To ten pierwszy KEF Cresta. Model z 1967 roku. Mój egzemplarz pochodzi dokładnie z 30 grudnia 1968 roku. Uwielbiam te karteczki wszyte we front kolumny, podpis osoby, która składała oraz inspektora, który zatwierdził poprawny montaż. Przenoszą mnie niemal 60 lat w przeszłość, do czasów przed In The Court of the Crimson King…
Kupiłem je przez przypadek. Dwa lata temu nie miałem pojęcia jaki diament właśnie wpadł w moje ręce. Moja wiedza opierała się na tym, że stare KEFy są fajne – i tyle. Byłem przed wertowaniem skanów katalogów i analizą treści na „radiomuzeum”.
Napisał do mnie Kamil i wysłał mi link do dwóch ogromnych, nieco zniszczonych skrzynek pod Starogardem. Osoba, która je sprzedawała na drugiej aukcji miała lampowego Yaqina MS-30L i podobno ten duet tworzył magiczne połączenie. Ja do Starogardu mam pół godziny, Kamil musiałby przejechać całą Polskę, dlatego „oddał” mi tak ciekawy temat, na który pewnie sam miał ochotę.
KEF dzisiaj i KEF ponad pół wieku temu to zupełnie inne firmy. Pisałem o tym przy okazji wpisu o KEF Cantor. Miałem w domu już malutką Crestę z 1967 roku i ona rozbudziła mój apetyt na tę markę i jednocześnie zbudowała ogromne zaufanie.
KEF Concerto
Concerto to największy model w katalogu KEFa. Ogromna skrzynia o wymiarach 711 x 305 x 432 mm.
Celeste II (1966), Concerto(1969), Concord(1966), KEFKIT2(1969), KEFKIT3(1969), K2 Baffle(1962), Group 4 Cantata(1965)
Do tego fenomenalnie rozwiązana zwrotnica SP1004. Dostępna zaraz po zdjęciu maskownic, przykręcana jedną śrubką i wyjmowana z portu jak kości RAM w komputerach. Samą zwrotnicę, jeśli przyjdzie nam chęć na wymianę można kupić nawet dziś od Falcon Acoustic.
* * *
Trzy dni myślałem zanim zdecydowałem się wykonać telefon. W międzyczasie z aukcji zniknął Yaqin. To mnie przekonało aby przyśpieszyć wycieczkę do Starogardu.
Kolumny były w fatalnym stanie. Wyglądały jakby ktoś przechowywał je w pracującej betoniarce. Ale sprzedawca tego nie ukrywał, takie kupił i poległ na pracach renowacyjnych, albo w międzyczasie zmieniła się koncepcja. Cena też była odpowiednio tańsza. Ale najważniejsze, że wszystkie przetworniki były całe i działały jak należy.
– O nieeee nie nie nie nie nie – powiedziała moja małżonka kiedy tylko zobaczyła jak taszczę je i stawiam w pierwszym rzędzie w salonie.
– Ja tylko posłucham przez jakiś czas i pewnie je sprzedam – uspokajałem
Ten czas jakoś trwa i trwa. Pory roku się zmieniają, a KEFy ładnie odpicowane, do tego na podstawkach na wymiar, stoją i dalej czarują.
A zabawa wygądała tak:
taki był ich stan na początku, mnóstwo rys, do tego ubytki, które trzeba było zaszpachlować jak Passatazabawy ze szlifierkąlakierobejcavoila! pierwsza gotowa!druga też gotowa
Brakowało tylko dobrych podstawek. Pomierzyłem gdzie stoi mój fotel, a gdzie będą stały KEFy i zamówiłem je na do zespawania na wymiar.
I oto efekt końcowy:
Brzmieniowo urzekały mnie one bardzo powoli. Nie trafiłem od razu idealnie ze wzmacniaczami. Czułem, że potencjał mają ogromny, ale ciągle czegoś było za mało albo za dużo. Chwile euforii mieszały się z chwilami kręcenia nosem. Podłączałem i odłączałem różne Pionieery i Luxmany, ale ciągle czegoś brakowało. Na Grundigu V7000, który idealnie zgrał się z Dittonami – tutaj było za dużo skrajów.
I w końcu, bez większej nadziei na sukces, do tych wielkich skrzyń podłączyłem maleńkiego Creeka 4040s2.
Czy zabrzmiało to genialnie? … Tak. Zdziwiłem się do tego stopnia, że kilka kolejnych poranków wstawałem o 5 rano, cicho schodziłem do pokoju aby nie obudzić psa i aby nie pomyślał, że już pora na spacer i włączałem KEF Concerto z Creekiem 4040.
