Z gramofonem Fisher MT-6321 spędziłem 15 lat. To były lata o których pisałem wcześniej we wpisie The Living Years. Grał on razem ze wzmacniaczem Cambridge Audio 640v2 (którego bardzo nie lubiłem) i nieudaną podróbką Audio Physiców Spark w postaci Studio 16Hz Xentia. Ale każdą chwilę kiedy wynurzałem się na chwilę z życiowego kieratu obowiązków i rzeczy, które „należy-zrobić-wcześniej-niż-upgrade-HIFI” – poświęcałem na szukanie nowej muzyki, kupno kilku winyli, albo odkryciu czegoś nowego na piratach/streamingach. Wyskakiwałem ponad powierzchnię jak delfin – nie do końca świadomy tego, że jest ssakiem i oddycha tlenem z powietrza a nie z wody i licytowałem winyle na allegro albo jeździłem na giełdy i buszowałem w pudłach z tanimi płytami. Od czasu do czasu pozwalałem sobie na ekstrawagancję w postaci „drogiej” płyty np. Twelfth Night czy Legendary Pink Dots na urodziny. Za drogą uznawałem taką, która na LP kosztowała więcej niż na CD.
Jako appendix do wcześniejszego wpisu, nagrałem fragment muzyczny. Głośność wypoziomowana do tej samej wartości i dwa te same fragmenty nagrania w identycznych warunkach odsłuchowych, te same ustawienia (na zero) oraz te same kolumny (Ditton 44), źródła, kable etc…
Jeśli słyszysz różnicę – opisz ją proszę w komentarzu. Jeśli nie słyszysz, to dlaczego?
Kilka tygodni temu przeglądając ogłoszenia trafiłem na dobrze znaną szarą skrzyneczkę, z dobrze znanymi kwadratowymi przyciskami i okrągłymi gałkami. NAD 3140? Hmmm… a cóż to takiego, co wyglądem bardzo przypomina klasycznego 3020?
Muszę przyznać, że idąc przed siebie jak koń w klapach na skrajach oczu, będąc wpatrzonym w model 3020 jako historyczny wzorzec z Sevres, zupełnie nie zwróciłem uwagi, że nie był on samotny w katalogu swojej linii.
A katalog urządzeń NADa (bez tunerów i magnetofonów) z przełomu 70/80 wyglądał wtedy tak:
Preamp: NAD 1020
Końcówka mocy: NAD 2140
Wzmacniacze zintegrowane: NAD 3020 oraz NAD 3140
Amplituner: NAD 7020
Lista bardzo krótka, jak menu w dobrej restauracji. A w niej NAD 3020 – jako budżetowy wybór dla każdego, oraz dla tych co chcą osobno: pre 1020 oraz końcówka 2140.
No i jest jeszcze NAD 3140, który jest włożonym do jednego pudełka preampem 1020 i końcówką 2140. Preamp jest identyczny jak ten z 3020 ale końcówka to konstrukcja dual mono, z dwoma trafami, o podwójnie podniesionej mocy względem 3020.
WOW. Czemu ja o tym wzmacniaczu nie słyszałem wcześniej? Przecież to tak jakby zachwycać się VW Golfem a obok stoi VW Golf GTI…
Wystarczyło mi 10 minut analizy internetu aby wymienić kilka banknotów na tego NADa. A przez kolejne dni, czekając, aż do mnie dotrze starałem się jak najwięcej o nim przeczytać. Jedna z recenzji po przetłumaczeniu na nasz język brzmi tak:
Ten wzmacniacz brzmi wspaniale! Gładki, aksamitny dźwięk i szeroka scena muzyczna zapewniają godziny prawdziwej przyjemności słuchania.
Zacznijmy od wyglądu zewnętrznego. Stylistycznie jest to nieco nietypowy wzmacniacz NAD – wygląda jak każdy inny model tej marki z tamtego okresu, z zielonkawym kolorem i mnóstwem plastikowych pokręteł. Jednak są też wyjątki:
wskaźniki mocy LED na panelu przednim, które prawdopodobnie były unikalne dla tego modelu w tamtym czasie. Wcześniej wskaźniki mocy spotykaliśmy w modelach 3080, 3060 i 3040, ale tam były to klasyczne wskaźniki VU.
korektor głośników z dwoma ustawieniami, podnoszącymi sygnał poniżej 40 Hz lub 70 Hz w zależności od rodzaju kolumn.
funkcja „Mono”, która wydawała się nieco dziwna nawet w momencie premiery.
