Camel – 06.04.1997 – trasa „Harbour of Tears”

Rozpoczynam nowy cykl na moim blogu: koncerty.

Camel - Harbour of Tears

Jestem rocznikiem 1977. Byłem za młody aby być na trasie Clutching At Straws – Marillion w gdańskiej Hali Olivii. Generalnie również przez cały początek lat 90-tych byłem za młody aby samodzielnie jeździć na koncerty. Żelazna kurtyna, choć politycznie rozsunęła się w 1989 roku, zespoły z zachodu zaczęły nas odwiedzać ze sporą bezwładnością. Pamiętam jak w 1992 roku przyjechał Procol Harum do Kongresowej. Radiowa Trójka tak pompowała ten koncert, jakby odwiedził nas niemal Pink Floyd, The Rolling Stones i Michael Jackson na wspólnym koncercie. Takie koncerty to było wydarzenie! Pamiętam również jak Piotr Kaczkowski w 1995 roku organizował autobusy jadące do Niemiec na King Crimson na trasę Thrak. Nie traktowałem tych wydarzeń z perspektywy możliwego współuczestnictwa. Słuchałem nocnych audycji w Trójce i przyjemność sprawiało mi samo słuchanie jak ludzie opowiadają jak smakowały im cukierki. Nie marzyłem na poważnie, że jestem w stanie wybrać się na takie eskapady. Uczeń liceum, z kieszonkowym ledwie starczającym na jedną płytę CD miesięcznie pod warunkiem, że będę jeździł do szkoły na gapę. Ponieważ równolegle trenowałem biegi – podejmowałem to ryzyko.

14 października 1995 roku (OMG! 30 lat temu!) do Polski przyjechał po raz pierwszy Peter Hammill. Oto jego setlista z Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy. Kilka utworów transmitowała Trójka, a Tomek Beksiński opowiedział o tym koncercie w taki sposób, że po 30 latach wciąż pamiętam jak spłycił mi się oddech, gdy Tomek opowiadał, jak publiczność czekała z brawami do samego końca, do finalnego wybrzmienia ostatniej nuty. Wtedy następowała feeria oklasków. To nie był tylko koncert. To było zjawisko.

Tamtego dnia coś się we mnie zagotowało to tego stopnia, że postanowiłem po raz ostatni opuścić koncert, który mógłby być koncertem mojego życia. O każdy kolejny walczyłem. I na na wiele z nich udało mi się pojechać.

Camel – 06.04.1997 – trasa „Harbour of Tears”

Camel to jest zespól na elaborat. W latach 70-tych absolutny artystyczny top rocka progresywnego. W latach 80-tych jedna z najgenialniejszych transformacji w historii muzyki. Wrażliwość, która stworzyła takie albumy jak The Snow Goose czy Moonmadness, w oparach new-romantic stworzyła najgenialniejszą płytę w tym stylu: Stationary Traveller. I kiedy nikt, absolutnie nikt nie wymagał ani nie oczekiwał nic więcej – w 1996 roku Camel nagrał album Harbour of Tears.

Harbour of Tears to dwunasty studyjny album zespołu Camel. Jest to poruszający album koncepcyjny, opowiadający o losach irlandzkich emigrantów opuszczających swój kraj w XIX wieku, z powodu m.in. Wielkiego Głodu, z portu Cóbh, zwanego Przystanią Łez. Lider zespołu, Andrew Latimer, zainspirował się osobistą historią swojej babci oraz żałobą po śmierci ojca. Muzyka łączy rock progresywny z silnymi wpływami celtyckimi, tworząc melancholijne, emocjonalne, intymne i nostalgiczne dzieło…

Decyzja

Kiedy ogłosili w Trójce, że taki koncert (bodajże dwa koncerty, Kraków i Warszawa) będą w Polsce – pomyślałem – teraz, albo nigdy… następnym razem. Z ogromnym naciskiem na teraz. Kompletnie nie potrafię odtworzyć, jak, mieszkając w Gdańsku wyglądał proces kupowania biletów i wybierania sektorów na koncert w Warszawie. Może to głupio zabrzmi, ale … załatwiła mi to Mama 🙂 19 letniemu studentowi Politechniki Gdańskiej 🙂 Pracowała w banku, ogarniała przelewy, w czasach, kiedy nie istniała bankowość internetowa, więc mi to jakoś zamówiła i zapłaciła 🙂

Nie mam żadnych zdjęć z podróży ani koncertu. Wtedy szczytem techniki w telefonie nie było robienie profesjonalnych zdjęć, ale automatyczna sekretarka na aparacie przytwierdzonym do ściany. W kasie na dworcu PKP w Gdańsku kupiłem bilety do Warszawy oraz nocny powrotny. Koncert był w niedzielę, a następnego dnia musiałem być rano na uczelni.

