Sanyo JA-340

Na subiektywność ocen ma wpływ wiele czynników. O ile gust jest tym teoretycznie najważniejszym, to czas jest tutaj równie ważny, o ile nie ważniejszy. Wzmacniacze, które kilka lat temu robiły w mojej głowie furorę dziś są raczej miłym wspomnieniem i wracam do nich z nostalgii, a nie po to aby odkrywać nieznane.

Z tej perspektywy w pewnym sensie zazdroszczę osobom, które są „fanami marki”, na przykład „grundigowcy” zrzeszeni dookoła konstruktu „GAT Audio”. Albo człowiek, który przyszedł do mnie kilka tygodni temu kupić kolumny Marantza i przyznał mi się, że to jego 20-ste albo 30-ste kolumny Marantza bo kolekcjonuje tylko tę markę. Z drugiej strony im współczuję, bo monogamia i wierność wobec marki prowadzi do czegoś na wzór „erozji genetycznej” światopoglądu muzycznego.

Czytaj dalej →

SANYO JA 220 – Legend (Slovian Legend)

Legendą można zostać z wielu powodów. Są legendarne wzmacniacze, które ważą kilkadziesiąt kilogramów i trzeba dwóch chłopa, aby je przenieść. Są legendarne albumy, np. legenda głosi, że jeden z albumów Merzbow został wydany w ilości 1 (jeden) sztuk i zapakowany w najnowszego mercedesa SL i aby kupić tę płytę trzeba kupić całego mercedesa. Nie można podobno tej płyty z niego wyciągnąć i można słuchać tylko w tym mercedesie. 

Jest też legenda, że wzmacniacz Sanyo JA 220 bije na głowę konkurentów za 10.000 PLN a sam jest do kupienia za 100 zł. 

Podobno kiedyś pewien Włoch zrobił serię blind testów używanego wzmacniacza Sanyo JA 220 wartego kilkanaście euro z konkurentami 100 razy droższymi i ten mały plastikowy Sanyo te ślepe testy wygrał. W kraju na Wisłą też mamy Grega – krzewiącego religię Grundiga i Sanyo. I jest w tym przekazie dużo prawdy. Sanyo Ja 220 jest szokująco genialny jak na cenę 100 zł…. ale

Ale..

  • 100 zł ten wzmacniacz kosztował to może 3-4 lat temu ale nie teraz;
  • od kiedy Greg na grupach grundigowych umieścił go na świętym papirusie jego cena wzrosła trzykrotnie;
  • a kiedy Reduktor Szumu jesienią 2023 opublikował film pt „Hifi za grosze czyli wzmacniacze ze śmietnika” to już poszło na grubo…

Od tego czasu w Polsce nie da się już kupić Sanyo JA-220 tanio. Cena ustabilizowała się w granicach 400-650 zł w zależności od stanu. Nie jest to już cena tak atrakcyjna i jego zakup trzeba przemyśleć. Jeszcze do niedawna kosztował tyle, co parę artykułów spożywczych przypadkiem włożonych do koszyka w Biedronce. I można było go po prostu kupić bez najmniejszego uszczerbku dla budżetu tygodniowego. 

 

Za granicą też za bardzo nie da się go kupić tak tanio. Być może dlatego, że jeżeli komuś ten tandetny kawałek plastiku zalegał na strychu po wujku/dziadku to już dawno się go pozbył, a ten co ma świadomość jaki jest to sprzęt – zapewne trafił w internecie na włoskie ślepie testy i nie sprzeda za bezcen. 

A nawet jeżeli już ktoś go wystawi za 20 euro, to tylko kwestia godzin, aż kupi go jakiś Polak lub Włoch. 

Mi udało się kupić pierwsze Sanyo JA-222 na eBayu z UK. Czyli z tego dzikiego kraju spoza UE, gdzie do zakupów dolicza się cło. Na aukcji nie był drogi, ale doliczając wszystkie koszty wyszło normalnie. Jakiś czas potem kupiłem JA-220 (drobne różnice w numerkach dotyczą mniej istotnych funkcji, które mają znikomy, bądź żaden (?) wpływ na brzmienie). Kupując je rok temu byłem w amoku poszukiwania ideału brzmienia „GAT Audio” i za bardzo skupiłem się na dialogu Sanyo z kolumnami Grundiga i kiedy już nasyciłem się chwilą – sprzedałem oba wzmacniacze i poszedłem przed siebie.

„Kto po dwóch krokach do przodu nie robi kroku w tył, ten nie wie gdzie idzie.”

