Z głośników leci Within the Realm of a Dying Sun – Dead Can Dance. Ta płyta jest dosłownie stworzona do Sonabów. Jej realizacja nie umieszcza dźwięków precyzyjnie w przestrzeni, ale tworzy z nich chmury, mgły i aureole. NIE MA – naprawdę NIE MA – lepszych kolumn niż ortoakustyczne, czyli skierowane do góry, do oddania tej muzyki.
Posłuchałem w całości ze streamingu, ale potem przypomniałem sobie, że pierwsze tłoczenia tych winyli dla 4AD mają w sobie jeszcze więcej tego klimatu. I poszło z winyla. Uwielbiam ten album. Brak mi słów, żeby go opisać.
NAD 120 + SONAB OA-5 + Dead Can Dance = wieczór z muzyką i koniec przepinania kabli.
Tymi słowami skończyłem wczorajszy wpis. Ale ta kompozycja sprzętu i muzyki zasługuje na więcej niż tylko wzmiankę na końcu wpisu o NAD 120.

Zastanawiam się, który z tych elementów ma największy wkład w to, że Dead Can Dance brzmi jak totalna petarda.
Zacznijmy od początku:
- Tłoczenie – to pierwsze wydanie 4AD z 1987 roku. Mam też późniejsze wydanie europejskie sprzed kilku lat i brzmi jak totalny gniot. Rzadko kiedy zdarza się aż tak duża różnica między wydaniem z epoki a wznowieniem winyla.
- Gramofon to zwykły Philips 777 z wkładką GP400. Średnia półka budżetowa drugiej połowy lat siedemdziesiątych. A jednak bardzo lubię te modele Philipsa z podstawową wkładką GP400 produkowaną dla Philipsa przez Nagaoka. Gra to o niebo lepiej niż tanie wkładki Audio-Technica, Shure czy Ortofon. Gdybym puścił to przez Regę z Denonem MC, byłoby jeszcze lepiej. Ale nawet w tym zestawie gra to lepiej niż ta sama płyta Dead Can Dance na Spotify. Myślę, że to nie tylko kwestia nośnika, ale przede wszystkim masteringu – innego na winylu, a innego w streamingu.
- NAD 120 jest bardzo plastyczny – gra tak, jak chcą kolumny. Potrafi zmienić twarz o kilkadziesiąt stopni w zależności od tego, jakie głośniki się do niego podłączy.
- Na końcu są kolumny Sonab OA-5. I to one w największym stopniu robią magię.
Tak to razem zagrało:
Oczywiście nagrania na YouTube, rejestrowane mikrofonem Blue Yeti za 300 złotych, nie są w pełni wiarygodne i nie oddają tego, co słychać siedząc wygodnie w fotelu. Dają jednak pewne porównanie między nagraniami. I mam wrażenie, że w przypadku tego setupu to, co złapał mikrofon, jest wyjątkowo bliskie temu, co słychać na żywo.
SONAB OA-5
SONAB OA-5 w pierwszej wersji (bez oznaczenia TYPE 2) różnią się od późniejszej przede wszystkim umiejscowieniem głośników – są one osadzone około 6-7 cm niżej. Cała odgroda – na której znajdują się, podobnie jak w wersji drugiej: szerokopasmowy głośnik Philipsa 9710 oraz cztery wysokotonowe Peerless MT20HFC ułożone w okręgu i skierowane ku centrum – jest obniżona względem TYPE 2.


Stig Carlsson uznał, że lepsze brzmienie uzyska się, przesuwając ją wyżej – w pewnym sensie „psując” design. Zamienił całkowicie zamknięte „pudełko zapałek” na to samo pudełko z lekko wysuniętym środkiem ku górze.
Musiałbym kiedyś postawić obie wersje obok siebie, żeby osobiście usłyszeć różnice, o których pisał ich twórca. Według mnie jednak oryginały brzmią tak samo dobrze jak TYPE 2, których słuchałem pół roku temu.
SONABY mogą, a wręcz powinny, grać ustawione blisko ściany, tak aby ona również była elementem odbijającym dźwięk. U mnie nie było jak dosunąć ich do ściany, więc postawiłem je bardziej klasycznie – trochę wbrew zaleceniom. Nie zaburzyło to jednak odbioru. A przynajmniej tak mi się wydaje.

Kolumny ortoakustyczne, czyli grające pionowo, mogą tworzyć równie precyzyjne pozorne obrazy stereo jak klasyczne konstrukcje skierowane w stronę słuchacza. To nie jest tak, że słuchamy muzycznych plam i chmur krążących gdzieś między sufitem a ścianami.
Kiedy gra zespół jazzowy, bez problemu można wskazać lokalizację każdego instrumentu.
Ale dopiero muzyka z lat osiemdziesiątych – z jej inną realizacją, większą „bajkowością” i nieoczywistością wtłoczoną na stole mikserskim – przy takiej muzyce jak Dead Can Dance, Sleep with the Fishes – Pietera Nootena i Michaela Brooka, Cocteau Twins czy Disintegration – The Cure – robi się całkowity odlot.
