Pioneer SX-450 – WYSOKA WIERNOŚĆ ZA CENĘ ŚREDNIEJ WIERNOŚCI

WYSOKA WIERNOŚĆ ZA CENĘ ŚREDNIEJ WIERNOŚCI” – to tekst z jednej z reklam prasowych Pioneera SX-450 z końcówki jak 70-tych. Kolejny dobry materiał na żonę – można pomyśleć, gdyby wierzyć reklamom. 

Zacznijmy od ceny. Ten amplituner kosztował w 1976 roku 200$ a dokładnie – mniej niż 200$ czyli najdłużej jak tylko się dało dystrybutorzy trzymali cenę 199$ aby móc reklamować się hasłem, że to najtańszy sprzęt HIFI. To naprawdę tanio. Ilekroć sprawdzam oryginalne ceny sprzętów, które dziś chodzą po bardzo różnych cenach (od 200 zł do 20.000 zł) to niemal zawsze w swoich czasach kosztowały mniej więcej, 400-1000$. Ale ten Pioneer SX-450 miał prawo, a nawet obowiązek być tani, to był entry level, model otwierający katalog. Najtańszy z całej gamy Pioneerów lat 70-tych.

 

 

Poniżej tłumaczenie ulotki:

Amplituner Pioneer SX-450: Wysokiej jakości alternatywa dla kompaktowych systemów

Jeśli marzysz o wejściu w świat hi-fi, ale nie chcesz wydawać fortuny, z pewnością rozważałeś kompaktowe systemy audio. Choć są one dostępne w przystępnej cenie, często muszą ustąpić pod względem jakości dźwięku. Nie musisz jednak rezygnować z wiernego odtwarzania muzyki, by zaoszczędzić.

Pioneer SX-450 to propozycja dla tych, którzy szukają wysokiej jakości dźwięku w przystępnej cenie. Ten amplituner oferuje parametry i funkcjonalność, które znacznie przewyższają konkurencyjne modele w podobnej klasie cenowej.

Co wyróżnia SX-450? Przede wszystkim imponująca moc wyjściowa 15 watów na kanał przy zniekształceniach harmonicznych poniżej 0,5%. Szeroki zakres częstotliwości i zaawansowane regulacje tonów gwarantują precyzyjne odtwarzanie muzyki. Dodatkowe funkcje, takie jak selektor dwóch par głośników czy gniazdo mikrofonu, zwiększają jego uniwersalność.

Ale SX-450 to nie tylko liczby. To urządzenie, które zapewnia bogate, szczegółowe i przestrzenne brzmienie. Aby naprawdę docenić jego możliwości, warto posłuchać go w sklepie, podłączonego do wysokiej jakości głośników i gramofonu.

Dlaczego warto wybrać SX-450? Ponieważ to wysokiej jakości komponent, który pozwoli Ci zbudować system audio o doskonałym brzmieniu, a wszystko to w budżecie przeciętnego kompaktowego systemu.

Pioneer SX-450 to doskonała propozycja dla osób, które chcą cieszyć się wysokiej jakości dźwiękiem bez konieczności wydawania dużych sum pieniędzy. Jeśli szukasz amplitunera, który zapewni Ci wiele lat satysfakcji, warto bliżej przyjrzeć się temu modelowi.

 

Jak widać po powyższym tekście marketingowy bullshit istniał od kiedy istnieje handel, czyli od kiedy istnieją ludzie. Niezależnie od intelektu copywritera, czy edytora zapytań do AI – te teksty na przestrzeni 50-lat niczym się nie różnią i pisane są wg tego samego wzorca. 

Skąd więc tak ogromna popularność Pioneera SX-450? Odpowiedź jest prosta – ten amplituner faktycznie ma niemal wszystko!

