Luxman L-190 – Blonde on Blonde

Każdy dzień do inna historia. Czasem marzy mi się aby wynieść wszystkie sprzęty do garażu, zostawić jeden z nich, i to wszystko jedno czy Elaca 2200T czy TFK V250 czy SABA Studio IIA, albo jakiegoś NADa, czy nawet Pioneera SX-535. I po prostu słuchać, wybierać płyty z półki i nie przełączać kabli między wzmacniaczami a kolumnami. 

Dziś na przykład moje oko padło na Luxman L-190. Model rozpoczynający serię L z połowy lat 80-tych. Piękny szampański kolor, 30W przy 8 ohm. Kupiłem go dwa lata temu, kiedy byłem w środku poszukiwań „okołogrundigowych”. Z 1500a professional nie grał jakoś wyjątkowo. Grał tylko poprawnie, i szybciej poszedłby w odstawienie, gdybym nie kupił wtedy kolumn Tandberg TL 2520.  

To zestawienie mnie wtedy oczarowało. Siedziałem cały wieczór i słuchałem klasyki, której nie słucham na co dzień… Mozart, Chopin… 

Wyciągnąłem Luxmana z półki, przetarłem z kurzu, zdziwiłem się nawet w jak doskonałym stanie mam egzemplarz. Podpiąłem dwie pary kolumny przez te totalnie niewygodne / nieintuicyjne / niespotykane zaciski i … zacząłem szukać selektora A / B na froncie… No ślepy jestem  – pomyślałem – i raz jeszcze jadąc palcem po przyciskach aby nic nie pominąć sprawdzam od lewa do prawa. No nie ma! Rzucam okiem w specyfikację: „2 speaker pairs, not separately switchable” 

Czyli ma wyjście na dwie pary kolumn, ale muszą grać wszystkie razem! Co za absurd 🙂

Na początku chciałem wrócić do starego mariażu i na podstawkach wylądowały Tandbergi. Wszytko się zgadzało. Brzmienie było takie jak zapamiętałem je jesienią 2023 roku. Przepiąłem więc na Ditton 44 i usiadłem w fotelu… zagrał z wszystkimi wcześniejszymi pozytywami, ale bardziej i mocniej! 

Napisałem więc do Kamila ze Śląska:

Słuchałeś kiedyś Luxmana z tej serii? To takie delikatne granie, bardzo dużo przestrzeni, genialne separacja instrumentów. To nie jest ani niemieckie grani ani budżetowe japońskie. Ta gładkość brzmienia to raczej kierunek Creeka. 

Jeśli jesteś w stanie wyobrazić sobie wzmacniacz jednocześnie bardzo miękki, ale szczegółowy i detaliczny. W sensie nie-kluchowaty, ale bardzo gładki i miękki. Takie pastele, ale bez blurów, Taka uśmiechnięta miła blondyneczka. Tak gra mój LUXMAN.

 

Lubię tańczyć o architekturze, czy się to Frankowi Zappie podoba czy nie. 

Na koniec jeszcze sam sobie wyjaśniłem co oznacza napis duo-beta circuit:

Duo Beta to technologia stosowana we wzmacniaczach firmy Luxman, mająca na celu poprawę jakości dźwięku poprzez minimalizację zniekształceń. Kluczowym elementem Duo Beta są dwa oddzielne obwody sprzężenia zwrotnego, z których każdy działa w nieco inny sposób:

Beta 1: Działa w pełnym zakresie częstotliwości i odpowiada za ogólną charakterystykę wzmacniacza. Stosuje się tu niskie sprzężenie zwrotne, co zapewnia naturalne brzmienie i minimalizuje zniekształcenia w całym paśmie.

Beta 2: Skupia się na bardzo niskich częstotliwościach (subsonicznym zakresie 0-5 Hz). W tym przypadku stosuje się wysokie sprzężenie zwrotne, które wzrasta wraz ze zbliżaniem się do 0 Hz (prądu stałego). Dzięki temu Beta 2 skutecznie tłumi wszelkie zakłócenia i zniekształcenia w zakresie subsonicznym, co przekłada się na czystszy i bardziej precyzyjny bas.

NAD Showdown: NAD 3020 vs NAD 3140

 

Jako appendix do wcześniejszego wpisu, nagrałem fragment muzyczny. Głośność wypoziomowana do tej samej wartości i dwa te same fragmenty nagrania w identycznych warunkach odsłuchowych, te same ustawienia (na zero) oraz te same kolumny (Ditton 44), źródła, kable etc…

Jeśli słyszysz różnicę – opisz ją proszę w komentarzu. Jeśli nie słyszysz, to dlaczego? 

 

Elac 2200T – Transylvanian Werewolf

O amplitunerach marki Elac pisałem już tutaj dwukrotnie. Mają swój urok, ale mało kto potrafi od razu połączyć słowo Elac z ze sprzętem innym niż kolumny. 

– Kupiłem świetnego vintagowego Elaca…  – chwalę się znajomemu

– Czyli kolumny? – odpowiada

Takich dialogów przeprowadziłem kilka i jest w nich dużo prawdy, bo z wielkiego kryzysu w branży audio pod koniec lat 70-tych Elac wyszedł częściowo obronną ręką, przegrupował siły, w 1978 roku sprzedał się amerykanom… ale marka istnieje, robi kolumny i to kolumny, za które nie muszą się wstydzić. Inne niemieckie firmy skończyły gorzej… jako tandetny plastik w supermarketach.