Wnętrze przypomina połączenie modeli 1020 i 2140 w jednej obudowie. Dla miłośników winylu jest tu wspaniała sekcja gramofonowa z modelu 3020, obecna w prawie każdym wzmacniaczu NAD z tego okresu. Dwa masywne transformatory i dość poprawny układ wewnętrzny.
Na panelu tylnym znajdziemy dwa wejścia gramofonowe, regulację biasu, funkcję mostkowania i… SLC?! Co to, u licha, jest SLC? Otóż, według dokumentacji NAD, to skrót od „Speaker Lead Compensator„, czyli kompensator przewodów głośnikowych.
Idea polegała na tym, że wzmacniacz miał pomagać użytkownikom osiągnąć pełny potencjał systemu, kompensując straty sygnału wynikające z długich i cienkich przewodów głośnikowych. Ponadto, standardowo dla wzmacniaczy z tego okresu, zastosowano soft clipping.
Niestety, częstą przypadłością tych wzmacniaczy, w tym przypadku nawet podwójnie, jest brumienie transformatorów. Wynika to z faktu, że pochodzą one z Chin, a w latach 70. i na początku 80. ich jakość nie była jeszcze tak wysoka jak obecnie.
Jednak najważniejszy jest dźwięk. W połączeniu z gramofonem Rega Planar 2 (starszym modelem) i odpowiednią wkładką, ten wzmacniacz świetnie odtwarza niemal wszystko, zapewniając wiele godzin przyjemności słuchania.
Testowałem go z Rega Planar 3 i wkładką Nagaoka MP 110, słuchając debiutu Dire Straits. Bas w utworze „Six Blade Knife” był fenomenalny, a hi-hat brzmiał czysto i sucho.
Podczas słuchania „Wariacji Goldbergowskich” Glenna Goulda z nagrania z 1981 roku, wyraźnie słychać było dźwięk uderzających strun fortepianu oraz charakterystyczne odgłosy.
Brzmienie jest bardzo gładkie, choć nieco wolne. Nie należy się spodziewać błyskawicznego „responsu”, ale wzmacniacz ma wystarczająco dużo mocy, aby z powodzeniem zagrać zarówno dynamiczne basy, jak i pełną orkiestrę, czy też energetyczny rock.
Niektórym może się wydawać, że brzmienie jest nieco ciemne. Można to porównać do latte – (mała ilość espresso na dnie i dużo gorącego mleka na wierzchu). Dźwięk 3140 przypomina espresso z niewielką ilością mleka – pełny smak kawy z odpowiednią nutą mleka, tworzącą bogate wrażenia słuchowe.
Jeśli więc natrafisz na ten wzmacniacz, nie wahaj się – warto go kupić. Nie pożałujesz.
Słucham go non stop od dwóch tygodni. Łączyłem go z KEF Concerto, Celestion 44 oraz jaśniejszymi kolumnami od Philipsa z serii 22RH. I podobnie jak twórca powyższej recenzji z Regą Planar (model 6 z wkładką Denon DL-110). Mogę tylko podpisać się pod każdym zdaniem powyższej recenzji. Można z nim spędzić długie godziny bez najmniejszego zmęczenia.
Dochodzimy do momentu, kiedy trzeba zadań w końcu pytanie: A jak w porównaniu z 3020?
Podłączyłem dziś oba wzmacniacze do tego samego źródła i tych samych kolumn (Celestion 44) i użyłem czeskiej skrzyneczki – speaker/source control – czyli po prostu odpowiednio połączonych „pstryczków”. Pograłem pierwsze 15 minut, ustawiłem identyczne poziomy głośności i rozpocząłem testy. Na początku przełączałem sam. Z jakiegoś powodu 3020 podobał mi się ciut bardziej, ale czy tak było naprawdę, czy tylko ulegałem paraaudiofilskiej iluzji? Bo grały niby identycznie. A przynajmniej bardzo bardzo bardzo podobnie.
