Lii Song F-6 – projekt DIY nr 1

Nie pamiętam dokładnie w jaki sposób wpadłem na pomysł aby wreszcie zacząć stawiać realne kroki w temacie konstrukcji zestawów głośnikowych DIY. 

A myślałem o tym od prawie 20 lat kiedy pierwszy raz wziąłem na stół kreślarski klon ProAc 2.5. To często kopiowana kolumna, są dostępne schematy skrzynki i zwrotnicy, głośniki również do zamówienia przez internet.

Ale przez 20 lat wracałem do tego pomysłu tylko myślą. I ową myśl odkładałem na półkę.

Co kilka lat pytałem mojego stolarza Andrzeja, przy okazji nowej kuchni czy szafy w korytarzu czy nie przyciąłby mi deseczek na wymiar, ale zawsze elegancko się pozbywał upierdliwca i tematu, z którego pieniądz jest tylko symboliczny.

W końcu, przyszedł dzień, kiedy kropki się połączyły i impuls przerodził się w działanie.

  • Buszując po ofertach sprzętu na sprzedaż wypatrzyłem szerokopasmowe kolumny DIY oparte o chiński głośnik 6.5 cala Lii Song F-6.
  • Poszukałem w necie informacji  na jego temat i okazało się że: jest dostępny, nie jest drogi, ma całkiem dobre opinie i to nie na chińskich youtubach ale wyglądających na niezależnych recenzentów z reszty świata.
  • MDF można zamówić w necie na wymiar, niby o tym człowiek wiedział ale zawsze było to jakąś barierą.
  • W garażu cały czas stałą elektryczna piła kątowa, którą kupiłem 5 lat temu aby przyciąć idealnie listwy przypodłogowe, tak więc wszystkie drobne prace stolarskie mogłem zrobić sam.
  • Producent głośników na swojej stronie podał kilka przykładów dedykowanych skrzynek pod te przetworniki.

I poszło! 

Zamówiłem: głośniki, cięty MDF 18mm, zwoje forniru, kilka rodzajów terminali głośnikowych, naturalną wełnę akustyczną plus drobne dodatki typu kleje, wiertła, papier ścierny, olej do drewna.

Nie będę rozpisywał się ze szczegółami jak je robiłem, ale nagrałem po kilka sekund filmu z kluczowych elementów składania. 

  • klejenie przegród i skrzynek z MDF
  • klejenie forniru 
  • olejowanie 
  • montaż terminali głośnikowych 
  • wygłuszanie wełną
  • i finalnie – montaż przetworników Lii Song F-6

Zabawa trwała prawie miesiąc, po godzince dziennie. Gdyby podliczyć pracochłonność to ten pierwszy w życiu „prototyp” zajął mi około 20 godzin pracy. Oczywiście można to pewnie zrobić w 3-4 godziny ale każdą z tych rzeczy robiłem pierwszy raz w życiu 🙂 

Pierwszy odsłuch.

Podłączyłem najpierw same głośniki bez pudełek aby sprawdzić czy grają. Ufff są sprawne, ale… ten dźwięk samych przetworników to jakby … kurczaki w kurniku gadały… 

 

Zamontowałem je w głośnikach i … wow! One grają! To było pierwsze ojcowskie wrażenie. Jak dziecko, które wyszło z łona matki bierze pierwszy oddech a ojciec stoi z boku i odbiera mu mowę ze wzruszenia.

Cały czas staram się zdjąć tę subiektywność opinii w trakcie odsłuchów, ale jest to bardzo ciężkie. To moje pierworodne kolumny i zawsze będę je wspierał 🙂 A jak ktoś coś złego na nie powie to muszę wziąć kilka głębokich oddechów aby nie przypierdolić.

Okej… okej… postaram się jednak opisać je na chłodno.

Przede wszystkim one nie są za jasne! Po odsłuchach na YT (lol) miałem obawę, że będą wbijać igły w ucho. Ja nie lubię za jasnych kolumn, słucham głównie dużych brytoli z epoki i kolumna musi mieć swobodę, dociążenie i przestrzeń. A przy okazji trochę ciepła.