Całkowita cisza w domu, cisza za oknem. Brak najmniejszych hałasów. I ta nieskończona we wszystkich kierunkach delikatna scena dźwięku. To, że Creek jest mistrzem przestrzeni – to ogólnie wiadomo, to, że ma rewelacyjną górę pasma – również wiadomo. Czy poradzi sobie z wielkimi KEFami w kontekście basów i dociążenia dźwięku? Można było wątpić… Ale 96 dB skuteczności zrobiło swoje. Nie potrzeba było wzmacniacza o wielkiej mocy aby KEFy rozbłysnęły audiofilską liniowością.
Jak w ogóle można błyszczeć liniowością? Błyszczeć można czymś nietypowym, niespodziewanym i ponadprzeciętnym. Creek błyszczy tutaj tak jak rodzicie chcą aby błyszczały ich dzieci w szkole. Od góry do dołu na świadectwie same najlepsze oceny i wzorowe zachowanie. Nie wrzuci petardy do kibla i nie wypije Specjala z kumplami za salą gimnastyczną. Ale kiedy masz ochotę posłuchać małego chuderlawego geniusza o nienagannych, angielskich manierach – podłącz go do grubych KEF Concerto. Ta para nie obrabuje banku, ale za to dostanie najwyższe stypendium na Oxfordzie.
Do dziś ubóstwiam połączenie Creek 4040 S2 z KEF Concerto. To jeden z moich idealnych zestawów.
KEF Concerto dobrze dogadało się nie tylko z Creekiem. W połaczeniu z Telefunken V201a jest totalny komplet niemiecko-angielskiej magii, o której często wspominam. Telefunken dodaje KEFom trochę więcej oleju, zachowując pełną liniowość. Brzmienie staje się tłustsze.
Za to NAD 317 łączy w sobie po części brytyjskość Creeka i oleistość TFK.
KEF Concerto to bardzo plastyczne kolumny. Nie można się do nich zrazić przy pierwszych nietrafionych połączeniach ze wzmacniaczami. Mają oczywiście mnóstwo tego KEFowskiego klimatu z lat 60/70 ale wspomniana plastyczność polega na tym, że bardziej niż standardowo poddają się brzmieniu pieca. I za każdym razem grają jakby bez wysiłku, z pełną swobodą, dlatego, że tak właśnie mają oddać te dźwięki, a nie dlatego, że docierają do swoich ograniczeń.
Kiedy 25 lat temu siedziałem w pokoju odsłuchowym salonu hifi w Gdyni jako kontrpropozycję do Audio Physic Spark II podłączono kolumny marki KEF. Nie podobały mi się wtedy wcale. Audio Physic wygrał wszystko. Nie pamiętam jaki to był model KEF’ów ale tamto zdarzenie naznaczyło mnie do tego stopnia, że przez kolejne lata mając tak ogromny wybór sprzętu do bliższego zainteresowania się markę KEF po prostu omijałem.
Ale marka dzisiaj – a ta sama marka 60 lat temu to mogą być kompletnie różne sprawy. I nie chodzi tylko o naturalny rozwój produktu wraz z rozwojem technologii, ale o zmianę filozofii marki, zmiany ekonomiczne czy wręcz właścicielskie.
KEF dzisiaj ( a dokładnie od 1992 roku) to część GP Acoustics z Hong-Kongu. Ale wtedy… w latach 60 i 70 to było Kent Engineering and Foundry, z fabryką w Tovil, założona przez Raymonda Cooka. O takim KEFie tutaj będę pisał. I to pewnie wielokrotnie.
Mój pierwszy KEF to ten najbardziej klasyczny: Cresta z 1967 roku. Ale dziś nie o nim…
Mój drugi KEF to ten największy ze złotej ery: Concerto z 1973 roku. Ale dziś też nie o nim…
Mój trzeci KEF to półkowy średniak z 21 sierpnia 1973 roku – Cantor.
Skąd wiem, że z tego dnia? Ano z tej małej wbitej na zszywkę karteczki, która jest na każdym KEFie z tamtych lat, z datą złożenia, podpisem montera i jego przełożonego. Czad, prawda?
Idea nazywania wszystkich kolumn na „C” jest mi szczególnie bliska. To element obsesji związanej w pierwszą literą nazwiska głównego konstruktora – pana Cooka. Gdybym ja był konstruktorem kolumn każda z nich zaczynałaby się na „K”. Choć po części ten plan udało mi się wdrożyć w życie…
KEF Cantor to klasyczne bookshelfy, czyli kolumny półkowe. I w tej nazwie nie chodzi tylko o synonim kolumn podstawkowych, czyli de facto częściej mniejszych niż większych. Ale takich, które praktycznie można umieścić na półce, na regale z książkami. I to w taki sposób, że nie będą się stamtąd wychylać – a idealnie wpasują się w głębokość statystycznej książki.