To słynne litewskie przysłowie mówi dokładnie o mojej przygodzie z Sanyo. Przysłowie oczywiście przed chwilą wymyśliłem, ale wątek litewski jest prawdziwy.

Obudziłem się w poniedziałek i kiedy w porannym półśnie chwyciłem komórkę i otworzyłem pocztę zobaczyłem powiadomienie z eBay, że wzmacniacz, który lubię jest do kupienia. Oddalam telefon od oczu i powiększam ekran (tak się robi zawsze po 40-tce) i co widzę? Widzę niesprawny Sanyo JA-220 za 40 euro, w całkiem ładnym stanie z odciętymi kablami. Kable odcięte tak jakby robił to litewski rycerz wracający spod Grunwaldu. Jedynym cięciem Sanyo został pozbawiony kabla zasilania, antenowego i przypadkowo wpiętych cinchy. Opis „working/ not working„. Czyli można sobie chyba wybrać 🙂  Miejsce wysyłki: Wilno. 

 

Wilno!? Hmmm, czyli Unia Europejska, przesyłka w normalniej cenie i brak cła. Kupujesz poniedziałek i najpóźniej w piątek paczka jest u Ciebie.

I dotarł…. owinięty w 10 metrów folii bąbelkowej, wyglądał jak ogromna piłka. Odwijałem go powoli i kiedy osiągnąłem najniższy poziom moim oczom ukazał się dokładnie taki sprzęt jaki kupiłem. Z odciętymi kablami, a poza tym OK. 

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem było odkręcenie pokrywy. Spodziewałem się w środku absolutnie wszystkiego. I trochę się uśmiechnąłem, a trochę przestraszyłem. Bo wnętrze wyglądało oryginalnie poza jednym słowiańskim detalem: wszystkie trzy bezpieczniki (800mA i 2x 2,5A) zostały zastąpione… rulonikami aluminiowej folii śniadaniowej.  

Pojechałem do OBI, kupiłem odpowiednie bezpieczniki, kabel zasilający. Po 10 minutach pracy byłem gotowy do włączenia buttona POWER.

NAGLE

Nic nie wystrzeliło 🙂 Zapaliła się po prostu czerwona dioda selekcji źródła. Podpiąłem więc kolumny, podpiąłem źródło i litewski przybysz zagrał dokładnie tak, jak grali wcześniej jego bracia.

Z Grundigami 1500a professional Sanyo tworzyło duet niemal idealny. Zamknięte obudowy Grundiga trzymały bas w ryzach. Było go dużo, ale nie za dużo. Sanyo dawał od siebie liniowość i precyzję. Wspólnie grało to tak, że dla każdego, kto ceni jasno brzmiące zestawy, z szybkim i krótkim basem otrzymywał Graala za niewielkie pieniądze. Słuchałem tego duetu kilka miesięcy. Zapraszałem znajomych i opowiadałem legendy o tym jak to plastikowe pudełko jest Dawidem w starciu z Goliatami HI-END’u. 

I to wszystko było prawdą, ale po raz kolejny stanąłem w obliczu samego siebie aby zrozumieć, że wcale nie ścigam się z salonami audio, ale ścigam się wyłącznie z tym, co mi się podoba.  A to co mi się podoba ma w sobie piętno… syndromu sztokholmskiego!!! czyli wirtualnego łokcia na kręgosłupie, który trzyma nade mną „salon audio”, mówiącego do mnie – „nowe audio jest duuuużo lepsze niż vintage… jest takie liniowe, jest takie naturalnie..

Dziś spiąłem Sanyo JA-220 z Celestion Ditton 15.

Pojawiły się wszystkie duchy liniowego ideału. W przypadku audio tak samo jak w przypadku prasy modowej – liniowy ideał podoba się na papierze. Mówisz na głos: „jest przepięknie!” ale w skrywanej części duszy myślisz „brak krągłości!„. Mój dzisiejszy „taniec wspomnień” z Sanyo JA-220 jest właśnie taką grą, która z jednej strony może wywołać zazdrość całej audiofilskiej braci, ale z drugiej strony po zjedzeniu kolacji, chętnie zamówiłbym Ubera i wysłał Sanyo do swojego liniowego domu, a sam spędził noc z naturalnie i tłusto brzmiącą SABA Studio HiFi 2. Jak w życiu… każdemu podoba się co innego.

