Kiedy pod koniec ubiegłego tysiąclecia (będąc studentem z pustymi kieszeniami i głową pełną marzeń i ambicji) zawitałem po raz pierwszy w życiu do sklepu ze sprzętem audiofilskim (Gdynia Orłowo) i sprzedawca puścił mi kolumny Audio Physic Spark 2 + NAD C320 – New Acoustic Dimensions – stałem się wtedy oddanym fanem tych dwóch marek. Niestety nie było mnie jeszcze stać, choć długo zastanawiałem się jak z tych drobnych fuszek w IT, które robiło się, równolegle studiując, odłożyć ogromną jak na tamte czasy kwotę 9 tysięcy złotych…
Pieniędzy nie odłożyłem, NADa i AP nie kupiłem. Ale pozostały we mnie, praktycznie na całe życie gęste i intensywne opary tamtej wizyty.
Kilka tygodni temu dostałem w komentarzu pytanie, co tak naprawdę podoba mi się najbardziej. Jaki sprzęt uważam za najlepszy?
Oczywiście nie ma na to jednej odpowiedzi, bo cała przyjemność, cały sekret fascynacji audio nie polega na tym, że lepsze ma wypierać gorsze i rozwój jest wyłącznie liniowy. Ten sekret to łączenie wymiarów, spinanie i przenikanie płaszczyzn na których osadzone są różne sprzęty, różne personalne odczucia, oraz czas kiedy konkretne sprzęty powodowały te odczucia. Można cofnąć się rok, chwycić amplituner, który wtedy wywoływał pewne emocje i spiąć go ze świeżo kupionymi kolumnami. Można też spiąć go ze wspomnieniem, które wtedy wywoływał ten wzmacniacz i zapragnąć kupić go ponownie – jeśli zdążył pójść w świat.
Jeżeli miałbym znaleźć jedno stwierdzenie, z którym zgadzają się zarówno „audiofile nowocześni” jak i „miłośnicy vintage” to z pewnością będzie to: „nigdy nie gra jeden element sprzętu, zawsze gra SYSTEM„. Tak więc aby cieszyć się muzyką, trzeba dopasować system do swoich preferencji. Największym błędem jest naczytanie się tylko o kolumnach lub tylko o wzmacniaczu, który ma (po jego kupnie) wręcz katapultować jakość audio we własnym salonie… a potem kończy się rozczarowaniem…
Wczoraj zadzwonił do mnie Pan z Krakowa, który był zainteresowany kupnem moich kolumn SABA IIA, które wystawiłem na portalu z ogłoszeniami. Na początku zapytałem jaką muzykę lubi (to pytanie, po którym zazwyczaj wylewa się rzeka i 5 minut rozmawialiśmy o krautrocku, potem zapytałem jaki ma wzmacniacz, a na końcu powiedziałem, że kupno ode mnie kolumn SABA IIA i łączenie ich z tym co ma mija się z jego oczekiwaniami i nie sprzedam, bo nie chcę jego rozczarowania…
Wracając do brzegu…
Kiedy w komentarzu dostałem pytanie jaki sprzęt uważam za najlepszy, pomyślałem, że poza tym, że każdego tygodnia inny uważam za najlepszy, to może warto zrobić małe podsumowanie. Ale nie jest to podsumowanie bezwzględnie najlepszego sprzętu, bo ani za dużo w życiu nie słuchałem, ani też nie obracam się nierozsądnym budżecie. Wręcz uważam, że zestaw za 1500 zł (kolumny+wzmak) mogą zrobić ogromne zamieszanie w głowie i światopoglądzie.
To będzie podsumowanie tego, co w jakiś sposób mnie zauroczyło, sprawiło, że siedziałem całymi wieczorami, zmieniałem płyty na gramofonie albo na streamingu i pisałem peany do Kamila.
Sprzęt, który wpadł w moje ręce w 2025 i zrobił na mnie wrażenie.
Na samym początku roku, w Trzech Króli dogadałem zakup Elaca 2200T z Transylwanii. To miał być tylko jeden z Elaców, jeden z niemieckich sprzętów vintage, a zrobił na mnie OGROMNE wrażenie bo wziął co najlepsze z każdego z innych Elaców, z modeli wyższych, starszych czy nowszych. Po pełnym roku od jego kupna wciąż podpisuję się pod każdym słowem. To jest najlepszy z Elaców z tamtych lat.