Amplituner Elac 2200T, który dziś bliżej przedstawię powstał jeszcze w TEJ prawdziwej firmie Elac, tej samej, która w czasie IIWW wyposażała Kriegsmarine w urządzenia elektroakustyczne. A w latach 60/70 na rynku audio konkurowała w Niemczech z Grundigiem, Telefunkenem, SABA, ITT Schaub&Lorentz, Graetz… 

Na Elaca jakiś czas temu wpadł Kamil ze Śląska. To on pierwszy zaczął mi pisać, że Elac to, Elac tamto i cały czas się nim czarował. W końcu te czary przekroczyły granicę zwykłego zainteresowania a weszły w rejony fascynacji. I kiedy jego Elac 2200T zaczął mu grać z KEF Calida i Celestion Ditton 15 to niemal codziennie pisał mi teksty typu:

-„Hej, co tam nowego u Ciebie, bo u mnie… Elac 2200T to wciąż najlepszy amplituner na świecie…”

W międzyczasie stałem się właścicielem 3 innych Elaców: 3300T, 3400T oraz 3401T. Ten pierwszy niby najbardziej kultowy i choć trafił do mnie w idealnym stanie fizycznym to potencjometr wysokich tonów nie łączył równo na obu kanałach, w związku z czym tylko na ustawieniach około -1 działał symetrycznie. Trafił więc do kolejki „na serwis”. Za to bliźniaki 3400T grały cudownie, ale skrajnie, maksymalnie ciepło i nisko. Mi się to podobało… Kamilowi (wysłałem mu jednego z nich) już mniej… i znów mi zaczął codziennie pisać

 -„Hej, co tam nowego u Ciebie, bo u mnie… Elac 2200T to wciąż najlepszy amplituner na świecie…”

Niestety z poszukiwaniami vintage audio jest trochę inaczej niż zakupami w markecie. Nie można po prostu wejść i powiedzieć „poproszę tego Elaca 2200T„. Ich nie ma. Nigdzie nie ma. Co więcej od pół roku ich nie było, a przedostatniego jaki był kupił Kamil. Czyli… został jeden.

Ostatni Elac był na Wyżynie Transylwańskiej, w okręgu Siedmiogrodzkim, w Braszowie. Pół godziny od zamku Drakuli w Bran. Ostatnia, piesza część drogi na zamek przypomina deptak w Mielnie, albo nasze Krupówki. Można kupić milion gadżetów z Drakulą, a może i Elaca 2200T. 

Nie szukałem go oczywiście między kubkami z Drakulą a pluszowymi wilkołakami, ale na rumuńskim serwisie aukcyjnym. Założyłem konto, zaakceptowałem regulaminy w języku rumuńskim i napisałem do Pana o imieniu/nicku „Zoli” rumuńszczyzną tłumaczoną przez translatora i wygładzaną przez AI.

W odpowiedzi dostałem krótką rumuńską odpowiedź:

– Nie wysyłam za granicę.

Podjąłem drugą próbę. Skonstruowałem swoje CV jako fana sprzętu vintage, dodałem zdjęcia, pokazałem inne Elaci i napisałem wprost (oczywiście po rumuńsku) – NIE JESTEM OSZUSTEM Z POLSKI, JESTEM FANEM VINTAGE AUDIO! 

Zoli odpisał mi dość szybko, ale znów trochę odciągając temat na bok

– No, ale ja nie wiem ile by kosztowała wysyłka do Polski, no i odezwij się w nowy rok.

Spojrzałem na zegarek. Był Sylwester, godzina 20:00 🙂

Poczekałem aż do Trzech Króli i ponowiłem pytanie do Zoliego, czy sprawdził koszt wysyłki. Po godzinie okazało się, że sprawdził i sprawy potoczyły się szybko. Umówiliśmy się zwitek lei wysłanych Revolutem, a następnego dnia Zoli pakował Elaca. 

Obwodnica Brasov –  AD 2022, w drodze na zamek Drakuli

I teraz uwaga: paczka kurierem z Rumunii do Polski szła dokładnie 3 robocze dni (plus weekend). Wysłana w czwartek po południu była u mnie we wtorek rano. Zapakowana bardzo starannie dotarła nienaruszona. W opisie aukcji było wspomniane zdanie, że jest coś z kanałami, odszyfrowałem to z rumuńskiego, że pewnie coś z balansem do przeczyszczenia. Zresztą który wzmacniacz sprzed ponad 50 lat nie wymaga serwisu? Ważne aby był oryginalny i kompletny. Resztę da się naprawić. 

Otwieram pudło, podłączam i gra! Grają oba kanały równo. Steruję balansem lewo prawo i dźwięk jest symetryczny, nie ma żadnych zniekształceń, niż nie szumi, nic nie strzela, wow! Po chwili ta symetria dźwięku zaczyna mnie coraz bardziej zastanawiać…. ON GRA W MONO!!

Ale to było mono będące złożeniem obu kanałów. Pierwszy kamień spadł mi z serca. Grały oba kanały, balans działał prawidłowo, ale kiedy podłączony był tylko kanał lewy – grał w obu kolumnach. Kiedy był podłączony tylko kanał prawy – również grał w obu kolumnach. Kiedy były podłączone oba – grała ich suma w obu kolumnach. Działo się tak na wejściu TB czyli magnetofonowym – jedynym liniowym w tym amplitunerze.

Szybki test radia – gra stereo! Przełącznik mono/stereo działa prawidłowo.

Szybki test gramofonu – gra również stereo! Przełącznik mono/stereo również działa prawidłowo.

Problem z sumowaniem kanałów występuje tylko na wejściu magnetofonowym. Myślę sobie, że na chłopski rozum jak nic żyły sygnałowe L i P muszą być gdzieś zwarte. I trzeba znaleźć to miejsce. Rozkręcam i zdejmuję pokrywę. W środku wszystko wygląda absolutnie dziewiczo, nie tknięte ręką serwisu nigdy w życiu. Test wizualny nie daje rezultatów w postaci zwartych przewodów ani dziwnych lutów. Nie podejmuję się dalszego testowania i zawożę go do zaprzyjaźnionego gdańskiego serwisu, gdzie od drzwi jestem niemal wyrzucony 🙂

– Paaaanie Tomku!!!! Znów Pan mi przywozi lata  60/70  a ja jestem przeszkolony na sprzętach z lat 80-tych!!!

Następnego dnia telefon:

– Panie Tomku, nie uwierzy Pan, ale kanał lewy i prawy jest fabrycznie zlutowany na gnieździe  TB. Oglądałem ten lut pod mikroskopem i daję sobie rękę uciąć, że to jest fabryczny lut Elaca! Ten amplituner na wejściu magnetofonowym od momentu wyjścia z fabryki grał mono!

Naprawa trwała minutę. Trochę mi głupio, że sam tego nie zauważyłem, że to był lut na dole gniazda ukryty pod innymi kablami. 

Tak sobie myślę, jaka była historia tego Elaca. Pewnie służył jako radio, które poprawnie grało stereo, ewentualnie jako wzmacniacz pod gramofon. Gniazdo TB wizualnie również było dziewicze, jakby nikt nigdy przede mnią nie wkładał w nie wtyczki DIN5. 