Czy Lii Song F-6 ma te powyżej opisane elementy? Nie, nie ma! Ale mimo to wciągnęły mnie do tego stopnia, że słucham jej czwarty dzień i właśnie minęło 30h słuchania zalecane przez producenta zanim się wstępnie wygrzeją.

Nie mają też solidnego dołu. Ale halo halo … czy ja przypadkiem nie porównuje ich z 60 litowym KEF Concerto? Hmmm porównuje.

Podłączyłem więc godnych rozmiarem rywali: KEF Cantor. I tutaj się mocno zdziwiłem. Bo Lii Song zagrały dużo lepszym środkiem. Takim, spokojnym, poukładanym. Cantory przy nich wydawało się, że grają na loudnessie, mimo, że był wyłączony.

Wczoraj zacząłem opisywać moje przemyślenia na priv Kamilowi:

Są naprawdę liniowe bez podbić (basu – bo to fizycznie trudne) i góry – co jest dla mnie. Dla mojej estetyki to mega na plus.

I jeszcze jeden plus – kompletnie ale to kompletnie nie męczą. Mogą grać godzinami i jest super. Nie zmuszają Cię do zaangażowania z słuchanie. Nie zagrają też solidnie popu czy nowego gęstego rocka, ale jeżeli ktoś słucha folku, jazzu, starego rocka czy wokali w 12-15 metrowym pokoju i ma inklinacje audiofilskie – czyli granie średnica – mógłby zrobić wow.

Dobra! Mam! Już kumam co mi chodziło po głowie na temat Lii. Ten dźwięk nie jest ani suchy, ani nieliniowy, ani nieproporcjonalny. Wszystko się zgadza. Jest proporcjonalny, liniowy i odpowiednio mięsisty. Ale on jest pomniejszony jakby… Jak w Shine On You Crazy Diamond zagrał sax to połączyły mi się kropki! Dick Perry grał jakby miał 130 cm wzrostu. Obok stoi Gilmour i ma 135 cm wzrostu z taką małą gitarą. 🙂 i grają bardzo bardzo ładnie – ale jakby to był koncert dla skrzatów 🙂

A idąc dalej Welcome to the Machine kurde bardzo bardzo bardzo poprawnie zagrane!!

Lecę teraz King Crimson i one wciaż się nie gubią. One się w ogóle nie gubią, nigdy. Po prosty czasem są za małe.

Zaraz im włączę Ironów chyba.

Gdyby skrócić powyższy strumień świadomości, który przelałem na żywo Kamilowi to można powiedzieć tak:

Lii Song F-6 mają świetne, wręcz idealne dla mojej estetyki proporcje dźwięku, ale w dużym salonie (40m2) nie są w stanie zagrać całym znajdującym się tutaj powietrzem. To właśnie oznaczała przenośnia, że robią „koncert dla skrzatów”. Grają bardzo szlachetnie i nie wydały ani jednego niepotrzebnego dźwięku! Ironów też posłuchałem i uwaga! Dało się tego słuchać! Oczywiście nie było mięsa jak na stadionie, ale nie wyłożyły się, odegrały 22 Acacia Avenue poprawnie i czytelnie.

Do testów wybierałem raczej te ciemniejsze i gęsto grające wzmacniacze: Elac 3400T, Elac 2200T, KA-3000, ale też TFK 201 (tutaj akurat było jakoś chudo i bez polotu, albo miałem zły moment) czy Pioneer SX-535.

Dzień czwarty – testy w pokoju 12 m²

W sypialni mam NAD 120. Bardzo lubię ten amplituner i nie zmieniam go od 4 lat. Mam podłączone Tannoy Mercury M2, ale przyznam się, nie słucham tam prawie wcale muzyki. 

Przyniosłem więc Lii Song F-6 i spiąłem ze wspomnianym NADem. I kopara mi opadała. Ustawienia NADa na zero, volume w okolicy 9:30 i siedzę na łóżku i nie wierzę! Bas jest idealny. Patrzę w te podłużne prostokąty „mini-linii-transmisyjnej” i myślę sobie: „wiedziałem! wiedziałem!!„. Wiedziałem, że w mniejszym pokoju zagrają dużym dźwiękiem. Aż włączyłem raz jeszcze Welcome to the Machine i zarówno David Gilmour jak i Dick Perry urośli do normalnych rozmiarów! 

