Dopiero wczoraj zrzuciłem Monitor Audio MA6 z moich podstawek. W miedzy czasie połączyłem je jeszcze z Klein+Hummel ES20. Przy K+H w życiu nie powiedziałbym, że MA6 są ciemne. Krystaliczny i szczegółowy ES20 zrobił kawałem magii. Zostawiłem to połączenie na kilka wieczorów i zająłem się słuchaniem całych albumów – a nie przepinaniem kabli.
Wczoraj spiąłem je jeszcze z klasyką gatunku – Sanyo JA-220. Co ciekawe, to doświadczenie potwierdziło moją stawianą w poprzednim wpisie tezę, że MA6 o kilka lat wyprzedziły swój czas i grają one najciekawiej z wzmacniaczami z lat 80, o neutralnym zacięciu.
O tym, że istnieje taka firma jak Monitor Audio wie chyba każdy, kto interesuje się światem audio. Można ją traktować jako firmę nowoczesną, prężną, widoczną w salonach audio i prasie. Marketingowo robi chyba dobrą robotę, bo plasuje się na półce średniej, może nie trafia do klientów z najzasobniejszym portfelem, ale za to do sporej liczbowo grupy „aspirujących”. Sam (w czasach pre-vintagowych) kilkukrotnie zastanawiałem się nad kupnem czegoś z linii Silver albo Gold. Wielokrotnie też kupując coś na OLX pytałem „z czym u Pana grał ten wzmacniacz?„, kilkukrotnie odpowiedź brzmiała: „z Monitor Audio„
Autodefinicja
Gdy wejdziemy w zakładkę „O nas” na oficjalnej stronie Monitor Audio, komunikat jest prosty i bije w oczy:
Monitor Audio nie jest marką retro i nie ma czasu na nostalgię.
Poniżej wideozałącznik do wczorajszego wpisu. Tak Nebraska gra na amplitunerze lampowym SABA Freudenstadt Stereo E z katalogowymi głośnikami z zestawu.
Byłem dziś w kinie na filmie Springsteen: Deliver Me from Nowhere. Film opowiada historię Bossa pomiędzy ostatnim koncertem trasy The River a momentem wydania albumu Nebraska.
A ja – w tej doskonałej koincydencji z filmem – od kliku dni słucham kolumn, o których brzmieniu można powiedzieć dokładnie to samo, co o albumie Nebraska.
Kulisy powstania albumu
Płyta Nebraska Bruce’a Springsteena to jeden z najbardziej niezwykłych i legendarnych albumów w historii rocka – surowy, intymny i mroczny. Jej kulisy to fascynująca historia o przypadku, artystycznej odwadze i świadomym odejściu od typowych standardów muzyki popularnej.
Może zabrzmi to trochę dziwnie, jakby kierowała mną fobia nieposłuchania wszystkich kolumn na świecie (przed śmiercią), ale tak było naprawdę. Dwa tygodnie temu obudziłem się w środku nocy i poczułem głęboką, przejmującą niesprawiedliwość, że wszyscy moi znajomi zachwalają kolumny SABA z serii I, II, IIA, III, IIIA, IV, IVA, V a ja ich nigdy nie słuchałem… 1,5 roku temu byłem bliski nabycia IIIA za śmieszne pieniądze, ale nie zdecydowałem się, bo terminale z tyłu były przerobione. Życie dawało mi kolejne szanse, ale albo były jakieś szemrane powgniatane kopułki, albo były za daleko, albo ktoś mnie ubiegł. Raz była też sytuacja, że właściciel najwyższego modelu wystawił je tak tanio, że po 30-stym telefonie w ciągu pierwszych kilku godzin od publikacji ogłoszenia postanowił je wycofać i zostawić kolumny dla siebie.
No i leżę tak w środku nocy, oczy szeroko otwarte, gnębiony poczuciem niesprawiedliwości otwieram eBay i kupuję „na próbę” kolumny SABA HiFi-Lautsprecherbox II A. Opłacam zakup i z poczuciem ulgi i zadowolenia zasypiam.
Następnego dnia, mniej więcej w połowie zaczyna mi się coś przypominać, zaczyna natrętnie drażnić mnie jakaś niedokreślona jeszcze myśl…
Znalazłem te kolumny w moim ulubionym komisie meblowym. Zachęciły mnie widoczne przez drucianą maskownicę przetworniki wyglądające na Philipsa. Niestety nazwa „Sound Project” nie mówiła mi kompletnie nic. Próba wpisania w google modelu czyli „Sound Project DX 181” również wypluwała niewiele wartościowych rezultatów. Kolumny przyniosłem do domu, sprawdziłem czy grają i zapomniałem o nich na jakiś czas.
Private Investigations
Kolumn nie da się rozebrać nieintruzyjnie rozebrać… albo ja nie wiem jak to zrobić. Solidna maskownica jest w bardzo ładnym stanie i nie nie próbowałem jej nawet podginać aby puściła. Tył jest sklejony. Poza tym nie ma żądnej potrzeby aby je rozbierać – bo grają 100% poprawnie technicznie. A wizualnie – przy ustawieniu pod odpowiednim kątem padania światła przez szczeliny między drucikami – również brak zastrzeżeń.