Napisałem do Kamila, że Elac wraca z serwisu i wieczorem będzie testowanie tego „najlepszego amplitunera na świecie

* * *

Epilog tej opowieści dla Kamila nie jest zaskoczeniem. Zaliczyłem przysłowiowy opad szczeny. Ale nie dlatego, że usłyszałem dźwięk jakiego jeszcze w życiu nie słyszałem, ale usłyszałem każdy jeden najlepszy dźwięk jaki słyszałem. Tylko w jednym sprzęcie na raz. Elac 2200T wziął co najlepsze z każdego ze swoich niemieckich rywali i złożył w całość. 

Mam wrażenie, że jest to trochę dzieło przypadku. Ogniwo ewolucji inżynierskiej, które w tanim, w miarę podstawowym amplitunerze poskładało w sobie najlepsze doświadczenia przeszłości i nie przekombinowało nie do końca sprawdzonymi rozwiązaniami z przyszłości. 

Wypełnienie pasma jest na poziomie Elaca 3400T. To jest to uczucie kiedy w najcichszych momentach Amused to Death czujesz się jak w środku gęstej sceny gdzie dzieje się mnóstwo. Ale wspomniany 3400T gubi się jazzowych detalach na górze pasma. Bywa też nazywany ospałym i zasłoniętym kocem.

Elac 2200T detal ma doskonały. Nie ma mowy o żadnym kocu. Czyli ma gęstość młodszego i większego brata ale bez utraty detalu, szczegółu. Nie można o nim powiedzieć, że jest ciemny, ani jasny. Ale nie można powiedzieć też, że jest neutralny. Chyba, że nadamy temu słowu nową wartość. Neutralny za bardzo kojarzy się z takim, który oddaje swój charakter kolumnom. W tym wypadki tak kompletnie nie jest. Elac 2200T ma ogromny charakter. Taki klasyczny charakter niemieckich sprzętów wczesnych lat 70-tych. Ale żadna z cech charakteru nie dominuje nad innymi.

Nie jest ani za jasny, ani za ciemny. Środek pasma, wokale, trąbki i gitary grają perfekcyjnie. Do tego jest wypełniony masą. Muzyka tworzona przez zestaw Elac 2220T + Celestion Ditton 44 jest po prostu DUŻA.  Jest duża ale taka duża bez żadnego wysiłku. Całkowicie naturalna. Gęsta ale szybka. Mógłbym dalej wymyślać audiofilskie oksymorony, ale tak właśnie się czuję. 

Jeżeli ktoś zapytał się mnie o definicję niemieckiego brzmienia vintage przełomu 60/70 to wskazałbym nie Telefunkena V201a, nie SABA Studio IIA, nie lampowego Grundga Stereomeister 35. Wskazałbym Elaca 2200T.

Podkreślę jeszcze raz. Nie jestem zaskoczony żadnym pojedynczym aspektem brzmieniem tego Elaca. Jestem zaskoczony tym, że wszystkie najlepsze aspekty german vintage hifi ktoś spakował w jedną niepozorną skrzynkę z napisem Elac 2200T High Fidelity.

Moja wersja Elaca jest na tranzystorach germanowych ATES BD142. Istnieje jeszcze inna wersja na ATES 2N3055 – czyli krzemie. To wersja Kamila. Obie wersje występują pod tą samą nazwą Elac 2200T i nie ma żadnego wyróżnika na froncie amplitunera z jaką wersją mamy do czynienia. Zakładam z opisów Kamila i mojego odbioru wersji BD142, że grają tym samym charakterem. 

Parametry amplitunera są następujące:

  • lata produkcji 1969/1971
  • moc: 2x18W
  • wymiary: 595 x 131 x 262
  • waga: 8,1 kg

A tak gra:

Wiecie co napiszę jutro rano do Kamila?

 -„Hej, co tam nowego u Ciebie, bo u mnie… Elac 2200T to wciąż najlepszy amplituner na świecie…”

 

SABA 25G – Metamorphosis

W zeszłym tygodniu wymyśliłem sobie, że kupię tanie kolumny marki SABA z początku lat 70-tych. Wypatrzyłem model 25G. Obudowy były ładnie zachowane, głośniki oryginalne i wizualnie w poprawnym stanie. No i całość kosztowała mnie z przesyłką około 200 zł. Mega tanio. 

Ja wiem, że to są niewielkie pudełka z 1972 roku o rozmiarach 44x24x22 cm, całkiem słusznej wadze (niecałe 9 kg sztuka) i konstrukcji dwudrożnej ale trójgłośnikowej – średnioniskotonowe o średnicy 145 mm są zdublowane. I one obok starszych sióstr czyli takich arcydzieł jak SABA Box IIA, IIIA czy IVA to nawet nie stały. 

Ale taką miałem fantazję, aby je kupić. 

Pierwsze zdziwienie było takie, jak odbierając je w Żabce chciałem podnieść 20 kilogramowe pudełko. Waga mnie zaskoczyła i podniosłem je przy drugiej próbie, kiedy już wiedziałem, że trzeba włożyć trochę siły. 

Drugie zdziwienie było kiedy je podłączyłem. I to do sprzętu tej samej marki z tego samego 1972 roku czyli amplitunera germanowego SABA Meersburg G. Niestety było to zdziwienie … negatywne. 

 

Jasno jak na równiku w południe, krew z uszu… w ruch poszła karuzela wzmacniaczy: TFK V201a, ITT 3500, NAD3020, Pioneer SX-535… Nie grało to dobrze…. nie grało… grało TRAGICZNIE. Najbliżej był ITT 3500, ale w ustawieniach: bas w prawo, wysokie w lewo. 

Słuchając tego przekolorowanego i zapiaszczonego dźwięku zacząłem grzebać po necie czy jestem odosobniony w swoich odczuciach. Na jednym z niemieckich for znalazłem wątek, gdzie jakiś koleś kupił te SABY za kilka marek na flohmarktcie i oczywiście wymienił kondensatory w zwrotnicy. Hmmm… może to jest myśl? 

SABA poszła na stół, odkręciłem front, wyjąłem mnóstwo wełny/wytłumienia i dobrałem się do mega prostej zwrotnicy. Dwie cewki, dwa kondensatory, jeden rezystor. Kondensatory FRAKO. 15μF/35V i 47μF/63V (bipolarny). Podobno nie ma takiego FRAKO, który by bez utraty parametrów wytrzymał ponad 50 lat. Zamówiłem więc 4 Jantzeny za 45 zł z przesyłką i pozostało mi czekać. 