Nie grałem głośno, więc moc nie odgrywała dużej roli, zaś Dittony 44 mają skuteczność na poziomie 96 dB, więc również nie są to wymagające kolumny dla wzmacniacza.
Zrobiłem krótką przerwę, ściągnąłem do pokoju mojego 9-letniego syna i poinstruowałem gdzie ma „pstrykać”. Ustawiłem to tak, abym nie widział jaki aktualnie zestaw jest włączony. Był to klasyczny blind test – a działa on na audiofili niczym woda święcona na antychrysta!
Najgorsza rzecz na świecie, jaka może przytrafić się audiofilowi to … nie usłyszeć różnicy.
I teraz uwaga uwaga uwaga! Przyznaję się! Po kilku pstryknięciach przełącznikiem kompletnie się pogubiłem i nie byłem w stanie stwierdzić jednoznacznie, który z NADów gra! One grały tak samo! Może przy głośniejszym graniu, może na jaśniejszych kolumnach usłyszałbym różnice, ale przy zwykłym popołudniowym graniu – różnic między tymi niezwykle podobnymi NADami nie byłem w stanie wskazać.
Być może mój słuch jest daleki od umiejętności rozróżnienia tych wzmacniaczy, a może one naprawdę grają i.d.e.n.t.y.c.z.n.i.e w tych, środkowych, mało ekstremalnych warunkach?
A jeśli grają niemal identycznie, to… może warto nie przepłacać za symbol i legendę i zamiast 3020 kupić 3140 za 30% ceny tego pierwszego?
NAD 3020 to wzmacniacz, który jest ze mną najdłużej. (Poza małym wyjątkiem, bo jest nią Unitra AT-9100, ale nie ja ją kupowałem, a moi rodzice). Tak więc jeszcze raz:
NAD 3020 to wzmacniacz, który jest ze mną najdłużej, spośród tych, które sam kupowałem.
Na tym niedługo istniejącym blogu wspominałem go chyba najczęściej. Pojawia się już na zdjęciach sprzed 20 lat. Pojawia się, kiedy testowałem różne kolumny-wynalazki. Przez długi czas był wzorcem. Ale nie traktowałem go jak legendę. Bez skrupułów odłożyłem na półkę kiedy kupiłem Creeka 4040 S2. Bo Creek był lepszy i po wieloma względami wciąż uważam, że jest lepszy.
NAD 3020 taki książę złodziei. Tytułowy Robin Hood. Kiedy pojawił się na rynku w 1978 lub 1979 roku kosztował mnie więcej tyle co każdy budżetowy wzmacniacz otwierający najtańszą linię sprzętów danej firmy. W Niemczech było to mniej niż 400 DM. Opisywane przeze mnie Elaci czy Telefunkeny dekadę wcześniej kosztowały ponad 1000 DM – dziś można je kupić za 200-300 zł. Za to NAD 3020 kosztujący ówcześnie kilka razy taniej dziś kosztuje około 1500 zł.
Zanim NAD czyli New Acoustic Dimension wypuścił na rynek swój najbardziej legendarny model, miał w swojej ofercie, jak wiele firm z tamtych czasów, głównie klasyczne amplitunery, swoją drogą świetnie grające, ale czasy się zmieniały, na scenę muzyczną z impetem wkraczały punkrockowe bandy jak Sex Pistols czy The Clash, dinozaury prog rocka odchodziły jeden po drugim. King Crimson zawiesiło działalność, Genesis zaczęło grać pop, Peter Hammill zamienił się w Nadira… Wojna monster receiverów czyli amplitunerów większych, droższych, o coraz większej mocy i bardziej jaskrawych żaróweczkach wkraczała w erę upadku. Padały wielkie firmy, niektóre zupełnie przestawały istnieć, inne przebranżawiały się lub po prosty sprzedawały nazwę. Aby utrzymać się na rynku trzeba było być jak szczur w erze konających dinozaurów.
I właśnie wtedy Bjoern Erik Edvardsen, norweski inżynier pracujący dla angielskiego NAD’a zaprojektował małego szarego szczura. Miał być tani w zakupie, epatować brzydotą i kąsać do krwi tłuste koty mijającej epoki. Miał być Robin Hoodem, księciem złodziei, miał pokazać Anglii borykającej się z kryzysem, że nie trzeba płacić haraczu za dobre HIFI, nie trzeba utrzymywać zastępu dyrektorów, designerów, nie trzeba płacić za coraz większe moce i lakierowane drewno. Ale jednocześnie mieć dobre audio. Bez blichtru i na każdą kieszeń.