  • Ma rewelacyjną cenę 200$. A cena jest kolosalnie ważna. Jeżeli klient nie rozumie różnic to zawsze wybierze tańsze rozwiązanie. 
  • Ma rewelacyjny wygląd. Jego budowa niewiele różni się od amplitunerów kilkukrotnie droższych. Wizualnie ma wszystko, aby do dziś dnia być klasykiem stylu vintage. (pseudo)drewniane boczki, chromowane gałki, podświetlana skala. 
  • Ma wszystkie potrzebne funkcje. Radio, wejście na gramofon, tape monitor, aux, dwie pary kolumn, regulatory barwy, loudness.
  • Jest solidnie wykonany. Po prawie 50-latach każdy z czterech egzemplarzy, które trzymałem w swoich rękach był sprawny i w jednym kawałku. To naprawdę sztuka. Bo bywają piękne amplitunery, dla których przetrwać 50 lat to jak zaliczyć wizytę w pracującej betoniarce. Co więcej – japońskie kondensatory sprzed pół wieku trzymają parametry wielokroć lepiej niż te montowane w Europie.
     

Czego więc nie ma?

  • Wysoka jakość dźwięku. A któż by o to dbał, skoro powyższe 4 parametry są na TAK.

Aby być uczciwym – to nie jest tak, ze Pioneer SX-450 brzmi źle. Nie! Gdyby brzmiał źle, nie sprzedałby się w takiej liczbie. On brzmi zadowalająco.  Czyli średnio. Ale jednak zadowalająco. On trafił genialnie w punkt. Wszystkie jego cechy (cena, wygląd, funkcjonalność, jakość wykonania i jakość dźwięku) są sumarycznie bardzo wysokie, dzięki temu stosunkowo słaby ostatni parametr niewiele psuje średnią.

I to jest właśnie to marketingowo-wizerunkowe „oszustwo”. Dlatego w cudzysłowie, bo przecież ostatni parametr jest niemierzalny! Średnią psuje tylko i wyłącznie parametr subiektywny. Dlatego, jeżeli komuś ten amplituner gra cudownie to stawia mu również najwyższą ostatnią oceną i ma pełne *****/***** czyli pięć gwiazdek na pięć możliwych. 

Jak więc ten Pioneer SX-450 gra w moim subiektywnym odczuciu?

Gra zadowalająco. Tak jak wspomniałem – miałem u siebie w różnych okresach życia cztery różne egzemplarze. Każdy grał tak samo, więc nie ma mowy o tym, że któryś był mniej sprawny. I każdy grał tak, że nie byłem w stanie go pokochać. Każdemu coś brakowało. Ale nie na tyle, aby go odłączać zaraz po połączeniu. Słuchałem ich tygodniami i to na bardzo różnych kolumnach. Na Tannoyach, Tandbergach, Grundigach, KEFach, Celestionach i nawet na Audio Physicach. I za każdy razem, tuż obok stał wzmacniacz, który po podłączeniu grał lepiej. Ze wszystkich potyczek 1:1 z przeciwnikiem z podobnej kategorii cenowej Pioneer SX-450 wychodził minimalnie lub bardziej niż minimalnie przegrany. Jeżeli ktoś śledzi, przynajmniej od czasów Kubicy, Formułę 1 – to Pioneera SX-450 można porównać do Nicka Heidfelda – niby dobry kierowca, multum startów w wyścigach, wiele razy na podium, ale nigdy na najwyższym. 

Pioneer SX-450 jest Nickiem Heidfeldem świata HIFI. 

Za słaby aby wygrać, ale za dobry aby go ignorować.

Trochę celowo tak długo nie pisałem o charakterze brzmienia w mojej opinii, bo każdy ma te granice poustawiane trochę inaczej i chciałem uniknąć przedwczesnego szufladkowania. Z niektórym kolumnami jest zbyt ostro na górze, z innymi generalnie za sucho, a jak już trafią się na tyle odpowiednio zestrojone kolumny, które zabezpieczą same przez siebie oleistość brzmienia (odwrotność wspomnianej suchości) i ujarzmią górę to nagle zaczynasz czuć kotarę między słuchaczem a sceną. Z pewnością istnieją na świecie takie kolumny, które będą z SX-450 małżeństwem doskonałym, ale ja ich jeszcze nie znalazłem.

Powyższy akapit dotyczy wyłącznie potyczek w świecie vintage. Tam jest mocna konkurencja. Ale gdyby tego budżetowego Pionierka zestawić z nowym sprzętem w cenie do 5000 zł to myślę, że niejednokrotnie wygrałby zarówno kwalifikacje jak i cały wyścig… no ale niestety… nowe HIFI to już nie seria F1.  

