dystansie. Z jednej strony ma absolutnie wszystko co powinien mieć sprzęt doceniany przez audiofilską brać czyli odpowiednią przestrzeń, powietrze, szczegółowość, ale potrafi zrobić to co Peszko kiedyś robił w reprezentacji w piłki nożnej – czyli atmosferę

Po południu słuchałem winyla Chet – Cheta Bakera na Telefunkenie V201a i Dittonach 15, zaś wieczorem na NAD 3020 i KEF Concerto. 

W obu przypadkach grało to tak, że po prostu morda mi się cieszy, że jestem tu i teraz i takie mam właśnie hobby, a nie np. wędkarstwo. 

Ten szary szczur będzie ze mną do końca życia. 

SANYO JA 220 – Legend (Slovian Legend)

Legendą można zostać z wielu powodów. Są legendarne wzmacniacze, które ważą kilkadziesiąt kilogramów i trzeba dwóch chłopa, aby je przenieść. Są legendarne albumy, np. legenda głosi, że jeden z albumów Merzbow został wydany w ilości 1 (jeden) sztuk i zapakowany w najnowszego mercedesa SL i aby kupić tę płytę trzeba kupić całego mercedesa. Nie można podobno tej płyty z niego wyciągnąć i można słuchać tylko w tym mercedesie. 

Jest też legenda, że wzmacniacz Sanyo JA 220 bije na głowę konkurentów za 10.000 PLN a sam jest do kupienia za 100 zł. 

Podobno kiedyś pewien Włoch zrobił serię blind testów używanego wzmacniacza Sanyo JA 220 wartego kilkanaście euro z konkurentami 100 razy droższymi i ten mały plastikowy Sanyo te ślepe testy wygrał. W kraju na Wisłą też mamy Grega – krzewiącego religię Grundiga i Sanyo. I jest w tym przekazie dużo prawdy. Sanyo Ja 220 jest szokująco genialny jak na cenę 100 zł…. ale

Ale..

  • 100 zł ten wzmacniacz kosztował to może 3-4 lat temu ale nie teraz;
  • od kiedy Greg na grupach grundigowych umieścił go na świętym papirusie jego cena wzrosła trzykrotnie;
  • a kiedy Reduktor Szumu jesienią 2023 opublikował film pt „Hifi za grosze czyli wzmacniacze ze śmietnika” to już poszło na grubo…

Od tego czasu w Polsce nie da się już kupić Sanyo JA-220 tanio. Cena ustabilizowała się w granicach 400-650 zł w zależności od stanu. Nie jest to już cena tak atrakcyjna i jego zakup trzeba przemyśleć. Jeszcze do niedawna kosztował tyle, co parę artykułów spożywczych przypadkiem włożonych do koszyka w Biedronce. I można było go po prostu kupić bez najmniejszego uszczerbku dla budżetu tygodniowego. 

 

Za granicą też za bardzo nie da się go kupić tak tanio. Być może dlatego, że jeżeli komuś ten tandetny kawałek plastiku zalegał na strychu po wujku/dziadku to już dawno się go pozbył, a ten co ma świadomość jaki jest to sprzęt – zapewne trafił w internecie na włoskie ślepie testy i nie sprzeda za bezcen. 

A nawet jeżeli już ktoś go wystawi za 20 euro, to tylko kwestia godzin, aż kupi go jakiś Polak lub Włoch. 

Mi udało się kupić pierwsze Sanyo JA-222 na eBayu z UK. Czyli z tego dzikiego kraju spoza UE, gdzie do zakupów dolicza się cło. Na aukcji nie był drogi, ale doliczając wszystkie koszty wyszło normalnie. Jakiś czas potem kupiłem JA-220 (drobne różnice w numerkach dotyczą mniej istotnych funkcji, które mają znikomy, bądź żaden (?) wpływ na brzmienie). Kupując je rok temu byłem w amoku poszukiwania ideału brzmienia „GAT Audio” i za bardzo skupiłem się na dialogu Sanyo z kolumnami Grundiga i kiedy już nasyciłem się chwilą – sprzedałem oba wzmacniacze i poszedłem przed siebie.