W Japonii najwcześniej wschodzi słońce. Noworoczne fajerwerki rozbłyskają nad Tokyo na długo przed tymi w Europie i Amerykach. Z tego powodu Japonia nazywana jest równie często „krajem kwitnącej wiśni” co „krajem wschodzące słońca” (nie mylić z „domem wchodzącego słońca” 🙂 ). Symbolika mojego przepinana kabli z ostatnich dni to właśnie wschodzące słońce – pełne otwarcie serca na sprzęt audio z Japonii za sprawą magicznych CS-53.
Co tam dziś eksplorujesz, Japan? – pyta Kamil
Nieustannie – odpowiadam
Wciągło jak chodzenie po bagnach? …
Szósty dzień na bagnach
Bohaterowie mojej wędrówki:
Kolumny Pioneer CS-53 – główny bohater, nie schodzi z piedestału, absolutny zawrót głowy
Amplituner Pioneer SX-424 – mały samuraj z 1972 roku, najniższy z serii, ale biegły w walce z większymi rywalami
Amplituner Pioneer SX-440 – rocznik 1969, mam go już półtora roku i najwyższa pora aby zrobić o nim pełny wpis, bo jest zasłużony w mojej historii odkrywania vintage hifi
Kolumny SABA Box IIA – to moje drugie kolumny SABA, pierwsze z tak chwalonej serii, pojawiły się na podstawkach, sprawdzone, że grają, zebrane pierwsze wrażenie i… przełączone na CS-53
Japońskie konstrukcje w świecie audio cieszą się estymą od lat. Z jednej strony z kraju kwitnącej wiśni pochodzi mnóstwo genialnego sprzętu, często takiego, który nie był nawet eksportowany na szerszy świat, ale z drugiej to również Japonia i jej polityka cenowa była jedną z przyczyn końca złotej ery hifi i upadku wielu europejskich przedsiębiorstw.
Od strony brzmienia, sprzęt który trafiał na stary kontynent, ma zarówno swoich entuzjastów jak i krytyków. Wśród moich znajomych są osoby, które twierdzą, że po „przejściu całej Japonii” i tak wracają do dobrego, starego sprzętu, którego twórcy porozumiewali się między sobą językiem Wagnera i Nietzschego.
Ja na sprzęt japoński trafiałem raczej przypadkowo, chaotycznie jak pyłek zawieszony w cieczy, coś się trafiło, coś przeczytałem, ktoś mi polecił. Audiofilskie ruchy Browna.
Niskie modele amplitunerów Pioneera (np. SX-450) brzmiały bardzo „tak-sobie”. SX-440 – całkiem ciekawie, a do tego szałowo wyglądał. Kenwood KR-3600 już bardzo fajnie. Do Akai mam pewien sentyment, ale brzmieniowo kilka wzmacniaczy, które miałem szybko trafiły na sprzedaż. Jeżeli chodzi o kolumny, to sam zrobiłem wg. japońskich projektów skrzynie z szerokopasmowym Diatone -P610A. One zagrały wybornie, z szokującą średnicą… Cały czas jednak nie traktowałem rynku japońskiego w sposób przemyślany i metodyczny. Nie przeglądałem starych katalogów i nie napalałem się na coś konkretnie.
Również wiedziony ruchami Browna kupiłem wczoraj kolumny Pioneer CS-53.
Nie wiedziałem o nich nic….
I może nie wygenerowałbym w sobie większego ciśnienia na zgłębianie wiedzy o tych Pioneerach, gdyby nie fakt, że jak spiąłem je z Revoxem, aby posłuchać czy działają poprawnie to aż zaniemówiłem. Nie spodziewałem się tak otwartego, szerokiego brzmienia, pełnego detalu, ale bez przytłaczającej ostrości, dźwięku ciepłego, takiego, którego można słuchać godzinami bez zmęczenia. Pioneery CS-53 wskoczyły na podstawki (choć to kolumny podstawkowe z kategorii king size) zastępując Telefunkeny L250, które tak chwaliłem jeszcze dzień wcześniej. Nie było ani chwili złudzeń, że również niemałe TFK L250 mogą coś wskórać – niestety nie mogą, nie w moim pomieszczeniu. Pioneer CS-53 wypełnił je całe.
Wczoraj rozpocząłem moją krótką przygodę z Grundig HIFI Box 650 Professional i wyciskam je jak cytrynę, robię mniej więcej to co ekipy F1 robią na trzech treningach przed Grand Prix. Czyli krótkie przejazdy, długie przejazdy, opony miękkie, średnie, twarde, skrzydło takie, skrzydło owakie… Tak samo ja skaczę i przepinam kable w Grundigach aby dowiedzieć się o nich maksymalnie wszystko.
Grundig V7000 + Box 650 prof
Od godziny mam je połączone z Grundigiem V7000 i nasuwają mi się dwie myśli do głowy.