
Historia
Marantz powstał w Nowym Yorku, w 1953 roku, czyli dokładnie w tym samym co Harman/Kardon opisywany we wcześniejszym wpisie. W przeciwieństwie do marek niemieckich, gdzie każda miała swój niemały udział w 2WW, podczas której szlifowała umiejętności i gromadziła kapitał – marki amerykańskie rodziły się po wojnie. Przynajmniej te dwie 🙂
Twórcą marki Marantz Company był Saul Marantz. Pierwszym sukcesem był przedwzmacniacz „Audio Consolette”, który zyskał uznanie dzięki wyjątkowej jakości dźwięku. Pod koniec lat 50-tych powstały kolejne legendarne modele, takie jak Model 7 (przedwzmacniacz) czy Model 9 (wzmacniacz mocy), które do dziś są uznawane za kamienie milowe w historii hi-fi.
Brzmienie tych urządzeń było ciepłe, naturalne i niezwykle szczegółowe. Co ważne, konstrukcje były ręcznie dopracowywane, a komponenty selekcjonowane – to był sprzęt niemal rzemieślniczy.
W połowie dekady (1964) firma została sprzedana do Superscope, co zapoczątkowało duże zmiany.
W latach 70. Marantz wszedł w erę tranzystorów i produkcji na większą skalę. Kluczową rolę odegrało przeniesienie produkcji do Japonii oraz współpraca z firmą Standard Radio Corporation (później przemianowanej na Marantz Japan)
To wtedy powstały kultowe amplitunery i wzmacniacze, które dziś są ikonami vintage:
- seria 22xx (np. 2230, 2270) – klasyczne amplitunery z charakterystycznym niebieskim podświetleniem skali
- Model 1060 – jeden z najbardziej cenionych wzmacniaczy zintegrowanych
- Model 2325 – potężny amplituner o dużej mocy i świetnej dynamice
Sprzęt z tego okresu wyróżniał się:
- solidną, ciężką konstrukcją (duże transformatory, metalowe chassis)
- charakterystycznym designem (aluminiowy front, niebieskie podświetlenie)
- „muzykalnym” brzmieniem – cieplejszym niż konkurencja
Co było dalej, nie jest już tak interesujące z perspektywy tego bloga. A była to tułaczka marki między Philipsem, Denonem i tak dalej…
Tyle teorii z internetu.
Mój pierwszy Marantz (?)

Kupiłem go równo rok temu. Stosunkowo późno, bo biorąc pod uwagę jak piękne są amplitunery Marantza z lat 70-tych i fakt ile razy miałem je w ulubionych na OLX dziwię się, że zapłon pojawił się tak późno. Ale ma to swoje wytłumaczenie: ludzie lubią tę markę, podoba im się wizualnie, a gdy cena jest rozsądna – to długo na OLX nie wisi. Czekanie na obniżkę ceny pełnowartościowego amplitunera nie ma sensu. I za każdym razem, kiedy znikał sprzed moich oczu piękny ampli 2215 czy 2225 zastanawiałem się ile jest w tej szybkiej ewakuacji z OLX brzmienia – a ile wyglądu.
Skąd znak zapytanie w nagłówku? Dlatego, że również rok temu kupiłem najtańszy wzmak Marantza z lat 80 – PM151 i w zestawie do niego paździerzowe kolumny HD-680. Kupiłem je celem nagłośnienia namiotu na rodzinnej imprezie – I TO SIĘ UDAŁO! Do dziś moja małżonka wspomina, że nic nie miało takiego powera i bezkompromisowej, chamskiej mocy jak ten Marantz z lat 80-tych rozkręcony na maksa w namiocie.
Mój pierwszy Marantz 70′
Marantz Model 1040. Udało mi się go kupić chyba wyłącznie dlatego, że był wzmacniaczem bez pięknej podświetlanej na niebiesko skali. No i nie miał drewnianej obudowy ani uchwytów do montowania w systemach rack.


O ile Harman/Kardon 330B trafi mi się na pełnym wypasie wizualnym, to Marantz Model 1040 wygląda przy nim jak ślimak bez skorupy.

Ale jak wiadomo – nie obudowa zdobi wzmacniacz.
Odpalamy!
Wyciągnąłem go spod szafki po długich dniach grania na HK 330B. Zostawiłem te same, niewdzięczne i trudne kolumny SABA IIA. Z Harmanem zagrały zjawiskowo. Ale Marantz 1040… zaczął tak, że po 10 minutach miałem ochotę wrzucić go do garażu gdzieś głęboko, na koniec półki, abym następny raz zobaczył go dopiero jak zrobię tam generalny porządek – czyli nigdy.
Dźwięk był szorstki, płaski i nijaki, a próba podkręcania volume wywoływała mdłości. Ale wiem też, że on nie grał rok. A może i znacznie dłużej. Dałem mu czas. Skakałem po playliście bez zbytniego skupiania się na jakości audio.
Zaczęło mi się podobać przy Spectral Mornigns – Steva Hacketa. Nie wiem czy na tyle się odciąłem od tej przeciętności, że zacząłem słuchać tylko muzyki, czy może doznałem legendarnej adaptacji ucha, a może Marantz zaczął grać lepiej?
Porównując HK 330B i Marantz Model 1040, moja opinia jest zupełnie inna niż można wyczytać w necie. To Harman gra lampowo, ciepło i okrągło, pięknie na wokalach, folku i jazzie. Zaś Marantz jest bardziej suchy, szybki i jasny.
Dzień drugi
Cały czas balansuję pomiędzy: „Marantz ma sens! To taka filiozofia!” a „Odpuść go sobie, nie zmuszaj się, on jest płaski„. Głosy w mojej głowie debatują nad losem Martantza. Czy potraktować go jako charakterną ciekawostkę czy zepchnąć do lochu. Zmieniłem mu kolumny na SONABY i wciąż jest to samo, ale z przesuniętym balansem w stronę jasności.
Adaptacja ucha ma ogromne znaczenie, bo nagłe przepinki między HK a Marantzem za każdym razem wydają wyrok na niekorzyść tego nowego:
- HK –> Matantz = „ała, ale kłuje w uszy!„
- Marantz –> HK = „czy tweetery są sprawne?„
Ale kiedy poobcujesz dłużej z każdym z nich, to w przypadku HK tweetery okazują być jednak sprawne, a po kwadransie jesteś bliski uznania HK za absolutną topkę feelingu jaki może robić wzmak. Zaś po kwadransie z Marantz Model 1040 co najwyżej akceptujesz to brzmienie i jesteś w stanie spędzić z nim wieczór bez mdłości…
Ale to chyba nie jest to co wzmacniacz chce usłyszeć po „randce”:
- No hej, było całkiem fajnie, nie zrzygałem się! Może się jeszcze kiedyś spotkamy.
Kartka z katalogu
Na koniec tradycyjna kartka z katalogu:

.