„Kto po dwóch krokach do przodu nie robi kroku w tył, ten nie wie gdzie idzie.”

To słynne litewskie przysłowie mówi dokładnie o mojej przygodzie z Sanyo. Przysłowie oczywiście przed chwilą wymyśliłem, ale wątek litewski jest prawdziwy.

Obudziłem się w poniedziałek i kiedy w porannym półśnie chwyciłem komórkę i otworzyłem pocztę zobaczyłem powiadomienie z eBay, że wzmacniacz, który lubię jest do kupienia. Oddalam telefon od oczu i powiększam ekran (tak się robi zawsze po 40-tce) i co widzę? Widzę niesprawny Sanyo JA-220 za 40 euro, w całkiem ładnym stanie z odciętymi kablami. Kable odcięte tak jakby robił to litewski rycerz wracający spod Grunwaldu. Jedynym cięciem Sanyo został pozbawiony kabla zasilania, antenowego i przypadkowo wpiętych cinchy. Opis „working/ not working„. Czyli można sobie chyba wybrać 🙂  Miejsce wysyłki: Wilno. 

 

Wilno!? Hmmm, czyli Unia Europejska, przesyłka w normalniej cenie i brak cła. Kupujesz poniedziałek i najpóźniej w piątek paczka jest u Ciebie.

I dotarł…. owinięty w 10 metrów folii bąbelkowej, wyglądał jak ogromna piłka. Odwijałem go powoli i kiedy osiągnąłem najniższy poziom moim oczom ukazał się dokładnie taki sprzęt jaki kupiłem. Z odciętymi kablami, a poza tym OK. 

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem było odkręcenie pokrywy. Spodziewałem się w środku absolutnie wszystkiego. I trochę się uśmiechnąłem, a trochę przestraszyłem. Bo wnętrze wyglądało oryginalnie poza jednym słowiańskim detalem: wszystkie trzy bezpieczniki (800mA i 2x 2,5A) zostały zastąpione… rulonikami aluminiowej folii śniadaniowej.  

Pojechałem do OBI, kupiłem odpowiednie bezpieczniki, kabel zasilający. Po 10 minutach pracy byłem gotowy do włączenia buttona POWER.

NAGLE

Nic nie wystrzeliło 🙂 Zapaliła się po prostu czerwona dioda selekcji źródła. Podpiąłem więc kolumny, podpiąłem źródło i litewski przybysz zagrał dokładnie tak, jak grali wcześniej jego bracia.

Z Grundigami 1500a professional Sanyo tworzyło duet niemal idealny. Zamknięte obudowy Grundiga trzymały bas w ryzach. Było go dużo, ale nie za dużo. Sanyo dawał od siebie liniowość i precyzję. Wspólnie grało to tak, że dla każdego, kto ceni jasno brzmiące zestawy, z szybkim i krótkim basem otrzymywał Graala za niewielkie pieniądze. Słuchałem tego duetu kilka miesięcy. Zapraszałem znajomych i opowiadałem legendy o tym jak to plastikowe pudełko jest Dawidem w starciu z Goliatami HI-END’u. 

I to wszystko było prawdą, ale po raz kolejny stanąłem w obliczu samego siebie aby zrozumieć, że wcale nie ścigam się z salonami audio, ale ścigam się wyłącznie z tym, co mi się podoba.  A to co mi się podoba ma w sobie piętno… syndromu sztokholmskiego!!! czyli wirtualnego łokcia na kręgosłupie, który trzyma nade mną „salon audio”, mówiącego do mnie – „nowe audio jest duuuużo lepsze niż vintage… jest takie liniowe, jest takie naturalnie..

