Acoustic Energy Aegis One – English Tea

Zawsze chciałem posłuchać kolumn Acoustic Energy.

Na początku tysiąclecia celowałem w model Aegis One, a kilka lat późnej w jego następcę Aegis Evo One. Był to model, który miał bardzo dobrą prasę, kosztował w okolicach 1000-1200 zł i miał w sobie praktycznie wszystkie cechy aby być jednym z pierwszych poważnych kroków w audiofilię. Czytałem o nich na forach, szukałem używanych na allegro, ale los chciał inaczej. Nasze drogi się nie krzyżowały.

Pamiętam, że mój ówczesny kumpel z pracy, Przemysław Rudź, dzisiaj znany kompozytor EL-muzyki, mający w swojej dyskografii chyba z 15 płyt, opowiadał mi, że je kupił i grają zajebiście i że jest to kosmos i tak dalej. Trochę mu zazdrościłem. Jednak najbardziej zapamiętałem jak Przemek opowiadał mi jak poszedł na dietę. Jeździliśmy ze względów ekonomicznych czasami jednym autem do pracy i na takie głupie rozmowy był czas i miejsce. Otóż Przemek rano jadł jedną bułkę, potem przez cały dzień nic, a wieczorem pił 4 piwa. Dieta zadziałała i patrząc na jego profil na FB działa do dziś.

Przez kolejne dekady, kiedy znajomy prosił mnie o pomoc wyborze kolumn, zawsze wśród wyszukiwań były kolumny Acoustic Energy. Co prawda nigdy ich nie słuchałem, ale tyle naczytałem się na ich temat, że mój mózg pozamieniał słowa na wirtualne dźwięki i stworzyłem sobie w głowie matrycę ich brzmienia. Brzmi to trochę absurdalnie, ale jeśli w recenzjach punktem odniesienia były Tannoy M1 czy M2 i różnice były dokładnie opisane, to można naprawdę zacząć tkać z neuronów mózgowych ich barwę.

Acoustic Energy Aegis One plasuje się gdzieś pomiędzy Tannoy Mercury M1 a M2. Tannoye z NADem 3020 wyznaczyły początek mojej ścieżki 25 lat temu. Ale na AE Aegis One musiałem czekać bardzo długo. Nie miałem potrzeby ich kupować, nie miałem potrzeby ich słuchać, musieliśmy wpaść gdzieś na siebie przypadkiem w wąskim przejściu, mieć chwilę wolnego czasu i chęć aby spędzić go ze sobą.

I to się wydarzyło dzisiaj.

W moim ulubionym komisie meblowym w Sopocie, do którego wpadam od czasu do czasu aby sprawdzić, czy razem z meblami, ktoś nie wstawił do komisu tego co na meblach stało, trafiłem dziś na AE Aegis One. W przyzwoitym stanie, w przyzwoitej cenie. Uśmiechnąłem się sam do siebie i bez chwili wahania spojrzałem na nie i powiedziałem:

  • Mam was wreszcie!

Spiąłem je z A&R Cambridge Arcam Alpha α, wybrałem ten wzmacniacz również podświadomie. W recenzjach AE sprzed dwudziestu lat spinali je właśnie z Arcamem, modelem młodszym i wyższym, ale właśnie z tej stajni. Nie pamiętałem tej recenzji, przeczytałem ją ponownie dopiero godzinę temu, ale coś mówiło mi, aby iść w tym kierunku.

Jak zagrało?

Nie zaskoczyły mnie niczym. Zagrały w 100% dokładnie tak jak grała w mojej głowie ich wirtualna matryca oparta o recenzje przeczytane w prasie i usłyszane od Przemka Rudzia. Gdybym kupił je w 2003 roku jako następca Tannoy M1 – moja audiofilska droga mogłaby się lekko inaczej potoczyć. Tannoye są w swojej klasie bezlitośnie genialne, ale Acoustic Energy w klasie 1,5-2 razy droższej są przedsionkiem do audiofilii. Jest w nich wszystko co cechuje brytyjskie brzmienie. Niezbyt ostra góra (oparta o wysokotonowiec Vify), zrównoważona średnica i bas bez natarczywego charakteru (średnio-nisko-tonowiec jest produkcji własnej Acoustic Energy, membrana z prasowanego aluminium, przy dotykaniu krucha, lubi się nieodwracalnie odkształcać). Ten woofer jest wciśnięty na piankę i żeby go wyjąć trzeba wykręcić z tyłu terminal i wypchnąć go ręką. Mało kto o tym pomyśli wcześniej i zanim go wyjmie zryje MDF dookoła frontowego mocowania głośnika. Mój egzemplarz jest dziewiczy, niedotknięty niczyją ręką.

Słuchałem ich jakbym odbywał podróż w równoległą przeszłość, której nie dane było mi doświadczyć. AE+Arcam zagrały jak lepsza wersja NAD+Tannoy.

A łączyłeś je ze starym wzmacniaczem? – zapytał Kamil

Doskonale rozumiem nomenklaturę naszych rozmów, ale zaraz zaraz… ten Arcam to przecież jest z połowy lat 80-tych. ON MA 40 lat!!! Ale traktujemy go jak nowy sprzęt, czyli taki, który mogliśmy kupić za naszego życia. Bo stary to taki, który powstał przed naszym urodzeniem.

Podłączyłem więc je – na życzenie Kamila – z SABA Studio Automatic z połowy lat 60-tych. Spodziewałem się masakry, ale … nie było źle! Przede wszystkim wzmaki z lat 60-tych wyzwalają prawdziwy potencjał basów z nowych kolumn. Dopiero wtedy okazuje się jak nisko one potrafią zagrać. Ale często za tym idzie wycofanie środka i chaotyczna góra. W tym przypadku SABA nie dała się „zepsuć” i zdominowała Acoustic Energy. Brzmienie było poprawne, ale dużo bardziej niemieckie niż brytyjskie. Gdyby nie lądowanie w Normandii na Omaha Beach mógłby to właśnie być wyznacznik „brzmienia aryjskiego”.

Spiąłem ponownie AE z Arcamem i historia wróciła na prawdziwe tory. Angielskie budżetowe brzmienie. Wszystko jest na swoim miejscu, nic nie wykracza poza przyjęte normy. Angielska popołudniowa herbatka.

Dodaj komentarz