Tym szczurem był NAD 3020
NAD wygrał wszystko co miał wygrać. A wystarczyły ledwie i aż dwie rzeczy: był tani i dobry. Jak jesteś tani i dobry, to możesz być nawet brzydki a twoja uroda stanie się atutem, znakiem rozpoznawczym. Wybaczy Ci się byle jakie rozwiązania, plastikowy front i trochę przypadkowy montaż.
Mój szczur, książę złodziei był jest ze mną od 20 lat. Kupiony za około 200-300 zł, zniósł dzielnie wszystkie przeprowadzki i dekadę w szafie kiedy w ogóle nie bawiłem się sprzętem – a zmieniałem pieluchy kolejnym dzieciakom. I nigdy nawet przez myśl nie przyszło mi aby go sprzedać.
* * *
W czasach leżenia na półce trochę zmarniał. Nie był karmiony prądem i kondensatory zaczęły wariować. Potrafił zagrać, ale czerwone diody wysterowania tańczyły swój prywatny taniec. Czasem przerwał jakiś kanał, czasem coś zaszumiało.
No i pojechał do najlepszego w Polsce SPA dla wzmacniaczy, do Białegostoku.
Sam chciałbym kiedyś, aby ktoś mnie tak pomierzył i powymieniał zużyte elementy. Niestety to NAD 3020 ma dużo większą szansę przeżyć mnie, niż ja jego.
Wymienione zostało co następuje
Kondensatory toru audio Nichicon FG
Kondensatory zasilacza preampu Matsushita FC
Kondensatory zasilacza głównego Nichicon FW
Tranzystory sterujące (parowany, dobrany komplet)
Potencjometry regulacyjne precyzyjne
Led, śruby tranzystorów mocy, rezystor
taśmy, rurki, pasty…
32 godziny pracy. Każda z nich przywracała tego angielskiego szczura do czasów świetności. Finalnie doszedł do takiej formy, że znów bez problemu może polować na koty 🙂
Kiedy wrócił do mnie tydzień temu byłem w totalnym amoku słuchania gęstego, tłustego, bujającego basem Elaca 3400T. Po przełączeniu na NADa – jak napisałem w poprzednim wpisie – poczułem się jakbym nagle zastąpił tłustą goloneczkę potrawą z tofu.
Do odsłuchu w obu przypadkach używałem kolumn KEF Concerto oraz Celestion Ditton 15.
Elac i NAD zagrały jak woda i ogień, jak dzień i noc. A z doświadczeń ostatniego 20-lecia wiem, że NAD nie jest wzmacniaczem wybitnie jasnym, raczej jest sprzętem stawiającym na tworzenie atmosfery w ramach audiofilskich marginesów. Stąd jego sukces. Nikt z audiofilskiej braci nie może znaleźć argumentu aby się do niego przyczepić, z racji legendy – nie wypada go o nic oskarżać, a wszystkim innym się po prostu podoba. Szach mat.
Ja potrzebowałem tygodnia aby ponownie się do niego przekonać. Przekonać do takiego naturalnego NADa z regulatorami barwy na zero i bez wciśniętego loudness. NAD i Elac grają kompletnie inaczej i każdy fajnie na swój sposób. Elac to dociążenie, barwa, gęstość, mruczenie Leonarda Cohena prosto do ucha. Zaś NAD to popis 800-metrówca. Nie jest ani sprinterem, ani długodystansowcem. Ale jest mistrzem świata na swoim dystansie. Z jednej strony ma absolutnie wszystko co powinien mieć sprzęt doceniany przez audiofilską brać czyli odpowiednią przestrzeń, powietrze, szczegółowość, ale potrafi zrobić to co Peszko kiedyś robił w reprezentacji w piłki nożnej – czyli atmosferę.
Po południu słuchałem winyla Chet – Cheta Bakera na Telefunkenie V201a i Dittonach 15, zaś wieczorem na NAD 3020 i KEF Concerto.