Koncert

Jak głęboko (i blisko) sięgam pamięcią, koncert Camel, to był jedyny raz w życiu kiedy byłem w Sali Kongresowej. Czułem się wtedy jakby świat się przede mną otworzył. Czerwono, a może bordowe fotele. Rozsiadam się wygodnie, rozglądam na boki a tam… po mojej lewej w rzędzie wyżej siedzi we własnej osobie guru Wiesław Weiss! Gdzie ja jestem!? Kręci mi się w głowie, jakbym był w samym centrum wydarzeń, o których się zazwyczaj tylko czyta. Jestem jednocześnie uczestnikiem i narratorem.

I NAGLE pierwsze dźwięki Lunar Sea z albumu Moonmadness (mojego ulubionego). Czuję ten puls, tę energię wypełniającą całą Kongresową, tego nie można zapomnieć. W głowie euforia i niedowierzanie. Pierwszy raz w życiu jestem na dużym, poważnym koncercie. Nie będę tutaj utwór po utworze relacjonował koncerty sprzed niemal 30 lat. Setlista jest tutaj. A tutaj możecie przeczytać relację Tomka Beksińskiego z czerwcowego (97) wydanie Tylko Rock.

Koncert był podzielony na dwie części. W pierwszej, będącej przejażdżką po najciekawszych pozycjach z różnych albumów najbardziej ujęło mnie Ice z albumu I Can See Your House From Here. Za to druga część, po teatralnej przerwie to odegrany w całości album Harbour of Tears.

Na widowni cisza. Na scenie za chwile wydarzy się coś absolutnie unikalnego. Punktowe światło kieruje się na dwie Panie: Emilię Derkowską oraz Ewę Smarzyńską (wokal oraz flet naszej, polskiej, inowrocławskiej grupy Quidam!!!!). Rozpoczyna się Irish Air… rozpoczyna się widowisko… 50 minut płytkiego (aby nie naruszyć tej magii), pełnego wzruszenia oddechu.

Lady Fantasy i Never Let Go grane na bis – wielkie, progresywne lokomotywy z lat 70-tych były jak miękka poduszka pneumatyczna, aby nie spaść zbyt boleśnie w zwykłą rzeczywistość AD 1997. A potem jeszcze kolejka po autografy – dostałem je na paczce papierosów 🙂

Powrót

Mimo, że był to kwiecień, to wiało dość mocno i było zimno. A kiedy gdańszczanin pisze, że wiało, to musiało bardzo wiać. Pociąg nocny do Gdańska odchodził ze stacji Warszawa Zachodnia około 2:00. Było mi jednocześnie zimno i ciepło. Siedząc w przedziale jednocześnie walczyłem z sennością (aby koncert w mojej głowie wciąż trwał) i bezsennością (bo koncert w głowie wciąż trwał).

6 rano, dworzec Gdańsk Główny.

Kiedy dotarłem do Gdańska i wyszedłem z pociągu po nieprzespanej (lub przespanej) nocy, pamiętam ten stan, to przysłowiowe chodzenie ponad chodnikami. Trasa z dworca, prosto na przystanek tramwajowy i podróż na zajęcia na Politechnice. Wiecie o co chodzi, patrzysz się na innych, spieszących się do pracy, do szkoły, wracających z nocnej zmiany, a ty idziesz między nimi z uśmiechem od ucha do ucha, w pełnej ekscytacji, w najwyższym uniesieniu i powtarzasz sobie: BYŁEM WŁAŚNIE NA KONCERCIE CAMEL!

* * *

Epilog w kontekście nośnika: dzikie czasy 1997, kiedy szczytem technologii było zripować CD i wypalić na CD-R, a okładkę wydrukować na kolorze. NIE KUPIŁEM wtedy Harbour of Tears na CD w oryginale, tylko skorzystałem ze szczytu techniki. Żałowałem przez kolejne lata… płyta nie była wznawiana, długi czas niedostępna na Spotify, a cena oryginały tylko rosła. Wczoraj w końcu zajrzałem w głąb samego siebie i spełniłem swoje, nie tyle marzenie, a konieczność odkładaną przez niemal 30 lat.

Jeden komentarz do “Camel – 06.04.1997 – trasa „Harbour of Tears””

Dodaj komentarz