Wiosna upłynęła pod dyktando szerokopasmowców. Najpierw kontrolnie ale z pietyzmem wykonałem skrzynki według projektu Lii Song, a potem poszedłem na całość i sprowadziłem z Japonii legendarne przetworniki Diatone P-610 w pierwszej wersji z 1958 roku (od wtedy były produkowane) 16 Ohm. Mają w sobie coś bardzo specyficznego. Są miękkie, spójne i smakują jak dobra, gatunkowa herbata. Lubię do nich wracać, choć wymaga to gimnastyki.
SABA SRI. Podobno 16 i 18 to dokładnie ten sam model. Do dziś nie wiem czym się różnią. To była moja pierwsza lampa (powiedzmy druga, bo był jeszcze falstart pt. Stereomeister od Grundiga, szorstki i zimny). SABA SRI zagrała równie karykaturalnie jak Grundig, ale dokładnie po drugiej stronie lampowych przekłamań. SRI była do przesady łagodna i ciepła.
SABA SRI jest tak bardzo lampowa, że nawet w świecie, gdzie żyją same lampy, przezywaliby ją „lampa”.
Mój pierwszy egzemplarz sprzedałem zbyt pochopnie. Ale odbiłem to sobie kupując potem kolejne dwa i dodatkowe dwa zestawy lamp na wszelki wypadek. Jestem w niej zakochany do dziś i kiedy mam ochotę na bujanie w stylu Sade, zawsze myślę o SRI.
Automatic to jest pomnik. To jest arcydzieło lampowej inżynierii lat 60-tych. Ale to jest też jasna strona mocy. Jest gładko, wyraźnie, jasno i konturowo. Pełnię swojej operacyjności zyskuje po dość długim nagrzaniu. Jakiekolwiek opinie o Automaticu bez słuchania go cały wieczór u siebie, samotnie, z pełną atencją to jak wydawanie opinii na temat twórczości Yes na podstawie Owner of a Lonely Heart.
Ten mały Klein+Hummel jest dla tranzystorów lat 70-tych tym samym czym Automatic dla lamp lat 60-tych. Krystaliczny, szybki, precyzyjny. Fascynację związaną ze słuchaniem ES20 mogę porównać do zabawy karbidem w latach 80-tych. Karbid, woda, ogień 🙂
Pioneery CS-53 zaskoczyły mnie jak cholera. To jest zwykły model środka stawki. Aczkolwiek produkowany przez Pionieera absurdalnie długo. Pytanie z jakiego powodu? Z pewnością dlatego, że odpowiedź rynku musiała uzasadniać jego produkcję przez prawię dekadę. A rynek głupi nie jest i długoterminowo zawsze wygrywa wysoka jakość za rozsądne pieniądze.
Ale to nie ekonomia zaskoczyła mnie w tych Pionieerach, a doskonała synergia z amplitunerami Pionieera i niezwykle osobliwe interpretacje „trąbek”, zarówno Enrico Ravy jak i Cheta Bakera.
SABA 8080 to jest „coś z niczego”. Kosztuje grosze, w zależności od stanu jest to 150-350 zł. Te najniższe rejestry to obite budy i stan nieznany. Im bardziej przetestowana tym cena podchodzi do 300-350 zł. Ale swego czasu była to flagowa jednostka SABY! Jak opadł dym po ostatnich lampach, jak droższy german został wyparty przez tańszy krzem, na placu boju stała ona – piękna jak parapet u dziadków w Rykach obok Dęblina – SABA 8080.
Pierwsze nuty to był szok. Tak jak K+H to była jasność i precyzja. Tak SABA 8080 to dociążenie, klimat i ciemne, ciepłe, spokojne fale na Pacyfiku. Zostawiasz ubranie na plaży i wchodzisz do wody w świetle księżyca. Dno pod stopami zaczyna się kończyć, ale płyniesz dalej, do przodu, nie oglądając się za siebie, przy dźwiękach SABY 8080.
W jednej z rozmów z Kamilem zaczęliśmy dywagować nad tym, czy to możliwe aby inżynierowie SABY (zaraz po wypuszczeniu na rynek lampowych: Automatica, SRI, Freudenstadta E, oraz chwilę później hybrydę Studio I oraz w pełni tranzystorowe Studio II, IIA oraz III) nagle zaniżyli pułap lotu? Sam początek lat 70-tych nie był jeszcze tym czasem, kiedy pałeczkę dyrygenta w przedsiębiorstwach projektujących sprzęt HI-FI przejmowali księgowi. Dlaczego więc SABY z lat 70-tych, w czterocyfrowej nomenklaturze miały brzmieć znacząco gorzej?