In search of the lost chord

Tym tytułowym zaginionym akordem, było „brzmienie Grundiga”. Poświęciłem miesiące poszukiwań aby zrozumieć, że ono nie istnieje. Bo to czego szukałem, to brzmienie GAT Audio – czyli bardzo mały wycinek z całej palety różnych brzmień Grundigów na przestrzeni lat. Wycinek, który bardzo przypadł do gustu słynnemu w grundigowych kręgach Panu Grzegorzowi, prowadzącemu grupy w social mediach właśnie o nazwach Grundig Hifi Poland i podobnych. GAT to rozwinięcie od Grzegorz Audio Tuning, albo Grundig Audio Tuning, lub trochę od jednego a trochę od drugiego. Ideą grupy jest generalnie to, że Pan Grzegorz paruje zestawy z szeroko pojmowanej grupy Grundiga (CD + wzmak + kolumny) i odpowiednio je opiniuje a czasem tuninguje. Takich rekomendowanych zestawów jest kilkadziesiąt a poziom rekomendacji każdego z nich jest wyrażany ilością kciuków w górę oraz przelicznikiem ceny do jakości. 

Oczywiście jest to idealny gotowiec dla wszystkich handlarzy na OLX i Allegro i zestawy z topki list śrubują ceny. Zasięg listy jest raczej krajowy, więc w PL tworzy się podciśnienie, które sprawia, że wiele tych sprzętów trafia do nas zza Odry, gdzie można kupić je po prostu taniej. 

Moje pierwsze strzały były losowe. W wspomnianym wcześniej wpisie kupiłem kolumny Grundig 312 i amplituner RTV360. Wtedy jeszcze nie byłem w pełni świadomy, że to sprzęt na tranzystorach germanowych i ma zarówno swoje wady i jak mnóstwo zalet. Chwilę później w sposób losowy (po prostu pojawiły się na niemieckim ebay w dobrej cenie) kupiłem Grundig Hi-Fi Box 416. Tym razem rekomendacją do ich kupna był Reduktor Szumu mówiący w jednym z odcinków, że praktycznie wszystkie Grundigi z zaokrąglonymi brzegami mają coś cudownego w brzmieniu.

 

  

Dobra cena 416-tek szybko okazała się zwykłą ceną, bo musiałem wymienić skruszałe zawieszenia głośników basowych. Ale dzięki temu uzyskałem poprawnie grające kolumny. Dokupiłem jeszcze jeden z podstawowych amplitunerów Grundiga z lat 80 czyli R500 i spiąłem to razem.

 

 

Efekt…. nieciekawy. Nawet spore rozczarowanie. Moje ulubione referencyjne kolumny Tannoy M1 spięte z byle jakim wzmakiem zagrały lepiej. Brzmienie było po prostu zbyt jasne, zbyt płaskie, bez głębi…

Równolegle kupiłem wzmacniacz Grundig V7200 ale…. przyszedł w częściach. Rozbijanie przez kurierów czterocyfrowej wersji V to klasyka zasługująca na osobny wpis. Te wzmacniacze są bardzo ciężkie, a większość ich ciężaru opiera się na plastikowym froncie i dosłownie kilku plastikowych bolcach. Jeśli nie wytrzymają bolce – kolejne do wyłamania są elementy drukowane. Śmierć następuje po jednym solidnym rzucie paczką. 

Mój pierwszy rozbity V7200 opóźnił moją eksplorację GAT Audio o kilka miesięcy.

Równolegle z UK kupiłem Sanyo Ja 220. Znów, po wliczeniu w cenę kosztów importu czyli wysyłki i cła, było znacznie taniej niż w PL. Sanyo Ja 220 oraz cała rodzina tego sprzętu o niemal identycznej konstrukcji czyli Sanyo Ja 222 czy Grundig V1700 jest wysoko rekomendowana przez Pana Grzegorza. Sanyo dotarł cały i zagrał … bardzo audiofilsko. Brzmienie bardzo zrównoważone, ani ciepłe ani chłodne. Przy jego śmiesznym wyglądzie przywołującym na myśl estetykę wież stereo z przełomu 80/90 ciągniętych z Berlina Zachodniego – robił naprawdę bardzo dobre wrażenie. 

Brakowało mi kolumn. Ale tych z wyższej półki systemów GAT. Te najbardziej cenione to Grundig Box 650 Professional. W tej samej linii, ale plasujące się dwie pozycje wyżej jeżeli chodzi o miarę wielkości (co przy moim salonie ma znaczenie) były Grundig Box 1500a Professional

Taki właśnie zestaw na długi czas zagościł w moim salonie:

Sanyo Ja 220 + Grundig Box 1500a Professional

 

Kolumny zamknięte dawały bardzo precyzyjny i szybki bas. Nic nie było przekolorowane. Każde pasmo na swoim miejscu. Nawet mi się to podobało ale… to było wciąż bardzo audiofilskie. Choć muzyki słuchałem godzinami, zarówno jazzu, rocka progresywnego jak i The Police (które jest bardzo wymagające sprzętowo aby instrumenty były odseparowane od siebie, jednak bez suszy w uchu) to w tym zestawie brakowało mi ducha vintage. Brakowało mi ciepła, głębi, emocji.