Dziś spiąłem Sanyo JA-220 z Celestion Ditton 15.

Pojawiły się wszystkie duchy liniowego ideału. W przypadku audio tak samo jak w przypadku prasy modowej – liniowy ideał podoba się na papierze. Mówisz na głos: „jest przepięknie!” ale w skrywanej części duszy myślisz „brak krągłości!„. Mój dzisiejszy „taniec wspomnień” z Sanyo JA-220 jest właśnie taką grą, która z jednej strony może wywołać zazdrość całej audiofilskiej braci, ale z drugiej strony po zjedzeniu kolacji, chętnie zamówiłbym Ubera i wysłał Sanyo do swojego liniowego domu, a sam spędził noc z naturalnie i tłusto brzmiącą SABA Studio HiFi 2. Jak w życiu… każdemu podoba się co innego.

Telefunken V201a – Enter the Dragon

Długo polowałem na ten piec. Jego brzmienie żyło w opowieściach osób, które już go słuchały. Jeszcze zanim dotarł do mnie był już legendą.

Telefunken V201a czyli klasyczna Vka od TFK

 

Ten wzmacniacz można kupić albo bardzo tanio albo wcale. Brzmi jak paradoks, ale tak właśnie jest. Szukając w całej Europie po prostu go nie ma. Jeśli się pojawia to najczęściej wystawiony na ebay albo kleinanzeigen przez wnuczka niemieckiego audiofila, który obrócił się w proch. Często taki wzmacniacz odstał swoje na strychu lub piwnicy i wystawiany jest z symboliczną cenę 50 euro. Niestety znika w ciągu kilkunastu minut. Nawet jeżeli dalej widoczny jest na aukcji to tylko dlatego, że nie został zdjęty na czas ale fizycznie i tak go już nie ma. Następny sprzedający widząc w historii, że właśnie za tyle poszedł (czyli tanio) daje podobną cenę… i również sprzedaje go w kilka minut.

A kiedy ktoś już go kupi to istnieje bardzo niewielka szansa, że będzie chciał odsprzedać. Naprawdę niezmiernie rzadko trafiają one na tzw. trzeci krąg sprzedaży. A jeżeli już – to egzemplarze z wadami, najczęściej ukrytymi. 

Jaka powinna być jego cena? Ciężko to oszacować, bo poza samym brzmieniem na jego cenę wpływa trudność w zakupie, konieczność niezbyt taniego serwisu, legenda… Gdybym miał kupić go raz jeszcze i miałbym pewność, że otrzymam egzemplarz po prawdziwym serwisie, grający w niezmienny sposób kolejne 30-40 lat to cena 500 euro byłaby ceną bardzo bardzo okazyjną. Ale gdyby zestawić go z nowym sprzętem z salonu audio to mogłyby już iść iskry niedowierzania z mózgów ludzi trzymających kable na podstawkach. Piszę to z pełną odpowiedzialnością: ciężko szukać do 20.000 zł nowego wzmacniacza, który by nawiązał rywalizację z Telefunkenem V201a. 

Historia mojego egzemplarza jest klasyczna. 

Aby trafić na niego, musisz sprawdzać hifishark każdego dnia. One pojawiają się i znikają. Bardzo rzadko w taki sposób aby wystarczyło kliknąć „kup teraz” i w introwertyczny sposób bez wymiany zdań dokończyć transakcję. Czasem pojawi się taki na Węgrzech i wtedy trzeba kombinować w języku bratanków. Czasem w Austrii ale trzeba samemu jechać w Alpy aby go odebrać. Mój pojawił się po prostu w Niemczech. Stan kiepski, nie wiadomo czy sprawny, ale po włączeniu dioda power się pali. Brak wysyłki. Piszę więc z użyciem AI wiadomość do potomka zachodniego okupanta czy istnieje możliwość wysyłki do Wolnego Miasta Gdańska. Nie wiem czy chciał mnie spławić czy nie, ale odpisał, że za dodatkowe 35 euro wyśle. Zgodziłem się natychmiast. Szybki przelew z Revoluta i po kilku dniach legenda stała na mojej półce. 