Modele zaczynające się od cyfry 8 czyli 8xxx są bardzo tanie, a to dodatkowy argument, aby się przekonać jak grają. Dodatkowo, jeśli przyjdą niesprawne, to strata finansowa będzie niewielka. Z drugiej strony – pieniądze włożone w serwis nigdy się nie zwrócą.
Na pierwszy ogień poszły… katalogi SABY z lat 70-tych. Przeglądałem je dość szczegółowo ze szczególnym uwzględnieniem serii 8xxx aby ułożyć sobie w głowie ich hierarchię względem siebie i osadzić na osi czasu.
Generalną zasadą nazewnictwa jest użycie w nazwie (trzy ostatnie cyfry) mocy muzycznej (sumy obu kanałów). Jeśli moc muzyczna to 2x40W, a amplituner ma dwie końcówki mocy jego numer oznaczano jako 8080. Jeśli moc muzyczna to 2x60W model odpowiednio nazywał się 8120. Ten schemat był używany sumiennie i precyzyjnie do samego końca serii 8xxx.
Oto tabelka, którą opracowałem na bazie katalogów (nie uwzględnia ona flagowego Freiburga i jego modyfikacji, wzmacniaczy serii V, konsol z gramofonem oraz serii 9xxx czyli Ultra HIFI która weszła w 1976 roku):
Tytuł zdradza wszystko. Najważniejsze jest szczęście. W latach 80/90 kiedy słuchałem na Unitrze i Altusach wszystko było 'easy’, liczyła się tylko muzyka, byłem 0% audiofilem i 100% melomanem. Ale potem nastały lata ciemne, zapragnąłem lepszej jakości, ale szukałem tego co mi się podoba bardzo powoli. Ograniczał mnie szklany sufit, którego przez 20 lat nie potrafiłem przebić… można to opisać cytatem z piosenki The Doors – Unhappy Girl
Jesteś zamknięta w więzieniuZbudowanym przez siebie samą.
To więzienie zbudowałem sam. A pojedyncze cegły w nim można ponumerować taką litanią kłamstw:
dobry sprzęt audio jest bardzo drogi
producenci audio z każdym rokiem produkują coraz lepszy sprzęt, bo na tym polega postęp
sprzęt vintage jest dużo gorszy od nowego, jego atuty są budowane wyłącznie na nostalgii
trzeba się na coś zdecydować i mieć w domu jeden wzmacniacz i jedne kolumny, bo przecież lepsze wypiera gorsze, więc po co trzymać coś czego się nie słucha?
inni wiedzą lepiej co Ci się ma podobać
trzeba bardzo dużo czytać, analizować fora, aby wiedzieć na co wydać pieniądze
Tak wyglądało 20 lat mojego życia:
Wiecznie niezadowolony z tego co gra u mnie w domu, bo u innych gra jakby lepiej.
Zmiany sprzętu bardzo rzadkie, poparte w 99% teoretyzowaniem na forach i czytaniu prasy, która również w 99%-tach jest niczym innym jak tubą reklamową.
Jeden „starannie” wybrany wzmacniacz => jedne „starannie” wybrane kolumny.
Szalona wiara, że zmiana „mikrododatków”, takich jak ułożenie sztućców na stole oraz stopień wykrochmalenia obrusa wpłynie na smak serwowanego dania.
Finansowa frustracja…. postrzeganie samego siebie jako zbyt biednego na dobre HIFI, mimo wejścia w wydatki rzędu nowego samochodu niższej klasy prosto z salonu.
Natchnienie
Natchnęło mnie dziś, gdy siedziałem po kolana w kablach i przełączałem wzmacniacze/kolumny i docierały do mnie naprawdę ogromne różnice dźwięku we wzmacniaczach tej samej marki, z tych samych czasów. Lampa SABA Automatic gra inaczej niż Freudenstadt, a Studio IIA to jeszcze inny mroczny german. Ostatnie kilka lat przepinam i przepinam. Nie boję się powiększać stada, kupować i sprzedawać. Nie traktuję pojedynczego zakupu jako tego, który obligatoryjnie musi zmienić moje życie. Dopuszczam porażki, nietrafione zakupy, biorę margines na oszustów, których nie wyczuję wcześniej, oraz sprzęty „sprawne inaczej”.
