Miałem około 2 lata temu Kenwooda KR-3600, czyli o dwa modele niższego z tej serii (oraz dwa lata młodszego). Spośród wszystkich japończyków, które wtedy przewinęły się przez moje ręce tamten „Ken” zyskał sporo sympatii. Nie miał w sobie japońskiej suchości budżetowych linii. Wręcz przeciwnie – grał bardzo wciągająco. Opisałem to tutaj. Jakiś czas później kupiłem jeszcze jednego starszego Kenwooda, w jeszcze bardziej vintagowej stylistyce, ale…. on nie kupił mnie pierwszym wrażeniem i wylądował na półce „na później„. Trochę mnie ten fakt ostudził i nie patrzyłem już tam łaskawym okiem na tę markę. Jednak wciąż czułem miętę do serii KR-x400, oraz KR-x600 gdzie „x” to numerek rosnący od 1 do 9 (z pominięciem 8). Ale kiedy trafiłem przypadkiem do mojego ulubionego komisu meblowego w Sopocie i zobaczyłem na półce model Kenwood KR-5400 to… nie wypuściłem już go z rąk.
Trochę historii.
Seria KR-x400 była produkowana przez Kenwood w latach 1974-1976. To dwa lata po odejściu z firmy braci Nakaichi i Jiro Kasuga by wraz z innymi inżynierami założyć supergrupę o nazwie… Accuphase. Jednak mam wrażenie, że duch braci Kasuga nad serią KR-x400 jeszcze się unosił…
Już przy drugim wpisie z cyklu Codzienne Przepinanie Kabli osiągnąłem rekord minimalnej liczby przepięć. Zrobiłem to tylko RAZ – spiąłem SABA Konstanz 16 + Diatone P-610 i nie zanosi się abym tego wieczoru przepinał coś innego po raz kolejny. Od dwóch dni słuchałem SABA Konstanz + Ditton 44, (które wciąż służą jako referencyjne pudełka). Przedwczoraj opisałem moje pierwsze wrażenia, lampowy Konstanz fajny, ale mimo wszystko jest na samym dole szlachetnej listy moich lampowych amplitunerów SABA: SRI 16, SRI 18, Freudenstad Eoraz sam Automatic to modele dodające trochę więcej miodu do koktajlu.
Co powinno się podobać – a co się podoba?
To jest filozoficzne pytanie, które powinienem zadać studentom filozofii, których spotykałem wiele razy idąc do Music Mana na Garncarskiej w Gdańsku. I to jest temat przewodni mojego dzisiejszego przepinania, a raczej przepięcia kabli.
Lubię kupować sobie pamiątki. Z każdej podróży staram się przywozić jakiś kontekstowy winyl. Twelfth Night z UK, z Andaluzji płytę grupy Triana, a z Quemper w Bretanii kompletnie nieznany zespół o nazwie Mor. A kilka dni temu bylem na jeden dzień w Berlinie. Moje córki miały swoje marzenie – zobaczyć j-popową gwiazdę Ado… a ja byłem ich szoferem. Po konsumpcji tradycyjnego kebaba, zakupie kilku butelek Berliner Kindl i odstawieniu dziewczyn pod Uber Arena – otworzyłem moją ulubioną niemiecką aplikację czyli kleinanzeigen… taki ich olx.
Ustawiłem okrąg lokalizacyjny na Berlin, kategorię na Audio & Hi-Fi i rozpocząłem poszukiwania pamiątek. Kiedy czytam nazwy berlińskich dzielnic: Pankow, Mitte, Kreuzberg, Wedding… cały czas mam głowie berlińską trylogię Dawida Bowie, płytę Lou Reeda – zatytułowaną właśnie Berlin oraz oczywiście Stationary Traveller – Camel. Każdy z wymienionych „dzieje się” w tym mieście.
Mój język niemiecki ogranicza się do umiejętności zabawy w wojnę za dzieciaka na osiedlu i głośnego krzyku Hände hoch, oraz kilku cytatów z Cartmana z South Parku (nie będę ich przytaczał). Na szczęście mamy chata gpt, który w moim imieniu nawiązał miłą konwersację z kilkoma osobami posiadającymi vintagowy sprzęt. Z przyjemnością pisałem do osób, których oferty oznaczone były jako kein Versand. I kiedy osoba, z którą pisałem delikatnie starała się mi przekazać, że kein Versand… ja odpowiadałem: „hahaha – jestem w Berlinie!„.
Tuż przed końcem millenium poznałem jeden z zespołów, który jest moim 10/10: Current 93, apokaliptyczny folk. 11 lat temu byłem na ich koncercie, 8 lutego w Londynie, w Union Chapel. To były najlepsze urodziny, jakie mogłem sobie zorganizować. Tego samego dnia rano udało mi się też pobiec w pierwszej, matczynej lokalizacji parkruna – Bushy Park.
