Amplitunery SABA serii 8xxx

W jednej z rozmów z Kamilem zaczęliśmy dywagować nad tym, czy to możliwe aby inżynierowie SABY (zaraz po wypuszczeniu na rynek lampowych: Automatica, SRI, Freudenstadta E, oraz chwilę później hybrydę Studio I oraz w pełni tranzystorowe Studio II, IIA oraz III) nagle zaniżyli pułap lotu? Sam początek lat 70-tych nie był jeszcze tym czasem, kiedy pałeczkę dyrygenta w przedsiębiorstwach projektujących sprzęt HI-FI przejmowali księgowi. Dlaczego więc SABY z lat 70-tych, w czterocyfrowej nomenklaturze miały brzmieć znacząco gorzej?

Modele zaczynające się od cyfry 8 czyli 8xxx są bardzo tanie, a to dodatkowy argument, aby się przekonać jak grają. Dodatkowo, jeśli przyjdą niesprawne, to strata finansowa będzie niewielka. Z drugiej strony – pieniądze włożone w serwis nigdy się nie zwrócą.

Na pierwszy ogień poszły… katalogi SABY z lat 70-tych. Przeglądałem je dość szczegółowo ze szczególnym uwzględnieniem serii 8xxx aby ułożyć sobie w głowie ich hierarchię względem siebie i osadzić na osi czasu.

Generalną zasadą nazewnictwa jest użycie w nazwie (trzy ostatnie cyfry) mocy muzycznej (sumy obu kanałów). Jeśli moc muzyczna to 2x40W, a amplituner ma dwie końcówki mocy jego numer oznaczano jako 8080. Jeśli moc muzyczna to 2x60W model odpowiednio nazywał się 8120. Ten schemat był używany sumiennie i precyzyjnie do samego końca serii 8xxx.

Oto tabelka, którą opracowałem na bazie katalogów (nie uwzględnia ona flagowego Freiburga i jego modyfikacji, wzmacniaczy serii V, konsol z gramofonem oraz serii 9xxx czyli Ultra HIFI która weszła w 1976 roku):

19701971197219731974197519761977
80408040
808080808080
812081208120
8035803580358035
80508050
80608060
810081008100
8061*8061*
807080708070
80908090
8200**8200**8200**
  • 8061 różni się od 8060 automatycznym dostrajaniem UKF oraz pilotem zdalnego sterowania
  • 8200 ma cztery końcówki po 50W stąd suma mocy muzycznych daje takie ogłoszenie

Na pierwszy ogień poszedł najwyższy z serii 8xxx w roku 1970 czyli model 8080. Ale o tym w następnym wpisie.

Happiness is easy

Wiesz, co jest najważniejsze?

Tytuł zdradza wszystko. Najważniejsze jest szczęście. W latach 80/90 kiedy słuchałem na Unitrze i Altusach wszystko było 'easy’, liczyła się tylko muzyka, byłem 0% audiofilem i 100% melomanem. Ale potem nastały lata ciemne, zapragnąłem lepszej jakości, ale szukałem tego co mi się podoba bardzo powoli. Ograniczał mnie szklany sufit, którego przez 20 lat nie potrafiłem przebić… można to opisać cytatem z piosenki The Doors – Unhappy Girl

Jesteś zamknięta w więzieniu Zbudowanym przez siebie samą.

To więzienie zbudowałem sam. A pojedyncze cegły w nim można ponumerować taką litanią kłamstw:

  • dobry sprzęt audio jest bardzo drogi
  • producenci audio z każdym rokiem produkują coraz lepszy sprzęt, bo na tym polega postęp
  • sprzęt vintage jest dużo gorszy od nowego, jego atuty są budowane wyłącznie na nostalgii
  • trzeba się na coś zdecydować i mieć w domu jeden wzmacniacz i jedne kolumny, bo przecież lepsze wypiera gorsze, więc po co trzymać coś czego się nie słucha?
  • inni wiedzą lepiej co Ci się ma podobać
  • trzeba bardzo dużo czytać, analizować fora, aby wiedzieć na co wydać pieniądze

Tak wyglądało 20 lat mojego życia:

  1. Wiecznie niezadowolony z tego co gra u mnie w domu, bo u innych gra jakby lepiej.
  2. Zmiany sprzętu bardzo rzadkie, poparte w 99% teoretyzowaniem na forach i czytaniu prasy, która również w 99%-tach jest niczym innym jak tubą reklamową.
  3. Jeden „starannie” wybrany wzmacniacz => jedne „starannie” wybrane kolumny.
  4. Szalona wiara, że zmiana „mikrododatków”, takich jak ułożenie sztućców na stole oraz stopień wykrochmalenia obrusa wpłynie na smak serwowanego dania.
  5. Finansowa frustracja…. postrzeganie samego siebie jako zbyt biednego na dobre HIFI, mimo wejścia w wydatki rzędu nowego samochodu niższej klasy prosto z salonu.

