Kupiłem Marantze. Nie, nie jakieś vintage złoto, nie jakieś audiofilskie święte Grale ale zwykłe tanie HD-680. Z 1985 roku. Trochę z ciekawości, trochę z potrzeby, trochę bo… no bo przecież nie postawię Celestion Ditton 44 na ogrodzie między plastikowymi stołami, gdzie dzieciaki kręcą watę cukrową, a ciotka rozlewa prosecco. Komunia, impreza, namiot – a żona mówi: „Zrób nagłośnienie. Ma być głośno.”
No to zrobiłem.
Nie powiem, śmiałem się sam do siebie pakując te paździerze do bagażnika. Myślę: to nie może grać dobrze, to nawet nie powinno grać w ogóle. Terminale żywcem wyjęte z jakiegoś wieżowego zlepku Funai z Tesco, plastikowa okleina jak z tanich lat 80-tych, płyta wiórowa cieńsza niż półki do PAXa z IKEI, które wyginają się gdy ustawisz na nich albumy ze zdjęciami. Mimo słusznych rozmiarów, trzymane w rękach sprawiają wrażenie lżejszych niż trzykrotnie mniejsze Acoustic Energy Aegis One.

Wniosłem je do domu (jedną ręką) i podłączyłem od razu pod Królową. SABA je zdominowała, jasne – to było do przewidzenia. Tyle że te HD-680 grają zaskakująco przyzwoicie. Autentycznie. W życiu słyszałem wiele gorszych kolumn. I nie mówię tu o randomowych noname’ach. Mówię o sprzętach, które ludzie chwalą po forach, bo mają złoty napis albo wysoki nr katalogowy.