W obu przypadkach grało to tak, że po prostu morda mi się cieszy, że jestem tu i teraz i takie mam właśnie hobby, a nie np. wędkarstwo.
Prawie całą sobotę osłuchiwałem się z filigranowym Philipsem 22RH580 na tranzystorach germanowych. Ale on zasługuje na osobny wpis, bo zachwycał mnie krok po kroku coraz bardziej. Począwszy od odrestaurowanych KEFów Cantor, na których wysłuchałem całego Waiting For The Sun – The Doors, poprzez pierwsze legendarne Cresty (jedynka Led Zeppelin) aż po największe Concerto (wszystkiego po trochu).
I kiedy miałem ponownie spięte Concerto postanowiłem przejść się do sąsiada i pożyczyć na odsłuch jego NADa 317… Okazja matką nowych odsłuchów. Miałem tylko zajść nakarmić koty podczas jego nieobecności, a wyniosłem ciężki jak dwunastopak mleka wzmacniacz NAD 317.
Zawsze chciałem mieć NADa C370. Wielokrotnie jedno kliknięcie w „Kup Teraz” dzieliło mnie od stania się jego właścicielem. Potem C372… Ale za każdym razem kroczyłem alternatywną ścieżką. Najbliżej byłem kiedy przez kilka lat moim głównym piecem był NAD C350. Poznałem go dość dobrze i poprzez aproksymację przyjąłem, że C370 to po prostu takie same brzmienie, ale trochę „bardziej i więcej”.
Czy byłem w błędzie? Tego nie wiem, bo wciąż nie słuchałem ani C370 ani C372. Ale kilka dni temu do KEFów Concerto wpiąłem wielkiego i ciężkiego protoplastę największych NADów czyli NAD Stereo Integrated Amplifier 317.
Zajrzałem do danych technicznych:
Power output: 80 watts per channel into 8Ω (stereo) Frequency response: 20Hz to 20kHz Total harmonic distortion: 0.03% Damping factor: 200 Input sensitivity: 165mV (line) Signal to noise ratio: 104dB (line) Dimensions: 435 x 128 x 383mm Weight: 12.1kg Year: 1997
Front klasyczny NADowy. Na tylnej ściance 6 wejść liniowych (w tym dwie pętle magnetofonowe) oraz wejście wyjście pre out/main in, dzięki którym można używać wzmacniacza niezależnie jako preamp lub końcówkę. Można też przełączyć go w tryb mono i wykorzystać całą moc jakie jeden monoblok. Kiedyś tak bawiłem się z końcówkami 2200.
Ale 317-tkę mam tylko jedną więc podpiąłem ją klasyczny sposób – jako stereofoniczny wzmacniacz zintegrowany.
ŁOOOOOO!
To była pierwsza myśl, jaka przeszyła moją głowę tuż po podłączeniu. Ależ moc! Pokrętło na godzinie 7-mej i już jest tak, że głośniej nie trzeba. Ogromny transformator. KEFy stają się przy nim lekkie jak piórko. Audiofilski szpitalny sznyt, czyściutkie brzmienie, ale absolutnie nie płaskie. Męczyłem te potężne KEFy słabymi wzmacniaczami a NAD po prostu wystrzelił je w powietrze. Jeżeli ktoś kiedykolwiek narzekał na ten wzmacniacz na forach, to chyba musiał mieć uszkodzony egzemplarz.
I teraz pytanie? Czy 25 lat to już vintage czy jeszcze nie vintage? Czy vintage definiowany powinien być przez wiek czy charakter brzmienia? Ale vintage co cały wachlarz najróżniejszych typów brzmień.
NAD 317 brzmi tak, że spokojnie może stawać w szranki z nowymi wzmacniaczami i konkurować brzmieniem na równych zasadach. Dobrze zrealizowane kawałki brzmią na nim jeszcze lepiej, ale te z gorszą realizacją – niestety zamiast maskować błędy, robią to co 95% audiofilskiego sprzętu – uwypuklają je.
I tak: najnowsza płyta Trentmollera – szczyt i sufit brzmienia. Grało to tak, że lepiej po prostu nie potrzebowałem. Ale słuchana dzień wcześniej Roberta Flack już trochę odarta została z magii.
