Moja winylowa ścieżka cz. 1 – First Base

Kolekcjonowanie płyt winylowych to sport drogi i niewygodny. Tak się mówi o tym dzisiaj w memach. Ale nie zawsze tak było.

Ja swoje pierwsze płyty winylowe kupowałem w drugiej połowie lat 80-tych i to nawet bliżej roku 90-tego. Z tego powodu ominęło mnie kilka płyt, które dziś kosztują niemałe pieniądze, spóźniłem się o 2-3 lata. Ominęło mnie Spokojnie Kultu, do dziś żałuję, że nie kupiłem tego albumu, za to płyty T.Love, Sztywny Pal Azji czy Róże Europy trafiały już na moją półkę. Nie byłem jednak specjalnym fanem tzw „rozgłośni harcerskiej”. Dużo bardziej ciekawiło mnie I’m Your Man – Cohena czy trzypłytowy koncertowy składak Tiny Tuner, gdzie dwa kawałki śpiewała razem z Davidem Bowie…

O płytach kompaktowych słyszałem wtedy jedynie w programie „SONDA”. Była to tak nieosiągalna rzecz, że zacząłem marzyć o nich kilka lat później, już w roku 1990. Pod koniec lat 80-tych liczyły się przede wszystkim kasety. Każde kieszonkowe przeliczałem na ilość kaset TDK (moje ulubione) po które jeździłem do Pewexu na Heweliusza w Gdańsku. Natomiast winyle… stawały się coraz tańsze.

Pamiętam, że rok 1991 to była masowa wyprzedaż nowych winyli. Pozbywał się ich każdy sklep, każda księgarnia (najczęściej to księgarnie były dystrybutorem winyli przed 1989). Zdarzały się też wyprzedaże „na wagę”. Jak w mięsnym. Wybierało się dowolną ilość winyli, które następnie były ważone i tak była wyznaczana ich cena. W ten sposób kupiłem Deep Purple – Machine Head i pierwszy Varius Manx (z czasów nie tyle przez Lipnicką co nawet przed Amirianem!). Dwie płyty = 600 gram winyla = śmieszne pieniądze, nawet dla licealisty bazującym na kieszonkowym. To była cena mniej więcej jak za drożdżówkwę, albo miejski bilet jednoprzejazdowy.

Moim odtwarzaczem płyt gramofonowych w tamtych czasach była… wspomniana na samym początku bloga wieża Sanyo tzw. combo. Jakość dźwięku żadna, ale ja wtedy nie celowałem w audiofilię – moim zadaniem było poznać jak najwięcej muzyki, nawkładać sobie do młodej chłonnej głowy jak najwięcej dźwięków.

Lata 1990-2000 to Jarmarki Dominikańskie. To był mój sport. Grzebanie z pudłach z płytami winylowymi i symboliczne kupowanie sobie kilku płyt. Ciężko mi powiedzieć z perspektywy czy płyty wtedy były tanie czy drogie, bo ja grzebałem zawsze w pudłach z najtańszymi. Kolekcja rosła, a ja wciąż słuchałem na drapaku z combo-wieży Sanyo. Równolegle tworzyłem swoją kolekcję na CD (to była ta najważniejsza półka) oraz na kasetach. W 1995 roku ściągnąłem w Międzywydziałowym Laboratorium Komputerowym na Politechnice Gdańskiej pierwsze mp3 z netu.

Dystrybucja muzyki wyglądała wtedy mniej więcej tak:

  • spadek popularności kaset, tym bardziej gdy prawo autorskie wykosiło z rynku piraty oraz wypożyczalnie płyt CD
  • płyty CD były wciąż drogie i pożądane, ale pojawił się obieg piratów z Kaliningradu – z drugiej strony atakowały domowe „wypalarki” CD-Audio, dzięki którym stworzenie cyfrowej kopii było łatwe i tanie
  • nielegalna dystrybucja cyfrowa rosła w siłę: Napster, Kaaza, Audiogalaxy…

Ale czy to kaseta, czy pirat, czy kopia cyfrowa – to były towary zastępcze, niedoskonałe, tymczasowe. Fajnie było mieć coś co było oryginałem, a te należały wtedy do drogich i schyłkowych kaset, jeszcze droższych CD i…. tanich, ale ciężko dostępnych winyli.

I wtedy pojawił się game changer. Było nim … Allegro.

Na początku była to zwykła platforma sprzedażowa/zakupowa używanym towarem. Format licytacji był fascynujący, a winyle były na początku tysiąclecia absurdalnie tanie. Wpadłem po uszy. Tym bardziej, że pracowałem już na etacie i trafiłem na moment pierwszych pensji, kiedy nie mając kosztów czujesz się absurdalnie bogaty dostając 2 tys na rękę.

Wtedy w głowie dokonałem następującej analizy:

  • pirackie CD to kiepski wybór, wcale już nie tak tanie a i tak to półśrodek
  • wypalanie płyt na CD-R to również półśrodek
  • kasety już praktycznie nie istniały
  • ale winyle na allegro miały wszystko co trzeba: były znów absurdalnie tanie, były legalne, były dziełami sztuki, przedmiotami kolekcjonerskimi…

Allegro dla wielu osób stało się narzędziem do pozbycia się staroci ze stryszku i bez problemu można było wtedy obłowić się ponad wszelkie wyobrażenie. Licytacje od złotówki płyt Niemena gdzie sumy końcowe zatrzymywały się na 1,5 zł to było coś normalnego. Często byłem zły, że wygrałem płytę za 2-3 zł bo koszty przesyłki były dwukrotnie droższe niż wartość płyty. Dlatego warto było kupować płyty hurtowo, całe pakiety. W tamtym czasie odbiłem sobie całą dekadę biedowania i patrzenia na płyty CD przez szybę w sklepie. Gromadziłem na winylach całe dyskografie moich ulubionych progresywnych wykonawców. Za grosze….

Kolekcjonowanie płyt winylowych to był sport może i niewygodny, ale za to ekstremalnie tani.

Mając już „kilka metrów winyli” postanowiłem kupić swój pierwszy gramofon, który nie będzie drapakiem ze straganu.

O tym w kolejnej części.

Dodaj komentarz