12,5 cm – tyle wynosi ich głębokość. Do tego 47 cm wysokości i 28 szerokości. Te wymiary są już bardziej klasyczne i pasują do średniego monitora. Tylny kabel po prostu wychodzi z kolumny jak w tanich kolumienkach znanych z plastikowych wież stereo z lat 80/90. Ale to chyba wyłącznie efekt praktycznego podejścia i zachowania minimum głębokości. Terminale głośnikowe zawsze parę milimetrów by dodały.
Jakość wykonania skrzynek jest … fatalna. Nie przetrwały drogi InPostem i dotarły do mnie (który to już sprzęt w ten sposób dociera?) w formie puzzli. Oryginalna biała okleina tak naprawdę okazała się zwykła malowaną na biało płytą pilśniową twardą!! Na zajęciach z ZPT w podstawówce robiliśmy karmniki dla ptaków dużo bardziej wytrzymałe! No i oczywiście od rzutów na magazynie InPostu kawałki płyty pilśniowej się pourywały.
W pierwszej chwili – żałoba! W drugiej… rozkręciłem wszystkie głośniki aby sprawdzić czy szkód nie ma więcej we wnętrzu i czy zwrotnica cala. Skręciłem i podpiąłem pod TFK Hymnus. No i … pierwsza jasna gwiazdka na niebie – grają obie kolumny! Wszystkie 4 przetworniki sprawne!
Woofer/Midrange słynny B200 Series: 8” (203mm) w tej wersji SP1014 B200A
Montowany również w Chorale (1970), KEFKIT1(1974) a w innych wersjach w całej plejadzie kolumn ze złotych czasów KEFa
* * *
Dzień drugi: prace parastolarskie.
Zastanawiałem się cały wieczór jak podejść do renowacji tych skrzynek. Majsterkowanie to jeden z ulubionych sposobów na spędzanie czasu wśród nowoczesnych inżynierów – czyli ludzi pracujących w IT 8h przed kompem, a w głębi serca chcący pracować z heblem, śrubokrętem i piłą 🙂 Popytałem więc na lewo i prawo i spośród kilku pomysłów na nowe skrzynki, które ekonomicznie nie przerosłyby wartości głośników przynajmniej dwukrotnie – zdecydowałem się na najłatwiejsze rozwiązanie.
Na początku skleiłem to co się rozleciało. Docisnąłem, poczekałem, wyszlifowałem, wyczyściłem i położyłem okleinę drewnopodobną. Jak na pierwszy raz, to jestem zadowolony 🙂
Maskownice są oryginalne i całe. Znaczki oryginalne i oba. Można więc powiedzieć, że uratowałem kawałek historii przed wyrzuceniem na śmietnik.
I teraz kilka zdań o brzmieniu:
Pierwsze wrażenie: wow! Te kolumny nie mają takiej kubatury aby tak grać jak zagrały! Mimo wyłączonego loudness na wzmacniaczu musiałem się upewnić czy na pewno jest wyłączony. Znam dokładnie ten tweeter i bardzo go cenię, dlatego dziwię się, że gra on jakby głośniej i mocniej. To samo tyczy się basu. Po 15 minutach orientuję się, że po prostu ten efekt to wycofana średnica…. I mógłbym się w tym momencie poddać, stwierdzić, że są lepsze kolumny do słuchania… ale… tak jak przez 25 lat omijałem KEFy tak teraz czuję do nich specyficzny magnetyzm.
Wystarczyło lekko przesunąć bas w lewo na TFK i pasma się wyrównały. Po kilku godzinach poszedłem krok dalej i spiąłem je z malutkim Creekiem 4040 S2. I wydarzyło się to, czego po części się spodziewałem. Ten Creek sam w sobie nie gra niskim basem, stawia na ekstremalną przestrzeń, scenę, lokalizację instrumentów. I to właśnie się stało – Creek 4040 S2 zaudiofilizował brzmienie KEF Cantor. Czasem to słowo brzmi jak obelga, czasem jak zaleta.
W tym przypadku w parze ze sobą brzmienie się wyrównało, poukładało, nie było przekoloryzowane w żadnym kierunku, playlisty „do odsłuchów” zagrały poprawnie… Ale doszło coś jeszcze… doszło vintagowe przybrudzenie dźwięku. Przefiltrowanie go przez niedoskonałość. To jest właśnie ten magnetyczny paradoks sprzętu vintage. Brzmienie niedoskonałe potrafi być bardzo wciągające, zajmujące, chce się go słuchać godzinami… tak jak ja tę Panią cały kolejny dzień: