„Mam podobne wrażenia odnośnie „Rybiego Oka”. Średniak, ale za tym średniakiem kryje się pewien spokój, może grać sobie w tle godzinami. Do tego wieczorem wycieraczki myją okna i jest pewna przyjemność z odsłuchu. A jak na krzem – ma pewną fakturę organiczną i „życie” w dźwięku – dobrze przy tym odtwarza gitary elektryczne zagrane na lampowych wzmakach – jak na krzem nawet iskrzą. Nie gra pełną piersią jak philipsy germanowe, ale ma to coś jak dla mnie i u mnie wylądował na półce „nie sprzedaje”, mimo że na początku również nie byłem do końca z niego zadowolony i brałem go jako „kanapowe brzmienie” i nic więcej, ale czas spędzony z nim na dłużej pozwolił go docenić bardziej. Dla mnie idealny do grania w tle przy pracy„

To jest 1:1 komentarz, który Kuba zostawił mi pod tekstem Easy Living, w którym próbowałem „ujeżdżać” cyberpunkowe Philipsy z lat 80-tych. Komentarz dotyczył wzmacniacza Philips 22RH550 znanego jako „Rybie Oko„.

