To mój drugi wpis z „koncertowej” serii i po raz drugi Camel. Uwielbiam ten zespół, ale nie jestem fanem totalnym. To nie tak. Drogi Wielbłąda i moja po prostu krzyżują się w odpowiednich momentach. Kiedy był po raz pierwszy w Polsce pojawił się Camel na trasie Harbour of Tears napięcie powierzchniowe w szklance wody, którą wtedy byłem, nie wytrzymało i zacząłem jeździć na koncerty. Kiedy wydał kolejny album – Rajaz – byłem w takim momencie życia, że wyjazd na koncert do Bydgoszczy był niczym innym jak ciekawe spędzonym wieczorem. Bez obowiązków, opiekunek, przedszkoli etc.

13 września 2000 roku był środą. Byłem świeżo upieczonym absolwentem Politechniki Gdańskiej, pracowałem w mojej pierwszej pełnoetatowej robocie – współtworzyłem oprogramowanie medyczne dla firmy Computerland Zdrowie. Co prawda bańka IT właśnie pękała – idealny moment aby wejść na rynek pracy 🙂
Na internetowej grupie muzycznej dogadałem się z Januszem i Piotrem, że wspólnie pojedziemy z Gdańska do Bydgoszczy. Ja wtedy byłem posiadaczem Fiata 126p w wersji z jednym fotelem (kierowcy). Taki odchudzony maluszek potrafił wyciągnąć 135 km/h. Moja ówczesna dziewczyna miała Opla Astrę więc w maluszku 1 fotel wystarczył. Na koncert mieliśmy jechać Astrą w czwórkę … ale … nagła delegacja mojej dziewczyny sprawiła, że zostałem z obietnicą zawiezienia Janusza i Piotra do Bydgoszczy a posiadałem jedynie 1-fotelowego Fiata 126p…. a dochodziła godzina 15:00…. za 4 godziny zaczynał się koncert…. już nie było opcji PKP…
Uruchomiliśmy swoje Nokie i Ericssony i zaczęliśmy obdzwaniać lokalne wypożyczalnie samochodów. Jako pierwszemu udało się wynająć Piotrowi – Daewoo Lanosa!

