Marantz PM151 – Beggars Banquet

O tym, że SANYO JA 220 oraz cała jego rodzina, w tym Grundig V1850 to tzw rewelacyjny „sprzęt ze śmietnika” było wiadomo już od jakiegoś czasu. Rok temu tę hipotezę przywołał na swoim YT Reduktor Szumu. To był ostatni gwóźdź do legendy „ekstremalnej taniości” całkiem dobrego sprzętu. Ceny chwilowo skoczyły pod 700 zł, a gdy kurz opadł zatrzymały się na 400-500 zł. No ale to już nie jest „za grosze”… Mówię tutaj o rodzinie Sanyo i Grundiga – niewielkich, plastikowych wzmacniaczach z połowy lat 80-tych.

Jak trafiłem na wzmacniacz Marantz PM-151?

Marantz PM-151

Trafiłem na niego tropem taniości, tropem poszukiwań sprzętu na imprezę, na której może ktoś wylać na niego zawartość kieliszka wina i nie będzie mi go żal, ale równie dobrze, jeśli kieliszek wina trafi w miejsce jego przeznaczenia, czyli do gardła, może też rozkręcić go na full – i wciąż nie będzie mi żal, jeśli nie wyjdzie z tego cały.

Przygotowując się na imprezę, gdzie w namiocie 10×5 metrów będzie bawić się 40-osób i trzeba będzie zrobić trochę hałasu, kupiłem kolumny Marantz HD-680 – trochę przypadkiem, trochę bo były tanie. Opisałem je tutaj.

Testując je i czytając o nich trafiłem na katalog Marantza z 1985 roku. To w nim pojawiły się 680-tki. W tym samym katalogu wzmacniacz PM-151 był opisany jako entry level do krainy Marantza z roku 1985. Nie był bezpośrednio dedykowany do 680-tek, bo był teoretycznie trochę dla nich za mały, a model wyżej poza tym, że nie był dostępny akurat w tym momencie, to i tak chodził drożej.

2x 40W na kanał przy 8 Ohm to i tak dużo więcej niż potrzebuję… przecież nie będę robił dyskoteki… (khm, khm…). Ale najważniejsze było to, że kosztował szalone 145 zł!!!

W ten sposób stworzyłem jeden z wielu tzw. „garniturków” czyli systemów, gdzie wzmacniacz i kolumny pochodzą nie tylko od tego samego producenta, ale dodatkowo są z również z tego samego katalogu. Kiedy do mnie dotarł i odpowiednio go rozruszałem (czyli kręciłem wszystkimi guzikami i suwakami – te chyba nie były dotykane od lat, bo pierwsze przesunięcie wymagało niemałej siły), spiąłem go z kolumnami Marantza HD-680 i…. puściłem italo disco. Skoro sprzęt z roku 1985 to musiał zagrać Savage 🙂

Grało to całkiem składnie, czytelnie i głośno!! Bardzo głośno!! Moja małżonka już w klimacie imprezowym podkręcała volume i komplementowała mnie z całych sił, że wreszcie podłączyłem coś – gdzie nie lecę ściszać sekundę po tym jak za bardzo podgłośni, a kiedy się odwróci nie zmieniam muzyki na „swoje plumkanie”. A mi nie było żal… bo czego miało być żal? Zestawu „ze śmietnika”?

Impreza się udała. Dziękuję sąsiadom, że nie nasłali na nas policji, bo trochę naruszyliśmy ciszę nocną… chociaż część z nich była w namiocie razem z nami. Było bardzo głośno, tak głośno, że nie poświęciłbym żadnego swojego „regularnego” sprzętu. Wzmacniacz stał na kolumnie obok nalewaka do piwa. Ale grał! Grał do samego końca… imprezy, nie swojego końca.

I na tym mógłbym zakończyć ten wpis…. gdybym nie zaczął słuchać go w następnych dniach, już na spokojnie, w domu, na różnych kolumnach i nie italo disco, ale „plumkanie”.

Na początku w połączeniu garniturkowo-imprezowym, czyli Marantz PM-151 + HD-680. Na chłodno i na spokojnie to brzmienie mógłbym określić – nostalgiczne. Mułowate kolumny dostały od swojego partnera trochę życia i blasku. Brzmienie było wciąż pudełkowe, ale płyty paździerzowej z jakiej wykonane są HD-680 nie przeskoczysz. Jednak wysłuchałem ze wspomnianą nostalgią całe Flag – Yello. Uwielbiam i zespół i album od lat. Flag to album z 1988 roku, a pierwszy raz posłuchałem go w 1990-tym i tak właśnie zapamiętałem to brzmienie. Tzn. na moim ówczesnym sprzęcie (Sanyo) grało to gorzej niż na Marantzu, ale kierunek myśli budżetowej audio-inżynierii musiał być taki sam. Stąd wspomniana nostalgia.

Marantz PM-151

I już miałem pakować zestaw Marantza do garażu, aby czekał na kolejną imprezę, ale nie dawało mi spokoju jak ten mały Marantz tak ożywił i rozpędził zamułki jakimi są HD-680? Domyślam się, że musiał być jasny i szybki… spiąłem więc go z Dittonami 44. Znam ich brzmienie doskonale i nawet ostatnio przez 3 dni słuchałem na nich Sanyo JA 224.

Podpiąłem i…. to nie jest tak, że ja wszystko chwalę i wszystko mi się podoba (jak np. w każdym jednym piśmie HIFI 🙂 ) Ja również trafiam na wiele sprzętów, które są rozczarowaniem, albo kompletnie nic nie wnoszą nowego, albo są bezbarwne i mam ZERO namiętności w sobie aby coś o nich pisać. Ale Marantz PM-151 w przenośni „wyjęty ze śmietnika” czyli kupiony za 145 zł taki nie jest. On może nawet nie tylko w przenośni został wyjęty ze śmietnika, pewnie ktoś zgarnął go za free z niemieckiej wystawki i dlatego tak tanio wystawił na sprzedaż. Ale on ma w sobie, w swoim stosunku jakości do ceny coś, co sprawia, że poświęcam mu ten wpis.

Po spięciu z Dittonami 44 zagrał w sposób liniowy i bardzo schludny. Oczywiście nie jest to magia jaką daje lampa, ale to jest TEN SAM charakter linowego, ułożonego grania jaki prezentują wspomniane Sanyo JA 220, Grundig V1850, Grundig V1700… Może z całą godnością i odpowiedzialnością pojawić się na tym samym tytułowym Bankiecie Żebraków i aspirować do bycia sprzętem HI-FI za grosze. Z tą różnicą… że jego „sława” jest tak niewielka, że naprawdę kosztuje grosze.

Marantz PM-151

Dodaj komentarz