Natchnienie

Natchnęło mnie dziś, gdy siedziałem po kolana w kablach i przełączałem wzmacniacze/kolumny i docierały do mnie naprawdę ogromne różnice dźwięku we wzmacniaczach tej samej marki, z tych samych czasów. Lampa SABA Automatic gra inaczej niż Freudenstadt, a Studio IIA to jeszcze inny mroczny german. Ostatnie kilka lat przepinam i przepinam. Nie boję się powiększać stada, kupować i sprzedawać. Nie traktuję pojedynczego zakupu jako tego, który obligatoryjnie musi zmienić moje życie. Dopuszczam porażki, nietrafione zakupy, biorę margines na oszustów, których nie wyczuję wcześniej, oraz sprzęty „sprawne inaczej”.

Cały sukces, całe szczęście, polega na tym, że cały czas eksperymentujemy. Kupujemy, uczymy się, sprzedajemy. Znów kupujemy. I tak w kółko.

To jest istota tej zabawy.

Tyle, że da się ją uprawiać tylko na vintage. Bo tu cena pozwala na błąd, a błąd to najpiękniejsza forma nauki. Gdyby chcieć bawić się tak samo z nowym sprzętem, trzeba by mieć tyle pieniędzy, co Palikot w czasach, gdy jeszcze zamiast wyroków kolekcjonował wzmacniacze, a jego kolekcja audio naprawdę motywowała do głębszych wdechów i wydechów.

A tutaj właśnie nie o pieniądze tu chodzi!!

Vintage daje coś, czego nowoczesny rynek nie potrafi już sprzedać – finansową wolność eksperymentu. Można kupić za 200 zł coś co wygląda jak ze śmietnika (lub wręcz przeciwnie) i zagra tak, że kapcie spadają. A zestawy wzmak+kolumny do 1000 zł przy odrobinie cierpliwości i spostrzegawczości można złożyć naprawdę wyśmienite. Ba! Da się i do 500 zł!

Ale gdzie jest idealne brzmienie?

I może właśnie w tym jest cały sens. Nie w tym, żeby znaleźć „idealne” brzmienie, tylko żeby co jakiś czas powiedzieć do siebie to niecenzuralne „jprd znów jest inaczej!!”. Cała feeria niemieckich wzmacniaczy, angielskich kolumn, Skandynawia, Niderlandy i oczywiście Japonia.

I wtedy, gdzieś pomiędzy legendarnym szumem tranzystorów germanowych a delikatnym trzaskiem przełącznika, przychodzi ta prosta myśl:

Happiness is easy.

Szczęście w audio, to możliwość smakowania, możliwość przełączania kabli. Szczęście to nie dążenie do idealnego, jednego zestawu. Szczęście to muzyczna podróż. Ale ta podróż nie ma końca… bo tam, gdzie wydaje Ci się, że dalej nic już być nie może, okazuje się, że nic podobnego – dalej jest Twoja ciekawość.

Two of a kind

Jedna z wyrytych w kamieniu prawd mówi o tym, że stare łączymy ze starym, a nowe z nowym. A jeszcze lepiej, aby szukać im towarzystwa wśród swojej marki. Jeśli chcemy kogoś wprowadzić w świat vintage, trzeba pożyczyć takiej osobie cały zestaw. Sam wzmacniacz z lat 60-tych podpięty pod nowoczesne kolumny zagra najczęściej mocarnym dołem i bardzo nieliniowym, przekolorowanym dźwiękiem. Zupełnie jakby zaliczyć wizytę w muzycznym cyrku. W drugą stronę – stare kolumny spięte z nowoczesnymi piecami zagrają najczęściej sucho i bez polotu. To jest oczywiście spore uogólnienie, ale w większości się zgadza.

Wiele osób po takiej próbie wejścia w stare sprzęty poprzez przetestowanie samych kolumn albo samego pieca odrzuca vintage na lata, albo na zawsze, w najlepszym wypadku – do czasu najbliższej wizyty u znajomego, który ma poparowane wszystko tak jak trzeba.