Cały sukces, całe szczęście, polega na tym, że cały czas eksperymentujemy. Kupujemy, uczymy się, sprzedajemy. Znów kupujemy. I tak w kółko.
To jest istota tej zabawy.
Tyle, że da się ją uprawiać tylko na vintage. Bo tu cena pozwala na błąd, a błąd to najpiękniejsza forma nauki. Gdyby chcieć bawić się tak samo z nowym sprzętem, trzeba by mieć tyle pieniędzy, co Palikot w czasach, gdy jeszcze zamiast wyroków kolekcjonował wzmacniacze, a jego kolekcja audio naprawdę motywowała do głębszych wdechów i wydechów.
A tutaj właśnie nie o pieniądze tu chodzi!!
Vintage daje coś, czego nowoczesny rynek nie potrafi już sprzedać – finansową wolność eksperymentu. Można kupić za 200 zł coś co wygląda jak ze śmietnika (lub wręcz przeciwnie) i zagra tak, że kapcie spadają. A zestawy wzmak+kolumny do 1000 zł przy odrobinie cierpliwości i spostrzegawczości można złożyć naprawdę wyśmienite. Ba! Da się i do 500 zł!
Ale gdzie jest idealne brzmienie?
I może właśnie w tym jest cały sens. Nie w tym, żeby znaleźć „idealne” brzmienie, tylko żeby co jakiś czas powiedzieć do siebie to niecenzuralne „jprd znów jest inaczej!!”. Cała feeria niemieckich wzmacniaczy, angielskich kolumn, Skandynawia, Niderlandy i oczywiście Japonia.
I wtedy, gdzieś pomiędzy legendarnym szumem tranzystorów germanowych a delikatnym trzaskiem przełącznika, przychodzi ta prosta myśl:
Happiness is easy.
Szczęście w audio, to możliwość smakowania, możliwość przełączania kabli. Szczęście to nie dążenie do idealnego, jednego zestawu. Szczęście to muzyczna podróż. Ale ta podróż nie ma końca… bo tam, gdzie wydaje Ci się, że dalej nic już być nie może, okazuje się, że nic podobnego – dalej jest Twoja ciekawość.
Jedna z wyrytych w kamieniu prawd mówi o tym, że stare łączymy ze starym, a nowe z nowym. A jeszcze lepiej, aby szukać im towarzystwa wśród swojej marki. Jeśli chcemy kogoś wprowadzić w świat vintage, trzeba pożyczyć takiej osobie cały zestaw. Sam wzmacniacz z lat 60-tych podpięty pod nowoczesne kolumny zagra najczęściej mocarnym dołem i bardzo nieliniowym, przekolorowanym dźwiękiem. Zupełnie jakby zaliczyć wizytę w muzycznym cyrku. W drugą stronę – stare kolumny spięte z nowoczesnymi piecami zagrają najczęściej sucho i bez polotu. To jest oczywiście spore uogólnienie, ale w większości się zgadza.
Wiele osób po takiej próbie wejścia w stare sprzęty poprzez przetestowanie samych kolumn albo samego pieca odrzuca vintage na lata, albo na zawsze, w najlepszym wypadku – do czasu najbliższej wizyty u znajomego, który ma poparowane wszystko tak jak trzeba.
Kilka miesięcy temu pożyczyłem jednemu z moich znajomych Elaca 2100T, model tuż po serwisie, poustawiany wzorcowo. I co? No i wielkie rozczarowanie! Podłączony do drogich, nowoczesnych kolumn grał jak rumiany, wesoły kloszard na bankiecie w ambasadzie. Robił zadymę, ale nie trzymał stylu, został więc z ambasady wyproszony.
Nie dałem za wygraną i przy następnym spotkaniu wcisnąłem mu naprawdę tani, ale bardzo dobrze grający zestaw: Telefunken Concerto 101 oraz Telefunken L250. Cena łączna zakupu – bez większego starania poniżej 1000 zł. Wcześniej miałem spięty u siebie przez dwa wieczory i poza tym, że Concerto 101 wygląda absolutnie szałowo – to grało to bardzo bardzo przyzwoicie. Można powiedzieć – jeden z lepszych zestawów poniżej 1000 zł. Nie tylko pokazujący kierunek grania Telefunkena na przełomie lat 60/70 – ale będący już całkiem daleko na ścieżce, na której kilka kroków dalej stoi V250, V201, Opus, czy kolumny SB 86.