W międzyczasie dostałem OPRa od kumpla, że takich tanich kondensatorów nie ma sensu kupować 🙂 No może warto kupić droższe, ale … ja nawet nie mam podstawek pod kable i jonizatora audiofilskiego powietrza, więc po co mi droższe kondensatory? Nie chciałem też przez dwa elementy wymienione w zwrotnicy podwajać wartości tak tanich pudełek. 

Dotarły Jantzeny i korzystając z chwili, że dzieciaki rozeszły się po swoich pokojach lub po różnych zajęciach dodatkowych na mieście – rozłożyłem się na stole w kuchni, który na pół godziny zamienił się na stół operacyjny dla vintage audio.  

Zwrotnica przed.

 

Zwrotnica po.

Na pamiątkę „zaszyłem” w jednej z kolumn stare FRAKO, w woreczku foliowym, przyklejone taśmą, podklejone watą. Aby ewentualny przyszły właściciel mógł przywrócić je do stanu oryginalnego. 

Voila. 

No i jak to zagrało po recapie?

Jako zwolennik ślepych testów powinienem teraz kupić jeszcze jedną parę na oryginalnych kondensatorach FRAKO i ocenić różnicę z zamkniętymi oczami. Ale nie nie zrobiłem tego, tylko spiąłem je to Pioneera SX-535, ustawiłem regulatory na zero i włączyłem muzykę. I zacząłem słuchać… i z każdym kolejnym kwadransem zacząłem zastanawiać się czy mam omamy słuchowe, czy może to siła autosugestii, a może po prostu recap pomógł? Bo te SABY zaczęły GRAĆ.

Co mogło się wydarzyć przez te dwa dni:

  • może zanim trafiły do mnie długo stały i zwyczajnie musiały trochę pograć aby się rozegrały?
  • może nastąpiła u mnie adaptacja ucha? Mózg zmienił matrycę z ciemno grających Dittonów ja kolumny jaśniejsze i przestał wysokie dźwięki odbierać jako zbyt natarczywe?
  • może wspomniana autosugestia?
  • może kable, choć jestem kablowym sceptykiem (mam blue heaven firmy na „n” w… garażu), to jednak poniedziałkowe testy robiłem na ulracienkich kabelkach z epoki, które odciąłem kiedyś od jakiś Duali albo Philipsów, a dziś podłączyłem zwykłe kable za 100 zł 
  • może to Pioneer SX-535 tak dobrze się wpasował? Na tyle dobrze, że zamiast przepinać kable do kolejnego wzmacniacza koncentruję się na dorzucaniu kawałków z Tidala. 
  • a może faktycznie recap całkowicie zmienił wszystko?

Oczywiście te kolumny nie zaczęły grać jak moje flagowce czyli KEF Concerto czy Ditton 44, nie zaczęły nawet grać tak jak Ditton 15, ale już całkiem prawdopodobne, że ich klasa osiągnęła poziom Tandbergów TL2520 czy wyższych modeli Grundigów. 

Nie zmieniły się proporcje pasma, SABY nie zaczęły nagle grać ciemno, ale góra pasma stała się gładka. Przez chwilę wydawało mi się, że jest jakby mniej basu, ale on stał się zwyczajnie szybszy i przestał wchodzić w dudnienia przy podkręcaniu głośności, niskich tonów czy włączaniu loudness. I to skojarzenie pokierowało moje myśli ku Grundigom 1500a prof (tak, wiem, zagalopowałem się) , ale za sześć-osiem razy większą cenę. 

Jestem totalnie zaskoczony tą metamorfozą. Dwa dni temu grały tragicznie, a dziś znakomicie! I naprawdę nie wiem, które z wyżej wymienionych składowych najbardziej się do tego przyczyniły, ale siedzę kolejną godzinę, słucham „Windą na szafot” Miles Davisa i jest pięknie. 

Cieszę się też z jeszcze jednego ważnego powodu: poszukiwania w świecie vintage audio to nie jest wyścig zbrojeń w więcej, mocniej, drożej, drożej i jeszcze raz drożej. Kiedyś w nim uczestniczyłem, ale szybko odpadłem, po części finansowo, a po części zdroworozsądkowo. Wiele osób może czytać to co piszę z politowaniem i myśleć sobie w duchu: „Oooooo Panie, jak ty nie słyszałeś takiego Krella i takiego Sansuja, to ty chuja wiesz o audio.” Ale dla mnie odkrycie i uratowanie takich kolumienek za 200 zł jak SABA 25G i słuchanie ich non stop 4 godziny zmieniając płytę za płytą daje nie mniej radości i frajdy niż dla innych przepinanie kabli między wspomnianymi Krellem i Sansui.

Pioneer SX-535 – The Silver Pioneer Era

Ponad 20 lat temu została założona w necie strona o tyle „The Silver Pioneer Referece Site„. Nie linkuję jej ponieważ od 2013 roku już jej nie ma. Wpisując w google powyższą frazę znajdujemy głównie zapytania na różnych forach typu: „hej, co się stało ze stroną silver pioneer?„. Jej strzępy możemy jeszcze znaleźć na web archive, np. strona poświęcona serii 500 jest tutaj

Przeczytałem ją kiedyś od deski do deski i dzięki niej mam usystematyzowaną całą terminologię „Pioneerową”, przynajmniej w temacie amplitunerów ze srebrnej ery. Z pewnością dużo więcej o Pioneerach czytałem i oglądałem je na obrazkach, niż realnie słuchałem. Wyjątkiem jest Pionieer SX-450, czyli sprzęt już bliżej schyłku srebrnej ery, sprzęt całkowicie budżetowy, otwierający katalog, brzmiący…. zadowalająco. Pisałem o nim tutaj.  Miałem trzy egzemplarze tego Pionieera. I za każdym razem grał tak samo, więc nie można mówić np. o zużyciu danego egzemplarza, który mógł wpłynąć na brzmienie. 

Kilka dni temu sąsiad przytachał do mnie swojego Pioneera SX-535, którego jakiś czas temu przywiózł sobie z Holandii. Częściowo się ucieszyłem, bo do kolejny puzzel do układanki Pioneerów ze srebrnej ery, ale też znając zadowalające granie SX-450 nie miałem jakiegoś dużego entuzjazmu.