Szkoda… że grał tylko jeden kanał.

Nie przejąłem się tym zbytnio. Nie ma sprzętu, którego nie da się naprawić. Tego samego dnia zawiozłem go do jednego z gdańskich serwisów hi-fi, który nie raz ratował mnie zarówno w prostych jak i mniej prostych naprawach. Mijał czas, a odzewu nie było. Spokojnie czekałem niemal całe wakacje i w końcu musiałem odebrać sprzęt. Na tarczy. Ten kanał, który rzekomo nie grał – okazało się, że grał, ale bardzo cicho i nie była to kwestia balansu, przełącznika kolumny-słuchawki ani żadnego innego selektora. 

Moje szczęście polegało na tym, że mniej więcej w tym samym czasie poznałem K. z Białegostoku. Jakiś czas wcześniej kupił ode mnie Audiolaba 8000a i ujął mnie swoimi opowieściami w jaki sposób doprowadzał go do pełnej elektronicznej perfekcji. W końcu Telefunken V201a trafił na swojego 🙂 

Serwis został wykonany z absolutnie z poszanowaniem legendy i jej parametrów. I nie polegał on tylko na znalezieniu luźnej nóżki winnej cichego grania jednego kanału ale został wykonany gigantyczny przegląd każdego łącza, każdego elementu i wymieniony został każdy elektrolit nie trzymający parametrów wg. serwisówki. 

Lista jest obszerna. 


Obudowa i chassis:
 

  • Odkurzenie całości.
  • Czyszczenie panelu przedniego, gałek oraz nakładek przełączników środkiem Tenzi APC IN (usuwa zanieczyszczenia biologiczne, nie reaguje z metalami i lakierami).
  • Oczyszczenie obudowy środkiem Teak do fornirów.
  • Usuwanie rys oraz niedoskonałości obudowy nie było w zakresie przeprowadzonych prac, jak i również ze względu na wiek urządzenia nie podjęto się mycia wnętrza poza odkurzeniem (płytek PCB, czyszczenia potencjometrów).


Przedwzmacniacz gramofonowy:

  • Wyrywkowa kontrola kondensatorów o dielektryku stałym – w normie.
  • Wymiana kondensatorów elektrolitycznych – wycieki bądź poza tolerancją.
  • Wymiana kondensatorów elektrolitycznych na wejściu układu na MUSE.

Przedwzmacniacz:
 

  • Wyrywkowa kontrola kondensatorów o dielektryku stałym – w normie.
  • Wymiana kondensatorów elektrolitycznych – wycieki bądź poza tolerancją.
  • Naprawa zapadki przycisku Noise (nie zaskakiwał).
  • Naprawa przyczyny nierównomierności poziomów kanałów (jedno z wyprowadzeń kondensatora w torze audio nie było podłączone – podłączono według schematu).
  • Ze względu na wiek urządzenia nie podejmowano prób czyszczenia potencjometrów ani przełączników – pracują poprawnie. Czyszczenie utrudnione ze względu na rozbudowane połączenia drutowe oraz nitowane delikatne elementy – w przypadku uszkodzenia – brak możliwości zakupu oryginału.


Końcówka mocy:

  • Wyrywkowa kontrola kondensatorów o dielektryku stałym – w normie.
  • Wymiana kondensatorów elektrolitycznych – wycieki bądź poza tolerancją.
  • Wymiana past termoprzewodzących pod tranzystorami mocy.
  • Oczyszczenie punktów styków śrubowych kolektorów tranzystorów mocy.
  • Oczyszczenie warstw oporowych potencjometrów regulacyjnych.
  • Bypass przełącznika wyjścia (nitowany z ebonitu, naprawa droga / duże ryzyko uszkodzenia) pominięto na życzenie – w konsekwencji oba wyjścia (słuchawki/kolumny) działają razem, można korzystać z obu wyjść, przy odsłuchu na słuchawkach odpinając kolumny od urządzenia.