W mniejszym pomieszczeniu kolumny zachowały wszystkie wspomniane pozytywne cechy oraz dopełniły to czego brakowało w dużym salonie. Wypełniły przestrzeń od narożnika do narożnika! 

Podsumowanie

Rzuciłem się na ich wykonanie raczej po to aby przetestować swoje umiejętności stolarskie. Słuchając ich na YT miałem wyrobione mylne zdanie, że mogą grać za jasno i za chudo. I tutaj bardzo się zdziwiłem na plus. Są jednak za małe do pomieszczeń ~40m². Natomiast w pomieszczeniu trzykrotnie mniejszym zagrały tak dobrze, że do teraz nie mogę uwierzyć, że wyszły spod mojej ręki.   

KA-3300 – The Unknown Soldier

Kilka tygodni temu odezwał się do mnie znajomy z informacją, że stał się posiadaczem dziwnego wzmacniacza vintage i czy znam coś takiego. 

Pierwsza myśl – Kenwood. Wskazuje na to napis na dole KA-3300. To notacja jaką stosowała marka Trio/Kenwood. Tylko szkopuł w tym, że Kenwood KA-3300 wygląda zupełnie inaczej niż ten zabytek techniki.

Poprosiłem o zdjęcie tyłu:

Tym razem na dobre zgłupiałem. Całe życie chciałem być policjantem (takim jak Don Johnson w Miami Vice) albo lekarzem (takim jak Doktor House) i rozwiązywać nieoczywiste zagadki. Dojście do odpowiedzi cóż to za kawałek sprzętu to właśnie taka nieoczywista zagadka. 

DIN5 na źródła i DIN2 na kolumny to długo stosowany patent niemiecki/holenderski. Pomyślałem, że to może jakiś „marketowy” no-name by Grundig/Telefunken/Philips etc. Ale w necie nie udało mi się znaleźć żadnego potwierdzenia tych hipotez. 

Wyszukiwanie obrazem w google nakierowało mnie na sprzęt o co prawda innym układzie płyty czołowej oraz tylnej, ale z bliźniaczym wykończeniem gałek, przycisków i wejść/wyjść. Był to Noris ST-90. C’mon!? Cóż to do diabła jest Noris? Z Norisów, to znam tylko Chucka i Lando. 

Istniała jednak bardzo mało znana niemiecka firma Noris. Na radiomuseum.org jest dosłownie kilka tych sprzętów z lat 50/60, ale nitka nie urywa się całkiem, bo Noris ST-12, ostatni opisany tam sprzęt tej marki ma adnotację: „Made in Japan”. Tak jakby niemiecka firma Noris tuż przed zniknięciem z rynku wypuściła serię wzmacniaczy zrobionych de facto przez Japończyków lub na ich licencji. 

Spytaliśmy się też krzemowej inteligencji to co może być za wzmacniacz. Ta napisała wprost, że jest to japoński Luxman. Następnie wylała 10 wiader wody pisząc o tym dlaczego vintage audio jest cudowne i podała ładnie opisane parametry, które można przeczytać na frontowym panelu. 

Ale to nie jest Luxman 🙂 

Domyślam się, ze AI przeszła przez stronę pewnego fana Luxmana i nie skojarzyła, że pomiędzy setką Luxmanów autor w rubryce „NOT Luxman” opisuje takie sprzęt: 

https://www.hilberink.nl/codehans/luxman152.htm

Jest nim Roelofs RA-3200. Jesteśmy już bardzo bardzo blisko! Estetyka pokręteł i przycisków się zgadza. Tył bardzo podobny. Ale Roelofs RA-3200 jest o serię niższym modelem (bądź niższym modelem z tej samej serii). AI zapewne dodatkowo została zmylona, bo nawet podstrona nazywa się luxman152.