SX-535 to model będący następcą SX-525, wprowadzony na rynek w 1974 roku i produkowany do 1975 roku. Moc wyjściowa na kanał została nieznacznie zwiększona do 20 watów RMS. Sterowanie różniło się od modelu SX-525, a wszystkie przyciski były teraz aluminiowe zamiast plastikowe. Jego cena katalogowa wynosiła nieco poniżej 300 dolarów. Jest więc do model starszy niż SX-450 oraz z wyższej linii. 

Pierwsze wrażenie… wow… mimo, że to wciąż dolna część katalogu Pioneera, to jest on naprawdę spory, kilka centymetrów dłuższy, wyższy i głębszy niż SX-450. Dymiona szybka, niebieskie podświetlenie, solidna drewniana skrzynia. okleina z orzechowego drewna. Wygląda naprawdę bardzo ładnie. 

Mój entuzjazm wzrósł jeszcze bardziej, kiedy podłączyłem go pod Dittony 44. Gra o wiele lepiej niż niższy model. Jeżeli miałem swoje obiekcje dotyczące suchości brzmienia SX-450 to tutaj wszystkie zostały wyjaśnione. Brzmienie jest zaskakująco wyważone. Nie ma przekłamań w stronę gęstości (jak w tych bardziej skrajnych sprzętach niemieckim z podobnej epoki) jest świetny detal, jest średnica. Nie ma też za ostrej góry – choć – podkreślę raz jeszcze – połączyłem go z kolumnami Celestion Ditton 44, które grają bardzo po angielsku. 

 

Jeżeli progres między modelami w katalogu Pioneera tak ma wyglądać, to muszę się koniecznie zainteresować jak grają te wyższe (i niestety droższe) modele. 

Wszedłem ponownie na archiwum strony Silver Pioneer aby poczytać o tych wyższych modelach i trafiłem na tekst, który w pewnym sensie jest epilogiem, dla ery srebrnego pioneera, epilogiem czasów kiedy amplitunery miały podświetlane analogowe skale i gałki zamiast przycisków. Ale też epilogiem dla samej strony The Silver Pioneer Referece Site, nie istniejącej już od ponad 10 lat…

W takich chwilach zawsze przypomina mi się monolog z Blade Runnera.

Widziałem
rzeczy, którym wy, ludzie, nie dalibyście wiary. Statki szturmowe w
ogniu sunące nieopodal Pasu Oriona. Oglądałem promieniowanie skrzące się
w ciemnościach blisko wrót Tannhausera. Wszystkie te chwile znikną w
czasie jak łzy w deszczu. Pora umierać.

A tutaj epilog z The Silver Pioneer Referece Site:

Niektórzy entuzjaści marki Pioneer mogą się zastanawiać: „Kiedy skończyła się Srebrna Era?” Po przeprowadzeniu pewnych badań i zastosowaniu własnych, dość subiektywnych kryteriów, mogę jednoznacznie stwierdzić, że rokiem tym był 1982. To właśnie wtedy Pioneer dokonał całkowitego zerwania z przeszłością i wprowadził linię odbiorników całkowicie różniącą się od tego, co dotychczas znali i kochali właściciele sprzętu tej marki. Zniknęły solidne, wykonane z frezowanego aluminium pokrętła, szczotkowany aluminiowy panel przedni, analogowy tuner i nawet okleina z orzechowego drewna. Zastąpiła je całkowicie płaska powierzchnia z przyciskami sterującymi wszystkimi funkcjami za pomocą mikroprocesorów. […] Niektórzy potencjalni nabywcy odbiorników Pioneer, którzy byli oszołomieni dramatyczną zmianą w linii odbiorników tej marki, udawali się do sklepów w poszukiwaniu pozostałości z 1981, a nawet 1980 roku. Wykupywali SX-D7000, SX-D5000, SX1280, SX-1080, SX-980 i tak dalej w dół linii.

[…] Oczywiście Pioneer nie działał w próżni. Ten trend był obserwowany w całej branży. Pojawiły się również pierwsze całkowicie czarne komponenty i w ciągu pięciu lat praktycznie wszystkie domowe komponenty stereo klasy średniej były czarne.

Można tu przytoczyć analogię z samochodami z różnych okresów. Wśród najbardziej kolekcjonerskich samochodów powojennych w ciągu ostatnich kilku dekad są „klasyczne Chevrolety” z 1955, 1956 i 1957 roku. Te samochody stały się ikonami motoryzacji z wielu solidnych powodów, przede wszystkim ponadczasowego stylu i doskonałej inżynierii. Właściciele przeznaczają ogromne pieniądze na ich renowację. Jednak lata poprzedzające i następujące po tych trzech latach są praktycznie zapomniane. Kiedy ostatnio widzieliście Chevroleta z 1954 lub 1958 roku? Były to lata bez wyrazu i nie przyciągają uwagi entuzjastów Chevroleta tak jak klasyczne Chevrolety.

Tak samo jest z Srebrną Erą Pioneer. Te komponenty były wspaniałe wtedy i są wspaniałe nadal, dlatego są wykupywane przez kolekcjonerów i entuzjastów marki Pioneer.

NAD 3140 / NAD 3020 – Twin Peaks

 

Kilka tygodni temu przeglądając ogłoszenia trafiłem na dobrze znaną szarą skrzyneczkę, z dobrze znanymi kwadratowymi przyciskami i okrągłymi gałkami. NAD 3140? Hmmm… a cóż to takiego, co wyglądem bardzo przypomina klasycznego 3020

Muszę przyznać, że idąc przed siebie jak koń w klapach na skrajach oczu, będąc wpatrzonym w model 3020 jako historyczny wzorzec z Sevres, zupełnie nie zwróciłem uwagi, że nie był on samotny w katalogu swojej linii. 

A katalog urządzeń NADa (bez tunerów i magnetofonów) z przełomu 70/80 wyglądał wtedy tak:

  • Preamp: NAD 1020
  • Końcówka mocy: NAD 2140
  • Wzmacniacze zintegrowane: NAD 3020 oraz NAD 3140
  • Amplituner: NAD 7020 

Lista bardzo krótka, jak menu w dobrej restauracji. A w niej NAD 3020 – jako budżetowy wybór dla każdego, oraz dla tych co chcą osobno: pre 1020 oraz końcówka 2140. 