* * *
Po dwóch dniach poszedłem na grubo. Odpiąłem od Electrocompanieta ECI5 – Infinity Renaissance 90 i wpiąłem je w NADa 317 – jakby nie liczyć – w sprzęt 8 razy tańszy od ECI5.
Mindfuck. Ogromny power. Włączyłem Freelove – Depeche Mode. Gahan w tym utworze śpiewa dość cicho, a za jego wokalem toczy się prawdziwa burza elektroniki. Ale na dobrych sprzętach spośród tej burzy głos Gahana jest czysty i czytelny. A za nim, stojącym centralnie na scenie wysuniętym metr do przodu, ściana dźwięku – im lepszy sprzęt tym ta ściana jest bardziej mocarna lecz wciąż selektywna.
No i ten NAD zagrał to z takim chamskim powerem, z takim nisko kroczącym basem, że aż zaniemówiłem. Przepiąłem z powrotem na ECI5 i scena jednak jest tutaj czytelniejsza, piękna barwa, lekkość i … płaskość, brak powera.
Jeden klocek ma to, a drugi tamto. Jestem pewny, że gdyby zapytać większą grupę osób, to zdania, który zabrzmiał lepiej byłyby podzielone. Jako jeden z naprawdę niewielu nie ugiął się przed Infinity R90 i udźwignął je niczym Anatoly na siłce. Jedną ręką.
Przebudziłem się po 10 latach sprzętowej hibernacji. Nie miałem ani grama sentymentu do Xentii i Cambridge Audio. Ale tym razem podszedłem do tematu trochę inaczej niż do tej pory. Zamiast spędzać tygodnie na forum audiostereo tylko po to aby i tak podejmować randomowe decyzje, po prostu otworzyłem Allegro albo OLX, sięgnąłem pamięcią do czasów kiedy naprawdę bardzo dobre wrażenie zrobiły na mnie małe Tannoye M1 i wyszukałem w bardzo ładnym stanie M3 w Toruniu. Wsiadłem do auta i po prostu po nie pojechałem. Po trzech godzinach miałem je już u siebie w domu.
Tego samego dnia zacząłem rozglądać się za wzmacniaczem. Niedaleko mnie wypatrzyłem NADa C350. Po kolejnej godzinie był również u mnie w domu. Kupowałem go od postawnego kucharza, który korzystał z niego w swojej domowej siłowni. Przechodząc przez otwartą kuchnię w której stało kilkanaście różnej wielkości noży przechodziły mnie myśli, czy czasem NAD C350 nie był tylko przynętą na łakomego audiofila i skończę oskórowany… albo nawet gorzej.
Kiedy podłączyłem ten zestaw u siebie poczułem ogromną ulgę. Po prostu ulgę, że mam już za sobą ten etap kiedy wszystkie inne rzeczy były na wyższym priorytecie niż zmiana systemu audio. Nie wydałem kroci, raczej zmieściłem się w 1,5 tys PLN. Grało to o niebo lepiej niż 5x droższy sprzęt, z którym męczyłem się poprzednie 10 lat. Tannoy + NAD zawsze był dobrym połączeniem i mając taką bazę mogłem teraz na spokojnie otworzyć forum audiostereo i zacząć szukać kierunku do postawienia kolejnego kroku.
Niestety nie mam ładnych zdjęć z tej konfiguracji. Nie byłem wtedy jeszcze fanatykiem „hifiporn” i nie wysyłałem do znajomych zdjęć nowych pudełek 🙂 Natomiast znalazłem zdjęcia: zakryte kolekcją U2, wzmaka na stoliku oraz Tannoyek zrobione kilka miesięcy później, kiedy ustępowały miejsca spełnieniu jednego z moich marzeń… ale o tym następnym razem.
Chciałem zacząć od tego, że kolejny mój zakup był bardzo ważny bo mam ten wzmacniacz do dziś, ale pomyślałem, że chybione zakupy są również bardzo ważne, bo uczą przyznawania się do porażki.