Kilka miesięcy temu pożyczyłem jednemu z moich znajomych Elaca 2100T, model tuż po serwisie, poustawiany wzorcowo. I co? No i wielkie rozczarowanie! Podłączony do drogich, nowoczesnych kolumn grał jak rumiany, wesoły kloszard na bankiecie w ambasadzie. Robił zadymę, ale nie trzymał stylu, został więc z ambasady wyproszony.

Nie dałem za wygraną i przy następnym spotkaniu wcisnąłem mu naprawdę tani, ale bardzo dobrze grający zestaw: Telefunken Concerto 101 oraz Telefunken L250. Cena łączna zakupu – bez większego starania poniżej 1000 zł. Wcześniej miałem spięty u siebie przez dwa wieczory i poza tym, że Concerto 101 wygląda absolutnie szałowo – to grało to bardzo bardzo przyzwoicie. Można powiedzieć – jeden z lepszych zestawów poniżej 1000 zł. Nie tylko pokazujący kierunek grania Telefunkena na przełomie lat 60/70 – ale będący już całkiem daleko na ścieżce, na której kilka kroków dalej stoi V250, V201, Opus, czy kolumny SB 86.

W ostatnią sobotę dostaję wiadomość. Nie jestem do końca pewny jej interpretacji, ale kolejna jest już mocno dosadna.

I na tym kończę ten krótki wpis 🙂

Projekt DIY nr 2 – Diatone P-610 – part 2

Głośniki Diatone P-610 w opakowaniu

Była kiedyś taka strona i nazywał się audionautes com. Nie linkuję jej celowo, bo właśnie przestała istnieć. Może znów wróci do żywych, a może na zawsze oddali się w czeluście waybackmachine i powoli opadnie na dno. 

Jeszcze w styczniu znalazłem na niej zestawienie (historię i chronologię) głośników Diatone P-610 by Mitsubishi:

* * *

Pierwszy pełnozakresowy głośnik Diatone powstał w 1947 roku pod nazwą P-62F. W 1950 roku wprowadzono model P-65F, a następnie P-60 w 1954 roku. W 1958 roku, jako naturalna ewolucja, wprowadzono model P-610, w dwóch wersjach o nazwach P-610A i P-610B, odpowiednio z cewkami 16 i 8 ohmów. W 1979 roku powstała nowa wersja, o nazwie P-610D – wersja z magnesem Alnico, oraz P-610F, wersja z magnesem ferrytowym. Ponownie (obie) z sufiksem A lub B (czyli cewkami 16 lub 8 omów). 

Czytaj dalej →

Projekt DIY nr 2 – Diatone P-610 – part 1

Kilka dni po zakończeniu projektu Lii Song F-6 i generalnie bardzo pozytywnych wrażeniach z pierwszymi szerokopasmowcami postawiłem pójść na całość… a raczej na wielkość! Wymyśliłem sobie, że kolejne kolumny DIY muszą mieć skrzynkę przynajmniej taką jak KEF Concerto. Rozważałem różne konstrukcje coraz mniej bojąc się technicznego podejścia do ich realizacji. Finalnie stanęło na kolumnach opartych o przetworniki Diatone P-610. Było sporo wersji tych głośników produkowanych przez dekady. Co więcej, można dostać ich chińskie kopie za śmieszne pieniądze, które według różnych opinii w necie wcale nie brzmią źle! 

Pomysł był taki.

  1. Robię skrzynki wg japońskiego projektu
  2. Kupuję chińskie kopie głośników
  3. Jeśli uznaję projekt za rozwojowy – szukam ori w kraju kwitnącej wiśni.

Zaczęło się od tego skanu znalezionego w necie:

Czytaj dalej →

Elac 2100T – the pearl that was late

Los amplitunera Elac 2100T w moich zbiorach vintage audio bardzo podobny do losów Agnieszki Radwańskiej, która będąc bardzo dobrą tenisistką w całej swojej karierze trafiała w decydujących momentach na rywalki wybitne. Doskonale pamiętam wielkoszlemowy finał Wimbledonu 2012 przegrany przez Agnieszkę 1:2…  

Czytaj dalej →

SABA (State of Mind) – Freudenstad Stereo E

SABA Freudenstad Stereo E

Kolejna SABA… być może jestem nudny, ale taki w tym momencie jest mój stan umysłu. 

SABA kontra reszta świata. 