W ostatnią sobotę dostaję wiadomość. Nie jestem do końca pewny jej interpretacji, ale kolejna jest już mocno dosadna.
Była kiedyś taka strona i nazywał się audionautes com. Nie linkuję jej celowo, bo właśnie przestała istnieć. Może znów wróci do żywych, a może na zawsze oddali się w czeluście waybackmachine i powoli opadnie na dno.
Jeszcze w styczniu znalazłem na niej zestawienie (historię i chronologię) głośników Diatone P-610 by Mitsubishi:
* * *
Pierwszy pełnozakresowy głośnik Diatone powstał w 1947 roku pod nazwą P-62F. W 1950 roku wprowadzono model P-65F, a następnie P-60 w 1954 roku. W 1958 roku, jako naturalna ewolucja, wprowadzono model P-610, w dwóch wersjach o nazwach P-610A i P-610B, odpowiednio z cewkami 16 i 8 ohmów. W 1979 roku powstała nowa wersja, o nazwie P-610D – wersja z magnesem Alnico, oraz P-610F, wersja z magnesem ferrytowym. Ponownie (obie) z sufiksem A lub B (czyli cewkami 16 lub 8 omów).
Kilka dni po zakończeniu projektu Lii Song F-6i generalnie bardzo pozytywnych wrażeniach z pierwszymi szerokopasmowcami postawiłem pójść na całość… a raczej na wielkość! Wymyśliłem sobie, że kolejne kolumny DIY muszą mieć skrzynkę przynajmniej taką jak KEF Concerto. Rozważałem różne konstrukcje coraz mniej bojąc się technicznego podejścia do ich realizacji. Finalnie stanęło na kolumnach opartych o przetworniki Diatone P-610. Było sporo wersji tych głośników produkowanych przez dekady. Co więcej, można dostać ich chińskie kopie za śmieszne pieniądze, które według różnych opinii w necie wcale nie brzmią źle!
Pomysł był taki.
Robię skrzynki wg japońskiego projektu
Kupuję chińskie kopie głośników
Jeśli uznaję projekt za rozwojowy – szukam ori w kraju kwitnącej wiśni.
Los amplitunera Elac 2100T w moich zbiorach vintage audio bardzo podobny do losów Agnieszki Radwańskiej, która będąc bardzo dobrą tenisistką w całej swojej karierze trafiała w decydujących momentach na rywalki wybitne. Doskonale pamiętam wielkoszlemowy finał Wimbledonu 2012 przegrany przez Agnieszkę 1:2…
Kolejna SABA… być może jestem nudny, ale taki w tym momencie jest mój stan umysłu.
SABA kontra reszta świata.
Gdyby uformować dwie drużyny koszykarskie, w jednej z nich grałyby same amplitunery SABA w w drugiej inne, najlepsze wzmacniacze świata, które do tej pory słuchałem, to ten pojedynek były na miarę pojedynku amerykańskiego dream teamu z czasów Jordana, Pippena i Igrzysk w Barcelonie z drużyną Liechtensteinu…. No może to trochę przesadziłem z tym Liechtensteinem, ale Jordan i spółka każdy mecz wygrywali różnicą średnio 44 punktów, niezależnie kto stał po drugiej stronie. Taki właśnie aktualnie jest mój stan umysłu. „SABA State of Mind” – parafrazując piosenkę Billy Joela.
Lampa! Lampa! Posłuchaj lampy! Tylko lampa! Dobra lampa to jest to!
Przez lata człowiek stykał się z takimi opiniami. Spora część rozmów o audio kończyła się w taki sposób, że jeden z rozmówców nagle zaczął mówić coś w stylu: „uuuuu, a taka i taka lampa to uuuuu, człowieku uuuu, inny świat„. I przez te całe lata nie do końca wiedziałem, czy więcej w tym fanatyzmu, bucowatości czy faktycznie świat lamp stoi na wysokiej platformie, z której spojrzenia w dół, na tranzystorowców, jak spojrzenia szlachty na tłuszczę, są całkiem uzasadnione.