No i jest jeszcze NAD 3140, który jest włożonym do jednego pudełka preampem 1020 i końcówką 2140. Preamp jest identyczny jak ten z 3020 ale końcówka to konstrukcja dual mono, z dwoma trafami, o podwójnie podniesionej mocy względem 3020.   

WOW. Czemu ja o tym wzmacniaczu nie słyszałem wcześniej? Przecież to tak jakby zachwycać się VW Golfem a obok stoi VW Golf GTI…

Wystarczyło mi 10 minut analizy internetu aby wymienić kilka banknotów na tego NADa. A przez kolejne dni, czekając, aż do mnie dotrze starałem się jak najwięcej o nim przeczytać. Jedna z recenzji po przetłumaczeniu na nasz język brzmi tak:

Ten wzmacniacz brzmi wspaniale! Gładki, aksamitny dźwięk i szeroka scena muzyczna zapewniają godziny prawdziwej przyjemności słuchania.

Zacznijmy od wyglądu zewnętrznego. Stylistycznie jest to nieco nietypowy wzmacniacz NAD – wygląda jak każdy inny model tej marki z tamtego okresu, z zielonkawym kolorem i mnóstwem plastikowych pokręteł. Jednak są też wyjątki:

  • wskaźniki mocy LED na panelu przednim, które prawdopodobnie były unikalne dla tego modelu w tamtym czasie. Wcześniej wskaźniki mocy spotykaliśmy  w modelach 3080, 3060 i 3040, ale tam były to klasyczne wskaźniki VU.
  • korektor głośników z dwoma ustawieniami, podnoszącymi sygnał poniżej 40 Hz lub 70 Hz w zależności od rodzaju kolumn.
  • funkcja „Mono”, która wydawała się nieco dziwna nawet w momencie premiery.

Wnętrze przypomina połączenie modeli 1020 i 2140 w jednej obudowie. Dla miłośników winylu jest tu wspaniała sekcja gramofonowa z modelu 3020, obecna w prawie każdym wzmacniaczu NAD z tego okresu. Dwa masywne transformatory i dość poprawny układ wewnętrzny.

Na panelu tylnym znajdziemy dwa wejścia gramofonowe, regulację biasu, funkcję mostkowania i… SLC?! Co to, u licha, jest SLC? Otóż, według dokumentacji NAD, to skrót od „Speaker Lead Compensator„, czyli kompensator przewodów głośnikowych.
Idea polegała na tym, że wzmacniacz miał pomagać użytkownikom osiągnąć pełny potencjał systemu, kompensując straty sygnału wynikające z długich i cienkich przewodów głośnikowych. Ponadto, standardowo dla wzmacniaczy z tego okresu, zastosowano soft clipping.

Niestety, częstą przypadłością tych wzmacniaczy, w tym przypadku nawet podwójnie, jest brumienie transformatorów. Wynika to z faktu, że pochodzą one z Chin, a w latach 70. i na początku 80. ich jakość nie była jeszcze tak wysoka jak obecnie.

Jednak najważniejszy jest dźwięk. W połączeniu z gramofonem Rega Planar 2 (starszym modelem) i odpowiednią wkładką, ten wzmacniacz świetnie odtwarza niemal wszystko, zapewniając wiele godzin przyjemności słuchania.

Testowałem go z Rega Planar 3 i wkładką Nagaoka MP 110, słuchając debiutu Dire Straits. Bas w utworze „Six Blade Knife” był fenomenalny, a hi-hat brzmiał czysto i sucho.

Podczas słuchania „Wariacji Goldbergowskich” Glenna Goulda z nagrania z 1981 roku, wyraźnie słychać było dźwięk uderzających strun fortepianu oraz charakterystyczne odgłosy.

Brzmienie jest bardzo gładkie, choć nieco wolne. Nie należy się spodziewać błyskawicznego „responsu”, ale wzmacniacz ma wystarczająco dużo mocy, aby z powodzeniem zagrać zarówno dynamiczne basy, jak i pełną orkiestrę, czy też energetyczny rock.

Niektórym może się wydawać, że brzmienie jest nieco ciemne. Można to porównać do latte – (mała ilość espresso na dnie i dużo gorącego mleka na wierzchu).
Dźwięk 3140 przypomina espresso z niewielką ilością mleka – pełny smak kawy z odpowiednią nutą mleka, tworzącą bogate wrażenia słuchowe.

Jeśli więc natrafisz na ten wzmacniacz, nie wahaj się – warto go kupić. Nie pożałujesz.

Słucham go non stop od dwóch tygodni. Łączyłem go z KEF Concerto, Celestion 44 oraz jaśniejszymi kolumnami od Philipsa z serii 22RH. I podobnie jak twórca powyższej recenzji z Regą Planar (model 6 z wkładką Denon DL-110). Mogę tylko podpisać się pod każdym zdaniem powyższej recenzji. Można z nim spędzić długie godziny bez najmniejszego zmęczenia. 

Dochodzimy do momentu, kiedy trzeba zadań w końcu pytanie: A jak w porównaniu z 3020? 


Podłączyłem dziś oba wzmacniacze do tego samego źródła i tych samych kolumn (Celestion 44) i użyłem czeskiej skrzyneczki – speaker/source control – czyli po prostu odpowiednio połączonych „pstryczków”. Pograłem pierwsze 15 minut, ustawiłem identyczne poziomy głośności i rozpocząłem testy. Na początku przełączałem sam. Z jakiegoś powodu 3020 podobał mi się ciut bardziej, ale czy tak było naprawdę, czy tylko ulegałem paraaudiofilskiej iluzji? Bo grały niby identycznie. A przynajmniej bardzo bardzo bardzo podobnie. 

Nie grałem głośno, więc moc nie odgrywała dużej roli, zaś Dittony 44 mają skuteczność na poziomie 96 dB, więc również nie są to wymagające kolumny dla wzmacniacza. 

Zrobiłem krótką przerwę, ściągnąłem do pokoju mojego 9-letniego syna i poinstruowałem gdzie ma „pstrykać”. Ustawiłem to tak, abym nie widział jaki aktualnie zestaw jest włączony. Był to klasyczny blind test – a działa on na audiofili niczym woda święcona na antychrysta! 

Najgorsza rzecz na świecie, jaka może przytrafić się audiofilowi to … nie usłyszeć różnicy. 

