Poznawanie świata muzyki płynącej przez zestawy z lat 60-tych czy 70-tych, czyli całe to nasze hobby, które można nazwać audiofilią w stylu vintage – to coś zupełnie innego niż dążenie do posiadania najlepszego zestawu na świecie. To nieustanny proces odkrywania i doświadczania. Można porównać tę podróż do konfucjańskiej drogi, która jest celem sama sobie. Satysfakcja nie płynie z ostatecznego „odhaczenia” idealnego zestawu, ale z samej podróży przez dekady historii inżynierii dźwięku – z testowania kolejnych „parapetów” od ITT, odkrywania magii średnicy w kolumnach Elac, czy dawania drugiej szansy zapomnianym wzmacniaczom Saby.
To nie jest liniowy rozwój!
Czuję się jak wędrowiec chodzący po świecie od wioski do wioski, czasem zagadujący rybaków w Kilonii, a czasem górali ze Szwarcwaldu. Czasami jestem zapraszany na drogie i wystawne przyjęcia, ale smak pieczonych ziemniaków w leśnej chacie też potrafi chylić nieboskłony.
Czasami łączę wymiary i szukam synergii, która w danym momencie pozwoli po prostu „opaść w fotel i przestać przepinać kable”. W tej perspektywie każdy kupiony amplituner (w ciemno, lub z polecenia) czy własnoręcznie zbudowana kolumna nie są tylko przystankami, ale pełnowartościowymi doświadczeniami, które czynią pasję „naturalną i prostą”, zamieniając pogoń za ideałem w czystą radość z obcowania z muzyką tu i teraz.
Mam w sobie ogromne poczucie wolności i szczęścia.
Kiedy rozpakowują kolejną paczkę z OLX nie mam żadnych oczekiwań. Cieszę się gdy sprzęt jest cały, a jeszcze bardziej, kiedy po podłączeniu gra. To nie jest liniowy rozwój! Sprzęty audio nie stoją w linii lepszy-gorszy. Każdy z nich jest pakietem wielu cech i mimo prób, mimo całych biznesów, które stoją za szufladkowaniem sprzętu audio – nie da się ich tak ułożyć.
Niebieska kropka

Dwa dni temu rozpakowałem niewielki piecyk z początku lat 70-tych marki, która pojawiła się w moich progach po raz pierwszy – Blaupunkt. Kupiłem go bez żadnych ambicji aby przewartościowywał mój świat. Można powiedzieć, że kupiłem go wyłącznie dlatego, że nigdy wcześniej nie miałem Blaupunkta, choć za dzieciaka pod koniec lat 80-tych wielokrotnie zaglądałem przez szyby zaparkowanych w Gdańsku fajnych aut na RFN-owskich blachach i na środku konsoli niemal zawsze obok radia była niebieska kropka i napis „Blaupunkt”. Luksus i marzenia. Mnie stać wtedy było na jedną kasetę TDK SA90 na miesiąc – i to też był luksus, bo seria SA była już nie najgorsza!
Po niemal 40 latach ponowne skrzyżowanie mojej drogi z marką Blaupunkt stało już na przeciwbiegunie luksusu. Rozpakowałem całkiem solidy karton złożony z resztek innych kartonów i pierwsze co mnie uderzyło to…. fajki… koncentrat papierosów! Miałem wrażenie jakby ktoś przed zafoliowaniem wdmuchał w karton paczkę Mocnych. Wyjąłem z jego środka serce systemu Blaupunkt Nizza składającego się z amplitunera oraz kolumn LAB 042. System w tamtych czasach całkowicie budżetowy, a raczej parapetowy. Pewnie grał w niemieckim domu, potem albo poszedł na ulicę, albo został wywieziony przez robotników w ramach remontu. Przywieziony do Polski, wystawiony na OLX za 220 zł i spakowany w petem w zębach.
Tak wygląda w katalogu z roku 1970.

3,5 WAT!!?
Piszę do Kamila:
- Kupiłem Blaupunkta.
- Tego za 220 zl? Też go oglądałem
- Tak
- Oglądałem go, ale… on ma 3,5 Wata…
To w końcu „Heimradio” czyli radio domowe, takie co stało u rodziców na parapecie. Ale również „transformers”. Dedykowane kolumny można odstawić i podpiąć pod niego dwa źródła oraz wypuścić dźwięk na zewnętrzne kolumny. Klasyka. Ale klasyka na germanowych tranzystorach AD 148!
Spinam go z TFK L250. Akurat takie stoją jako pierwsze z brzegu i… albo Blaupunkt potrzebował więcej czasu na rozgrzanie, albo to NIE był dobry mariaż. Muszę przyznać, ze było beznadziejnie i nie szło tego słuchać. Tak samo z SABAMI IIA. Przyniosłem więc z garażu małe kolumienki szerokopasmowe, które kiedyś kupiłem jako zestaw z jedną z lamp SABY. Niestety… całość była stłumiona i karykaturalna. Byłem bliski pogodzenia się, że jedyne wrażenie, jakie zostawi po sobie ten mały Blaupunkt, to smród fajek.
I wtedy wpadłem na szalony pomysł. Połączenie Dawida z Goliatem…. Telefunken SB 86! Niepokorne, nieposłuszne, krnąbrne pszczele ule ważące łącznie jako para prawie 20 razy więcej niż Blaupunkt Nizza. Zupełnie jakby kazać małemu, cherlawemu kowbojowi dosiąść najbardziej nieokiełznanego mustanga.

I stało się coś, czego się domyślacie. To zagrało. ALE nie tak, że pospadały wszystkim czapki a mały kowboj skakał przez przeszkody i robił figury. To zagrało na ogromnym poziomie spokoju i intymności. Usiadłem dość blisko w fotelu, w niewielkim trójkącie równobocznym z SB 86 na jego wierzchołkach i zacząłem od folku, Nick Drake, CSNY, Joni Mitchell trochę późnego Talk Talk, trochę Sylviana.
Nie wiem czy jest taki parametr wśród audiofili: INTYMNOŚĆ. Ale jeśli jest, to mały Blaupunkt Nizza i wielkie kolumny Telefunken SB 86 definiują go w mojej głowie na najwyższym poziomie. Gałka „intymność” odkręcona skrajnie w prawo 🙂
Nikt nie próbuje trącać mustanga w bok ostrogami. On porusza się do przodu z gracją i harmonią. To nie jest wyścig, ani zawody w robieniu sztuczek. Zapewne Blaupunkt przy sztuczkach szybko wywinąłby fikołka i spadł boleśnie na klepisko, ale … nikt tego nie oczekuje! Słuchanie muzyki to nie konkurs sztuczek!
Podsumowanie
Sprzęty nie stoją w szeregu od gorszych do lepszych, lecz są niczym spotkani w drodze ludzie – każdy z własną historią.
Ja chcę tych historii wysłuchać.