Zasilacz:
 

  • Wymiana kondensatorów elektrolitycznych części sterującej.
  • Wymiana pasty termoprzewodzącej pod tranzystorem mocy.
  • Oczyszczenie warstwy oporowej potencjometru regulacyjnego.
  • Wymiana wkładek bezpiecznikowych na wartości zgodne ze schematem.
  • Dobór mocowań i wymiana kondensatorów elektrolitycznych głównych – oryginalne 2500uF miały pojemność 920-1250uF oraz bardzo wysoki ESR, zastosowano Philips 2200uF/100V w wykonaniu przemysłowym o żywotności 15.000h i wymiarach zgodnych z oryginałem. Obecnie w typoszeregu pojemność 2500 nie występuje, jak i same elektrolity są produkowane z tolerancją +/-20%. 
  • Poprawa kontaktu żarówki podświetlającej wyłącznik sieciowy.
  • Przełączenie uzwojenia pierwotnego transformatora zasilającego z 220V na 240V.
  • Test rezystancji izolacji przewodu zasilającego – powyżej 1MOhm.

Kalibracja (Przeprowadzono według instrukcji serwisowej):
Przed regulacją -> Po regulacji

 

  • Stabilizowane napięcie zasilające – nominalnie 37V – 41,2V -> 37,0V
  • Offset wyjścia względem chassis – nominalnie 19V – kanał R 16,87V -> 19,01V, kanał L 18,96V -> 18,96V.
  • Bias – nominalnie 30mA – kanał R 26,44mA -> 29,4mA, kanał L 21,6mA -> 29,3mA
  • Korekta zadziałania elektronicznego ograniczenia mocy R/L – odkształcenie sinusoidy ustawiono zgodnie z instrukcją.
  • Obciążenie wzmacniacza rezystancją 4 Ohm @ 1kHz – test trwał 10 min z pełną mocą wyjściową – pracuje poprawnie, nie przegrzewa się, sygnał nie ulega wzbudzeniu ani zniekształceniu, oba kanały osiągają pełną moc zgodnie z założeniem producenta.

Wzmacniacz dziś do mnie dotarł. Mój znajomy zwrócił mi uwagę, że skoro na sprzęcie z końcówki jak 60-tych jest napis Hi-Fi to nie był on w tych latach umieszczany bez kozery. Wtedy to miano było dużo bardziej reglamentowane niż dzisiaj. 

Pierwsze wrażenie.

Nie jestem ekspertem od lamp. Mam tylko jedną. Kilka słyszałem u kogoś. Ale praktycznie zawsze kiedy o tranzystorze pisze się, że jest lampowy, że jest strojony jak lampa, albo dlatego, że pochodzi z początku lat 70-tych, z tego krótkiego przełomu, gdy tranzystory wchodziły na rynek i inżynierowie  robili wszystko aby tranzystory brzmiały jak lampy, albo dlatego, że w nowożytnych czasach jest strojony pod lampę, bo tak jest po prostu fajniej, to te tranzystory grają w określony lampowy sposób. 

I dziś na tę scenę wchodzi Telefunken V201a i mówi: może i jestem tranzystorem, ale gram tak jak lampy śnią po nocach aby grały. Jeżeli tylko dobrze potrafię określić brzmienie lampowe na podstawie moich skromnych doświadczeń to ten TFK V201a gra najbardziej lampowo z wszystkiego co w życiu słyszałem.

Na tym dziś skończę. 

Potrzebuję minimum kilku dni aby oswoić się z tym brzmieniem i porównać je najgorętszą konkurencją: malutkim Creekiem 4040, Grundigiem Stereimeister 35, NADem 317 czy Electrocompanietem ECI5