I teraz uwaga uwaga uwaga! Przyznaję się! Po kilku pstryknięciach przełącznikiem kompletnie się pogubiłem i nie byłem w stanie stwierdzić jednoznacznie, który z NADów gra! One grały tak samo! Może przy głośniejszym graniu, może na jaśniejszych kolumnach usłyszałbym różnice, ale przy zwykłym popołudniowym graniu – różnic między tymi niezwykle podobnymi NADami nie byłem w stanie wskazać. 

Być może mój słuch jest daleki od umiejętności rozróżnienia tych wzmacniaczy, a może one naprawdę grają i.d.e.n.t.y.c.z.n.i.e w tych, środkowych, mało ekstremalnych warunkach? 

A jeśli grają niemal identycznie, to… może warto nie przepłacać za symbol i legendę i zamiast 3020 kupić 3140 za 30% ceny tego pierwszego?

KEF Concerto vs Celestion Ditton 44 – Clash of the Titans

Kilka dni temu na portalu sprzedażowym pojawiły się Celestion Dittony 66 – absolutnie najwyższy model i legenda serii Ditton. Najciekawsze w tym było to, że sprzedawał je … pierwszy właściciel. Kolumny przywiezione osobiście z Francji w latach 70-tych. Przez niemal 50 lat stały w jednym miejscu. Na zdjęciach wyglądają nieskazitelnie. Cena 10k. Z czego 6k za to, że to Dittony 66 i 4k za to, że są nietknięte zębem czasu. To i tak była niska cena, co potwierdził tylko fakt, że po dwóch dniach po ogłoszeniu nie ma śladu. 

Natomiast cała ta sytuacja uświadomiła mi jaki to musiał być szczęśliwy człowiek. Przez 50 lat nie gonił króliczka i nie przepinał kabli między jednymi i drugimi skrzynkami, a po prostu słuchał muzyki. 

Ja wręcz przeciwnie. Staram się przekonać sam siebie, że przeprowadzka KEFów Concerto do garażu i wprowadzenie na ich miejsce Dittinów 44 to był dobry pomysł. Przez ostatni rok bardzo, ale to bardzo polubiłem Concerto i na tyle poznałem ich możliwości, ich sygnaturę dźwięku, że łatwo mi było oceniać spięte z nimi wzmacniacze. Tymczasem D44 namieszał mi w głowie, wysypał klocki na podłogę i układankę trzeba było zacząć od nowa. Gdy obserwuję audiofili w jeden wieczór słuchających 7 wzmacniaczy i 3 pary kolumn, do tego z DACem i gramofonem, i jeszcze przepinających kable to zastanawiam się ile z tego oni naprawdę słyszą (poza rzeczami ewidentnymi) a na ile to poza. To jest tak jakby ktoś po wysłuchaniu 30 sekund jednego utworu oceniał cały album. Pamiętam jak wymieniając się kiedyś kasetami z kumplami podstawową zasadą było: daj temu albumowi szansę, posłuchaj przynajmniej 5 razy aby się wypowiadać na jego temat. Tak samo staram się robić z konfiguracjami audio. Dwa dni to minimum. Różny repertuar, różny nastrój. Czasami faktycznie od samego początku słychać, że coś nie podchodzi, ale w wielu przypadkach, jak pierwsze emocje opadną dociera do mnie druga fala i albo powoli kradnie moje serce, albo wręcz przeciwnie – makijaż spływa jak japońskiej gejszy w strugach deszczu i zamienia się w zrzędliwą, męczącą babę.  

Zarówno KEF Concerto jak i Celestion Ditton 44 należą do kategorii kolumn kradnących serce powoli. Pięknych bez makijażu. Ale jednak innych. Choć mówię tutaj o „inności” w amplitudzie zawężonej do UK, do charakterystyki brytyjskiego dźwięku, ze schowaną, wręcz (na pierwszy rzut ucha) stłumioną górą i kwitnącą średnicą.

Przytargałem z garażu Concerto. Postawiłem obok czekających na nie D44, przeciągnąłem kable do stolika obok centralnie umieszczonego fotela. Na fotelu siedziałem ja. Na stoliku stał NAD 3140 (czyli mocniejsza wersja 3020 – jedyny zintegrowany wzmacniacz NADa z dokładnie tej samej serii co kultowy 3020). Wybrałem go dlatego, bo gra jak  3020, a nawet lepiej, ma więcej mocy, brytyjskie brzmienie i … wyjścia na dwie pary kolumn. Mogłem, siedząc idealnie centralnie, jedną ręką przełączać między Concerto a D44. A obok mnie nadstawiał się do głaskania angielski chart.

angielskie kolumny, angielski wzmacniacz i angielski chart

KEF Concerto: brzmienie bardziej miękkie, szerokie i co najbardziej charakterystyczne: grające na linii kolumn lub z lekkim przesunięciem do tyłu. Najbardziej słyszalne na wokalach, gdy śpiew dochodził dokładnie ze środka sceny.

Ditton 44: tutaj wokal zdecydowanie wychodził do przodu, kilka kroków przed i tak wysunięte do przodu pozostałe instrumenty. Brzmienie było też ostrzejsze a wysokie tony głośniejsze. Podkreślę jeszcze raz – ostrzejsze, bardziej detaliczne w tzw. „angielskiej skali”, czyli wciąż bardzo miękkie jak na ogólne standardy. Odnosiłem też wrażenie, że scena jest węższa niż w Concerto.

Po pół godzinie byłem przekonany, że KEFy są bliższe mojemu sercu i to Dittony pójdą do garażu. Ale z każdą kolejną godziną suwak mojego wewnętrznego balansu zmieniał pozycję i wędrował ku środkowi. W końcu z ciekawości rozsunąłem Dittony trochę szerzej niż Concerto i… nie do wiary… one potrzebują po prostu więcej miejsca aby rozwinąć skrzydła. Ta niewielka zmiana sprawiła, że musiałem skreślić swoje poprzednie przemyślenie, że to KEFy grają szerzej. Grając w identycznym rozstawieniu około 300-320 cm  (ustawiłem je naprzemiennie) przestałem słyszeć różnicę w szerokości sceny. 

Pod koniec dnia suwak balansu powędrował na stronę Dittonów…

ALE. 