Idziemy dalej, Roelofs to nie jest imię szwajcarskiego wypasacza owiec, ale marka należąca do Comet Electro Japan

Wszystko zaczyna mieć swoje potwierdzenie kiedy zaglądamy do środka. Znajdujemy tam pieczęć datowaną mniej więcej wtedy kiedy Pink Floyd wydali swoje arcydzieło The Dark Side of the Moon. 

Cometronics Corp. Jan 12 1973 

Na końcówkach mocy tranzystory marki NEC, co potwierdza nasze wszystkie wcześniejsze domysły. 

* * *

Mam osobisty sentyment do takiego designu. Obudowa z drewna, przedni aluminiowy panel pomalowany na czarno + srebrne dodatki (przyciski, pokrętła, napisy). Czy nie przypomina trochę Telefunkena V201? 

Ciekawostką jest tutaj możliwość dostosowania barwy dźwięku zarówno poprzez suwaki equalizera oraz klasycznymi pokrętłami bass/sopran. Ale nie działają one równocześnie. Który z nich ma być aktywny wybieramy przyciskiem  T.C. / S.E.C.  

 

No to włączamy!

Pierwsze wrażenie? On chyba nie był włączany przez ćwierć wieku! Góra chropowata jak papier ścierny. Niby gra, ale ten dźwięk przypomina raczej dźwięk zimnego diesla z rozciągniętym łańcuchem rozrządu. 

W międzyczasie bawię się przyciskami. Technicznie działają. A nasz KA-3300 powoli rozgrzewa się i z diesla 2.0 zamienia się w sprawny silniczek Wankla z mazdy RX7…. no może to trochę przesada z tą mazdą, ale z pewnością jest to Suzuki Jimmy, niezawodny, przekraczający o połowę normy CO2 i mający w sobie ogromne pokłady vintagowego klimatu. 

Mój znajomy Przemek Rudź (muzyk i astronom) kilka dni temu użył porównania dotyczącego japońskiej grupy MONO, że tzw. groove w muzyce to jest coś takiego, że automatycznie lata Ci noga w trakcie słuchania. W bardzo podobny sposób można określić wiele wzmacniaczy sprzed lat. Nie są to modele z pierwszych stron audiofilskich gazet, co więcej ciężko o nich znaleźć nawet niewielką wzmiankę. Nie grają najlepszym na świecie detalem, sceną i barwą. Ale mają niesamowity groove

Mój inny znajomy, Kamil, weteran przerzucania ton sprzętu vintage powiedział mi niedawno, że nigdy nie odważyłby się kupić wzmacniacza bez regulacji barwy dźwięku. Być może inżynierowie nowych sprzętów (bez żadnej regulacji) mieli jakiś koncept na brzmienie ALE przecież każde kolumny grają inaczej i aby spasować stary wzmak ustawiony „na zero” trzeba by mieć z 15 par kolumn aby trafić na tę jedną najlepiej dopasowaną. 

Nasz tajemniczy KA-3300 gra u mnie z Dittonami 44. I kiedy już rozgrzał się i osiągnął swoje plateau dobrałem się po raz kolejny do regulacji barwy. Niewielkie korekcje ustawień dopasowały tego malucha, że zgrał bez żadnych kompleksów. Odpowiednio ciepło, w sposób dociążony, ale z wystarczającą przejrzystością. 

Ze sprzętów, które ostatnio słuchałem to najbliżej mu do Telelefunkena V250 i trochę do Philipsa 22RH591. Na pewno nie jest to tzw. „późna japonia„, czyli masowy, tani, coraz chudszy sound. To brzmienie ciepłe i oldschoolowe. 

Gdybym nie pasjonował się starym sprzętem i nie zmieniał wzmacniaczy z ciekawości na kolejny, kolejny i kolejny to KA-3300 mógłby stać u mnie na szafce bardzo bardzo długo, a ja mógłbym po prostu zająć się kupowaniem płyt. 

Może ktoś, kto czyta ten wpis ma więcej info na temat tego wzmacniacza? Czy dobrze rozszyfrowałem, że może to być Roelofs KA-3300, czy może to coś zupełnie innego?