Album All The Pretty Little Horses to jest mój TOP10 wszech czasów. I to nie są słowa rzucone na wiatr. Może kiedyś opiszę mój cały TOP… ale nie o tym ma być ten CPK – (czyli Codzienne Przepinanie Kabli).
Moje audio popołudnie rozpocząłem od wymiany zakupionej na OLX lampy EMM803 czyli magicznego oka – lampy pokazującej poziom wysterowania sygnału radiowego oraz stereo. Wymieniałem ją w amplitunerze SABA SRI-16, czyli pseudo-sprawnym sprzęcie kupionym od Pana Macieja z Raculi. Tutaj dłuższy opis tej SABY.
Kiedy magiczne oko rozchyliło swoje wrota, przez pierwsze kilkanaście minut słuchałem radia, kręcąc gałką lewo i prawo szukając ciekawej muzyki na radiowych stacjach. Trafiłem na … Hejnał Mariacki w PR 1 Polskiego Radia. To jest melodia, która płynie w żyłach moje pokolenia. Tysiące razy słuchana na długich falach w samo południe. Tym razem na UKF. Przestałem kręcić gałką strojenia i w mojej głowie pojawiła się refleksja… to jest właśnie to czego podświadomie szukam. Trębacz z Krakowa, raniony strzałą grał jak Miles Davis.
SABA SRI-16 + Ditton 44
All The Pretty Little Horses, zapragnąłem posłuchać właśnie tego albumu. SABA lekko skręca mi w prawo. Przy niskich poziomach volume, balans nie jest symetryczny. Jednak od 1/3 w górę jest już równo, ale jeżeli chcesz słuchać ciszej – trzeba ustawić volume mniej więcej w połowie i ściszać na źródle/dacu. Oczywiście aby dokładnie określić ten drobny mankament przepinałem kolumny lewo/prawo i co chwila włączałem mono i szukałem symetrii.
Kilkanaście lat temu rozpocząłem pisanie bloga o bieganiu. Streszczając temat w kilku zdaniach: ważyłem 130 kg, zacząłem biegać, zrzuciłem ponad 50 kg, złamałem 40 minut na 10 km, 1h30min w półmaratonie i nawet przymierzyłem się do łamania 3h w maratonie, co mi się nie udało, ukończyłem kilka ciekawych biegów ultra: Bieg Rzeźnika, Chudy Wawrzyniec, Łemkowyna 150, Kaszubska Poniewierka 70 i kilka innych. Ten ostatni nawet na podium 🙂 Potem przytyłem 50 kg i jestem tu i teraz.
Pisząc o bieganiu przez ponad dekadę udało mi się w sposób zupełnie naturalny stworzyć pewne cykle: kącik biegowego melomana – czyli opisy płyt, przy których biegałem; relacje z zawodów; relacje z biegów z grupą najbliższych znajomych; zwykłe opisy codziennych biegów z aktualnymi przemyśleniami…
Ta ostatnia kategoria, to coś, co chciałbym przenieść tutaj. Co prawda mam jeszcze „kilka metrów” wzmacniaczy oraz „kilka metrów sześciennych” kolumn, które słuchałem, ale nie opisałem tutaj, jednak gdyby każdy wpis był tylko zwykłym testem i moją subiektywną opinią na jego temat, to nie oddałbym 2/3 emocji, które towarzyszą mojemu codziennemu „przepinaniu kabli”.
Te 2/3 emocji to właśnie te codzienne treningi, biegi dookoła jeziora po dobrze znanej ścieżce, ale jednak inna pogoda, inny nastrój, inne tempo, inny repertuar, inna matryca połączeń, to wszystko sprawia, że stopa stawiana na dobrze znanej ścieżce upada pod trochę innym kątem. Czasem trening wyjdzie jak brylant, czasem ledwo uda się doczłapać do domu. Tak samo konkretny wzmacniacz Elaca czy Telefunkena jednego dnia może grać genialnie, a innego tak, że lepiej spuścić kotarę milczenia. Efekt robi cała matryca – repertuar, źródło, wzmacniacz, kolumny i tzw. dyspozycja dnia.
Opisując sprzęty z uwzględnieniem tych wszystkich parametrów z pewnością dotrę do całkiem sprzecznych opinii na ten sam temat. Jednego dnia konkretny piec będzie mistrzostwem świata, inne będzie męczył moje uszy. Tak samo jak treningi po tej samej ścieżce… inna forma… inne buty… inna pora dnia i wszystko może wyglądać zupełnie inaczej.
Chciałbym jednak rozpocząć taki cykl: Biegi Treningowe aka Codzienne Przepinanie Kabli w skrócie CPK
Nie będą to stricte recenzje sprzętów, ale relacje z sesji, gdzie całkiem losowo będę porównywał to co akurat mam pod ręką albo intuicja każe mi przynieść z garażu versus repertuar, który siedzi w mojej głowie.