W tym pojedynku nie ma wygranego i przegranego. Każda z tych kolumn jest znakomita i każda trafia w różne zakamarki mojego serca. Concerto ujmuje mnie miękkością. Gdyby ktoś zapytał się mnie o „brzmienie lat 70-tych” to wskazałbym Concerto. To nie były kolumny niszowe, tylko topowy produkt z katalogu KEFa, który trafił do niejednego domu. Ditton ma trochę więcej zadziorności na górze, trochę ostrzejszy detal. Ale im schodzimy niżej tym różnic coraz mniej. Średnica jest genialna w obu. Bas w przypadku NADa 3140 zachowywał się identycznie w obu kolumnach. Ale nie był to bas jak z love parade… aby go wyciągnąć z tych brytyjskich klasyków trzeba spiąć je z niemieckim wzmacniaczem  – wtedy mamy i imprezę rave i love parade 🙂

Starcie tytanów (biorąc pod uwagę największe różnice) stało się pojedynkiem na tweetery. 

  • T27 SP1032 występujące takich klasykach jak KEF 104aB czy Calinda
  • HF 2000 znane również z Ditton 25 czy topowego, wspomnianego na wstępie modelu 66

 

T27 SP1032

HF 2000

Sercem jestem za KEFem, ale rozumiem za Dittonem. Ciężka sprawa. Na szczęście nikt nie każe mi wybierać 🙂

Philips 22RH790 – Parapet z Holandii

Była taka moda na początku lat 70-tych, że amplitunery wyglądały jak parapety. Długie, wąskie i często ze skalą u góry. Fajnie to się prezentuje w nocy, ale jest… uciążliwe w przechowywaniu. Nic nie można na taki amplituner postawić, nie można też ich przechowywać jeden na drugim. Teoretycznie można je ustawić pionowo, ale musiałby mieć dobre zabezpieczenie boczne aby nie fiknął jak kostka domino.

Umówmy się jednak – nikt nie projektował designu tych sprzętów mając na względzie to, że za kilkadziesiąt lat fanatyczni kolekcjonerzy będą narzekać, że ciężko się je magazynuje 🙂

Philipsa 22RH790 kupiłem przede wszystkim z ciekawości. Był również w sensownej cenie i blisko – mogłem umówić się na odbiór osobisty. Najbardziej ciekawiła mnie końcówka jego numeru czyli „90” będącą analogią do wzmacniacza 22RH590. Nie czytając specyfikacji i serwisówek założyłem po prostu, że to 22RH590 + tuner, zaś sekcja wzmacniacza jest identyczna.  

Design faktycznie jest bardzo podobny. Wyszedł z pewnością spod deski kreślarskiej tego samego projektanta w tym samym czasie. Użyte są te same materiały, takie same przyciski i gałki. Taki sam krój czcionki i nawet kolor farby jaką jego numer został naniesiony na aluminiowy front. 

Opis zacznijmy od tyłu:

  • Mamy tu wyjścia na dwa systemy kolumn stereo oraz przełącznik – który z tych systemów ma grać. Nie mogą był włączone jednocześnie. Pierwszy system w zależności od orientacji włożonej wtyczki DIN2 może być 4Ω lub 8Ω. Drugi system tylko 8Ω,
  • wejście liniowe TAPE,
  • wejście gramofonowe z przełącznikiem pomiędzy czułością crystal ceramic / dynamic hificeramic,
  • oraz gniazda antenowe

Ciekawostką patrząc z góry jest przełącznik predefiniowanych stacji FM. Można je ustawić pokrętłami na spodzie amplitunera i wybierać poprzez dotknięcie.  Mamy 1970 rok! Niby dawno, ale jak się dłużej zastanowić, to ludzie latali już w kosmos, więc sterowanie dotykowe w amplitunerze nie powinno jakoś bardzo dziwić, ale jednak jest to niespotykany często wtedy gadżet. 

Na froncie  jest już całkiem klasycznie

  • wybór źródła (magnetofon, gramofon, radio)
  • przycisk MONO
  • contour i rausch – czyli barwa dźwięku (podbicie i obcięcie)
  • cały rząd przycisków radiowych
  • cztery pokrętła: głośność, balance, tony wysokie, tony niskie
  • pokrętło do ustawiania fal radiowych
  • przycisk włączania wraz z pomarańczową diodą

 

Kiedy włączyłem po raz pierwszy ten amplituner i pokręciłem już wszystkimi gałkami aby sprawdzić czy pracują poprawnie usłyszałem brzmienie, którego… nie do końca się spodziewałem. Byłem przekonany, że zagra on równie wybitnie co 22RH590 (to mój zdecydowanie ulubiony Philips z tamtych lat) ale brzmienie było dość odległe. 

Przez poprzednie godziny miałem spiętego referencyjnego NADa 3020 po generalnym remoncie i kiedy na scenę wkroczył Philips zrobiło się na chwilę trochę cieplej, trochę pełniej, niby przytulniej, ale dość szybko to brzmienie zaczęło mnie męczyć. Poszedłem więc spać. Pomyślałem, że jestem zmęczony.

Kolejnego dnia Philips 22RH790 podobał mi się jeszcze mniej. Brzmienie spełniało wszystkie założenia „niemieckości” (choć w tym przypadki to holender) i jego azymut właśnie tak był ustawiony. Jednak im dłużej słuchałem tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że obok 22RH590 to nie stało. 

No i wtedy zajrzałem w specyfikację.

  • 22RH790 – tranzystory germanowe AD161
  • 22RH590 – tranzystory germanowe AD149

Wcześniej byłem przekonany, że jeden i drugi jest na AD149 a tu taka niespodzianka. Czy inne tranzystory mogły aż tak wpłynąć na brzmienie? Z pewnością nie tylko, na brzmienie wpływa cały układ, cała konstrukcja oraz stopień jej zużycia. 790-tka będąc u poprzedniego właściciela zaliczyła serwis, więc zakładam, że gra mniej więcej zgodnie z intencją konstruktorów. 

Posłuchałem jeszcze tego Philipsa dwa dni. Nie kupił mojego serca jak inne, wcześniej opisywane Philipsy. Na koniec podpiąłem go pod dedykowane kolumny Philips 22RH423 – brzmienie się rozjaśniło zdecydowanie (względem Dittonów 44, na których męczyłem go wcześniej), ale za rozjaśnieniem poszło również wyostrzenie. Wiem, że jest duża grupa osób, które właśnie to lubią – ale się do nich nie zaliczam. 

Chowam tego Philipsa na półkę, może nawet postawię go pionowo jak się uda 🙂 Czy wrócę do niego? Jeśli popsuje mi się słuch to nie wykluczam 🙂