A życie audiofila jest negatywem życia tenisisty. Aby dojść do finału trzeba przejść całą drabinkę porażek, po drugie nawet nie wiadomo ile rund nas czeka aby upragniony finał osiągnąć. Tenisista dochodząc do finału zupełnie odwrotnie – ma za sobą serię wygranych, a zwycięstwo w finale daje mu spełnienie, splendor i pieniądze. Audiofil ma serię przegranych, niespełnienie, ostracyzm społeczny i brak pieniędzy 🙂
Tym zakupem był NAD 3020. Pierwsza wersja. Taka naprawdę pierwsza, bez literek, z mniejszym poborem mocy. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Ale jak wspomniałem, ten NAD przeżył ze mną 20 lat, kilka przeprowadzek i sprawdzałem go w wielu systemach. Jest trochę jak VW Golf 1, który kupiłem za grosze (niecałe 300 zł), stoi na półce w garażu, miejsca nie zajmuje, zyskuje na wartości i na tyle przyzwyczaiłem się, że go mam, że żal sprzedawać.
Ale wtedy, w 2005 roku miał być spełnieniem na lata! Miałem nawet nikłą nadzieję, że Fenixy razem z nim powstaną z popiołów i zagrają. Niestety nic takiego się nie wydarzyło i natychmiast po kupnie NADa zacząłem grzebać na forum jakie inne kolumny mu dokupić.
Wygrzebałem dość cenną i w sumie słuszną jak na tamte lata informację, że są takie małe kolumienki jak Tannoy Mercury M1 i one dają czadu. To miał być nowe kolumny, bo wydawało mi się, że jeszcze są w sprzedaży. A sprzedawał je po prostu Media Markt. Wtedy część poświęcona HI-FI w dużych sklepach RTV miała swoją rację bytu. Były zamknięte salony odsłuchowe i grupa sprzedawców, która o HI-FI wiedziała mniej tyle co ja, czyli nic lub niewiele. A reklamy kin domowych wypełniały połowę czerwonych gazetek, które znajdowało się w skrzynkach pocztowych.
Objechałem większość sklepów w Trójmieście i wszędzie okazywało się, że spóźniłem się jakieś pół roku. Tannoy owszem są, ale wersja MX1 a wszędzie na forach pisali „tylko nie wersja MX! to już zupełnie inne granie!„. Zostało mi więc Allegro. Pamiętam, że ostatnie promocyjne ceny w Media Markcie za parę Tannoy Mercury M1 oscylowały w granicach 350 zł. Ale po zakończeniu ich sprzedaży ceny używanych zamiast spadać… zaczęły rosnąć, a raczej na lata zatrzymały się właśnie na granicy 350-400 zł. Nie było wyboru. Byłem już tak na nie nagrzany, że po prostu musiałem je kupić.
I w końcu dotarły. Jakiś miesiąc po NAD 3020 (nie pamiętam tego, ale zdjęcia na szczęście miały już time stampy). Spiąłem system i poczułem (po raz pierwszy od kiedy stałem się audiofilem) coś innego niż frustrację. Ten zestaw zagrał bardzo ładnie. Wręcz fenomenalnie ładnie. Wydawało mi się wtedy, że to jest finał. Pierwszy i zarazem ostatni wygrany mecz, że nic już nie muszę zmieniać.
I przez kolejnych kilka miesięcy nic nie zmieniałem. Zacząłem cieszyć się ze słuchania płyt.
Patrząc na daty zdjęć widzę, że ten NAD 3020 + Tannoy M1 wywołał we mnie taką euforię, że kilka dni później postanowiliśmy kupić z moją przyszłą żoną wspólnie mieszkanie na kredyt, co było decyzją jak na tamte czasy bardziej wiążącą niż oświadczyny, ślub, trójka dzieci i pies 🙂
Były to ostatnie sielskie chwile, kiedy mogliśmy po pracy wypić butelkę wina, posłuchać płyt, a jeśli poniosłą nas fantazja to o dowolnej godzinie dowolnego dnia wyskoczyć do Yesterdaya lub Rock Cafe. Kupowałem wtedy mnóstwo płyt z pogranicza soulu i R’n’B. W szczególności Shirley Bassey czy Gladys Knight. Był taki sklep z winylami na Piwnej, płyty kosztowały 5-10 zł. Za kilka dyszek miałem pół reklamówki płyt. Praktycznie same wydania USA. Stany średnie i dobre, czasem bardzo dobre. Sklep niestety się szybko zawinął, ale mi pozostało mnóstwo dobrych wspomnień z tamtych czasów.