Sanyo JA-340

Na subiektywność ocen ma wpływ wiele czynników. O ile gust jest tym teoretycznie najważniejszym, to czas jest tutaj równie ważny, o ile nie ważniejszy. Wzmacniacze, które kilka lat temu robiły w mojej głowie furorę dziś są raczej miłym wspomnieniem i wracam do nich z nostalgii, a nie po to aby odkrywać nieznane.

Z tej perspektywy w pewnym sensie zazdroszczę osobom, które są „fanami marki”, na przykład „grundigowcy” zrzeszeni dookoła konstruktu „GAT Audio”. Albo człowiek, który przyszedł do mnie kilka tygodni temu kupić kolumny Marantza i przyznał mi się, że to jego 20-ste albo 30-ste kolumny Marantza bo kolekcjonuje tylko tę markę. Z drugiej strony im współczuję, bo monogamia i wierność wobec marki prowadzi do czegoś na wzór „erozji genetycznej” światopoglądu muzycznego.

Zazdroszczę takim osobom, bo z pewnością potrafią dużo lepiej opisać różnice między Sanyo JA 220, Sanyo JA 222, Sanyo JA 224 oraz Sanyo JA 340. Słuchałem każdego z tych wzmacniaczy na różnym etapie mojej ścieżki. Ale nie mając ich wszystkich w tym samym czasie obok siebie naprawdę nie jestem w stanie pisać o różnicach w brzmieniu, może nie mam takiej rozdzielczości muzycznej w głowie, a może takiej pamięci. One grają jak dla mnie tak samo…

  • naturalne, audiofilskie brzmienie ukryte w plastikowym pudełku podobnym do tych na bazarze w złotej erze handlu z Berlinem Zachodnim
  • brak lukrowania, brak podbijania skrajów, ale również brak suchości
  • szybki bas jak na (mimo wszystko) vintage
  • całkowicie niemęczące brzmienie, może grać w tle całymi godzinami
  • dobre dopasowanie do różnych kolumn (typowa cecha naturalnie grających wzmaków)

Ale również:

  • nigdy nie można pomyśleć, że ten wzmacniacz jest końcowym etapem gry
  • pojedynczo każda z jego pozytywnych cech może być lepsza u konkurencji, ale raczej nie wszystkie na raz
  • nie kradnie serca (naprawdę nie chodzi o wygląd, paradoksalnie on mi się bardzo podoba)

Sanyo JA to taki wzmacniacz, którego posłuchanie raz w życiu jest po prostu obowiązkiem. I to nie gdzieś tam u kumpla, ale na spokojnie, u siebie w domu, przez kilka tygodni, z różnymi kolumnami. Ale czy mieć na zawsze? Postawić na półce „not for sale”? To już kwestia osobnicza. W moim przypadku balansuje na krawędzi tej półki. A głównym powodem dlaczego tam nie trafia na stałe jest to, że na tej same półce stoi NAD 3020, którego mam od 20 lat, darzę go ogromnym sentymentem, w którego serwis dużo zainwestowałem i jego rola w moim systemie jest taka sama, jaką miałby pełnić Sanyo JA – poprawnie, naturalnie grający wzmacniacz, który trafia na szafkę przy każdym teście nowych kolumn.

Ale słuchając Sanyo JA 340 już trzeci dzień coraz bliższy jestem uzewnętrznienia pewnej kiełkującej myśli: rodzina Sanyo JA podoba mi się nawet bardziej niż legendarny NAD 3020..

3 komentarze „Sanyo JA-340”

  1. Dokładnie tak jest, a jeżeli ktoś może przy tym pozostać – to szanuję bo też jest to dobry dźwięk, a nie czysty sentyment i na siłę trzeba słuchać u znajomego jakiejś zimy na loudnessie i jak „cudownie” to gra itd. – Oczywiście w skrajnym przypadku. Mi trochę skradł serce przez swoją wielkość i przy tym walory, a i jest dobrym ustawiaczem słuchu przed innymi klockami. Moim zdaniem tak naprawdę największa siła jego leży w zestawieniu z Boxami i to też nie wszystkimi, a i różne kombinacje z rodziny JA i Boxami jak przypasuje to słychać wyraźnie że wtedy te kolumny grają na sto procent swoich możliwości ale to już opisałeś w wątku z Ja-220 o duecie idealnym 🙂

    1. Bardzo celnie z tym ustawiaczem słuchu. U mnie robi za niego NAD 3020, na pewno robił przez lata. Ostatnio mam taki galop, tyle naniosłem sprzętu do salonu, że aż czuję nosem zapach nadchodzącego opierdolu od małżonki 😉

  2. Trochę zgrzebny minimalizm.
    Przypominają się Mazdy z lat 80, w jesiennym oświetleniu na tle jakieś kałuży.
    Człowiek przynajmniej nie wyglądał tak śmiesznie w obliczu śmierci.
    Na ten konkretnie ostateczny termin mam w domu coś podobnego.
    RFT Robotron 2410. Kosztował 30 zł.
    Przyjechał z owadem w środku. Po podłączeniu do sieci, lampki się zapaliły,
    a siedzący za szybką owad, zniknął sobie we wnętrzu urządzenia.
    Nigdy potem już go nie widziałem.
    Po paru tygodniach chciałem złożyć mu wizytę,
    ale jedna ze śrubek przekręciła się do końca i
    zdjęcie blachy okazało się niemożliwe.
    Robotron to czarna szkrzynka, a którą pojadę do końca 🙂

Dodaj komentarz