Gdyby uformować dwie drużyny koszykarskie, w jednej z nich grałyby same amplitunery SABA w w drugiej inne, najlepsze wzmacniacze świata, które do tej pory słuchałem, to ten pojedynek były na miarę pojedynku amerykańskiego dream teamu z czasów Jordana, Pippena i Igrzysk w Barcelonie z drużyną Liechtensteinu…. No może to trochę przesadziłem z tym Liechtensteinem, ale Jordan i spółka każdy mecz wygrywali różnicą średnio 44 punktów, niezależnie kto stał po drugiej stronie. Taki właśnie aktualnie jest mój stan umysłu. „SABA State of Mind” – parafrazując piosenkę Billy Joela. 

Czytaj dalej →

My Journey into Vintage… Röhrenverstärker

 Lampa! Lampa! Posłuchaj lampy! Tylko lampa! Dobra lampa to jest to!

 

Przez lata człowiek stykał się z takimi opiniami. Spora część rozmów o audio kończyła się w taki sposób, że jeden z rozmówców nagle zaczął mówić coś w stylu: „uuuuu, a taka i taka lampa to uuuuu, człowieku uuuu, inny świat„. I przez te całe lata nie do końca wiedziałem, czy więcej w tym fanatyzmu, bucowatości czy faktycznie świat lamp stoi na wysokiej platformie, z której spojrzenia w dół, na tranzystorowców, jak spojrzenia szlachty na tłuszczę, są całkiem uzasadnione. 

Czytaj dalej →

Elac 2000T – Wilcze stado

W tymi Elacami to jest tak, że one nie kosztują dużo. Aczkolwiek mam wrażenie że ich cena rośnie z każdym miesiącem od kiedy zacząłem się nimi interesować.

Na początku był 3400T a kilka dni później 3401T – oba grały identycznie. W sposób ciężki, pełny, niski, głęboki… Ale coś za coś – cierpiał detal. Dla jednych nie było to wadą, dla innych była to cecha dyskwalifikujące ten model. 

Na drugiej stronie mostu stał 2200T. Amplituner pod pewnymi względami kompletny. Idealnie balansujący dociążenie z detalem. Zachwyciłem się nim nie tylko ja, a raczej – także i ja – po rekomendacji Kamila. 

Ale modeli Elaców z tamtych lat było więcej. 

Czytaj dalej →

SABA HiFi – Studio 1 Stereo – NO GRAVITY

Masz wrażenie ze jesteś na środku nieba i płyniesz na chmurze. Nie ma żadnego punktu odniesienia. Nie ma podłogi, ścian, sufitu. Nie ma głośników, mebli, fotela nic. Są chmury – i dookoła gra muzyka.

Jest tylko wizja realizatora dźwięku zawieszona na niewidzialnej pajęczynie, albo gdzieś na stacji kosmicznej, gdzie nie ma grawitacji. Ale muzyka to poruszające się cząsteczki powietrza. Nie może istnieć tam gdzie nie ma atmosfery. Trzeba wrócić na chmurę, opaść w fotelu i otworzyć oczy.

Przed nimi będzie stała SABA HiFi – Studio 1 Stereo. 

To produkowany w latach 1968/1969 amplituner hybrydowy. Cześć tunera oparta jest o lampy. Końcówka mocy to tranzystory germanowe. 

Zacznę od tego, że tuner gra obłędnie! Po 55 latach od daty produkcji łapie stację bezbłędnie, magiczne oko (czyli tak naprawdę jedna z lamp) pokazuje stopień wysterowania sygnału oraz sygnalizuje stereo.

Brzmienie jest gładkie, ciepłe – esencja wyobrażeń o idealnym brzmieniu lampy vintage.
 

Ale kiedy przełączymy z tunera na wejście liniowe (choć to nie do końca prawda, bo zarówno do wyboru gramofonu jak i magnetofonu służy ten sam klawisz – PHONO) mamy wrażenie, że dotyka nas germanowa codzienność. Takie było moje pierwsze wrażenie. 

 

Gdy po kilku dniach ponownie spiąłem SABĘ z Dittonami 44 a podzespoły nabrały odpowiedniej temperatury … osiągnąłem stan opisany na wstępie. Inny dzień, inny repertuar i wszystko zaczęło się zgadzać do tego stopnia, że aż napisałem do Kamila:

  Ta SABA to chyba aktualnie najlepszy sprzęt jaki stoi u mnie w domu…

Grubo.

Ale z Dittonami 44 było wszystko: dociążenie, wypełnienie, barwa, przestrzeń…

Pora na kolejny krok: SABA Studio I Automatic – full lampa.