To był zestaw, z którym z podniesioną głową mogłem wejść do salonu początkującego audiofila, który właśnie wydał 20 tys PLN w salonie audio na nowy sprzęt i mógłbym przyprawić go o ogromną depresję mówiąc, że ja wydałem 10 x mniej. To nie są bajki i przechwałki. Ten zestaw za niewiele ponad półtora tysiąca złotych naprawdę bije tanie (tanie oczywiście w skali salonów audio) nowe sprzęty. 

Tylko, że ja się nie chciałem ścigać brzmieniem z nowymi sprzętami. Jak ścigałem ducha vintage. 

Wtedy jeszcze mocno eksplorowałem wspomniany na początku kult GAT Audio. Ale jednocześnie zacząłem rozumieć, że tylko mały wycinek grundigowego brzmienia. A dalej, jest Telefunken, Saba, ocean brzmienia brytyjskiego, jest legenda Philipsa, norweski Tandberg… i cała specyficzna Japonia.

Grundig Box 1500a prof osiągnęły jeszcze dwa poziomy grania wyżej i jeden równoległy zanim
musiały ustąpić miejsca na podstawkach kolejnemu zawodnikowi. Te dwa
poziomy wyżej to dwa kolejne wzmacniacze Grundiga i mały niepozorny wzmacniacz Sony, o których napiszę w
kolejnym wpisie. 

ciąg dalszy historii

 

Heaven or Las Vegas

SANYO GXT 849LO

Nie pamiętam dokładnie kiedy i nie pamiętam dlaczego. Ale w naszym domu pewnego dnia pojawił się jednoczęściowy plastikowy kwadracik z dwiema kolumnami na cienkich kabelkach. Przywieziony wprost z Pewexu z ulicy Heveliusza w Gdańsku. Wieża SANYO GXT 849LO. Kiedy rozpakowana stanęła na stole w dużym pokoju poczułem, że stoi przede mną absolutny szczyt techniki! Lamborghini wśród wież audio. Byłem najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. 

Cyfrowy ekranik. Strojenie tunera na pomocą przycisku a nie gałki! Zapamiętywanie stacji! Regulacja tonów! Dwie kasety czyli możliwość przegrywania z jednej na drugą. Dolby B! Zmiana typu taśmy!! Wejście na CD!! Jak na 1988 rok to było absolutne cudo. O innych, które mogłem pooglądać w Pewexie nawet nie marzyłem. Nie musiałem. Czułem się jakbym miał wszystko.

 

 

Muzyka zyskała wtedy dla mnie kompletnie nowy wymiar. I nie jest to tylko literacka przenośnia, a dosłownie, był to nasz pierwszy sprzęt stereo. Pamiętam, że długo walczyłem z odruchem przykładania ucha do … wieży, kiedy chciałem coś dokładniej usłyszeć a w pomieszczeniu panował hałas. 

Ta wieża była w moim posiadaniu przez długie lata. To oczywiście tani plastikowy kwadracik, ale na żadnym innym sprzęcie nie przesłuchałem tylu płyt/kaset po raz pierwszy w życiu. To na niej nagrywałem pierwsze audycje Beksińskiego i ze słuchawkami wpiętymi w gniazdo headphones zasypiałem praktycznie codziennie. No i jeszcze ten magiczny znaczek… 

Do dziś został mi ogromny sentyment do sprzętów ze znaczkiem SANYO. Ta marka wprowadziła mnie w świat stereo. Mimo, że brzmienie dużo bliższe było plastikowemu Las Vegas niż audiofilskiemu niebu to właśnie ten kawałek plastiku był przez lata moim najlepszym przyjacielem. 

Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że złota era sprzętu audio już minęła, a nawet nie miałem pojęcia, że istniała, że w pogoni za nowym dobrym sprzętem audio nie będę mógł uczestniczyć ze względu jego koszty przez dwie kolejne dekady, a kiedy w końcu będzie mnie stać – zacznę odkrywać sprzęt starszy niż ja, za ułamek ceny nowego, który skradnie moje serce…