Na koniec opiszę największą bolączkę SX-450. Tą bolączką są …. łuszczące się pseudodrewniane boczki. Aby zrobić cenę poniżej 200$ nie mogło to być drewno, ale zastosowano płytę wiórową oklejoną folią drewnopodobną. W 1976 roku efekt był pewnie taki sam jakby było do drewno. Ale po niemal 50 latach każdy, dosłownie KAŻDY boczek się złuszczył. Nie spotkałem ani jednego Pioneera SX-450 z oryginalną okleiną boczków. Ale ich rekonstrukcja nie jest trudna. To zwykłe prostopadłościany bez zdobnych frezów, mocowane na dwie śruby i bolec. Wystarczy zaliczyć rysunek techniczny na Politechnice na mierną, aby dać radę je odtworzyć. Można też obłożyć je szlachetnym fornirem – co uczyniłem w dwóch swoich egzemplarzach. 

Ale wtedy to już nie będzie 200$ a 225$ 🙂

Celestion Ditton 44 – Killing me softly

Ten wpis jest tworzony na raty.

Celestion Ditton 44

Mijają dwa tygodnie od kiedy mam i słucham Celestion Ditton 44 przywiezione osobiście od Marcina z Charlie Studio z Warszawy.  I ciągle nam te kolumny mniej więcej na poziomie trzeciej randki. Choć przesłuchałem kilkanaście wzmaków… Ciężko jest mi stworzyć jeden spójny wpis na ich temat, proustowski strumień świadomości będzie lepszym rozwiązaniem. Zbieram notatki na ich temat z ostatnich dni.

Notatka nr 1

Celestion Ditton 44 to nie są kolumny, które dają pięścią w twarz. Nie wciskają w fotel przy pierwszym odsłuchu. Dla osób zakochanych w nowoczesnym soundzie grają zbyt vintagowo, a dla miłośników seventisów – są paradoksalnie zbyt dobre, zbyt ponadczasowe, wręcz zbyt nowoczesne.

W każdym razie nie są ani skrajne ani kontrowersyjnie. Dlatego tak trudno było pozbierać emocje pierwszego wrażenia.

Kiedy trafiły do mojego salonu musiały się rozepchać łokciami między dwiema moimi miłościami: Ditton 15 z szalejącą membraną bierną oraz KEF Concerto – dojrzałym i dostojnym prostopadłościanem, który całe lato słuchałem o wschodzie słońca czytając Historię Jazzu (to nie jest pseudopoetycki żart, tak było)

Pierwsze wrażenie: poszukiwania wulgarnego basu. … kiedy jesteś Dittonem 15 czyli kiedy jesteś mały to chodzisz na koturnach. Kiedy jesteś Dittonem 44 to możesz chodzić na boso, a i tak nikt nie ciebie małym – to nie kampania prezydencka.

Notatka nr 2

Dittony 44 konsekwentnie przesuwają się w kierunku kolumn wybitnych. W głowie mam coraz bardziej namieszane, bo nawet ze wzmakami, których nie uważałem za bardzo dobre, Dittony grają tak, że brak pytań. Podpiąłem je pod demona czyli Huldrę 10 ze stajni Tandberga. Siedzę trzy godziny i słucham. Obok stoi sztapel wzmacniaczy do odsłuchania, ale nie mam potrzeby nic zmieniać.  Zestaw gra czysto i detalicznie, a dół jest naturalnie dociążony przez objętość kolumn. Żadnego żyłowania wyniku.

Notatka nr 3

[To nie zwykła notatka, ale poranna prywatna odpowiedź na nocną dyskusję z Kamilem z Pszowa (brzmi, jak ze Zbyszkiem z Bogdańca) na temat D44. Bo wieczorem się tak zamieszałem, że poszedłem spać. ]

Reset i od początku.

Ditton 44 kiedy je przytargałem zaskoczyły mnie swoim … spokojem. Ditton 15 są bardzo wyrywne. Z dobrym prądem potrafią trząść pokojem. Do tego cudowny tweeter. Moje zaskoczenie polegało na tym, że nie jest to to samo odczucie spotęgowane proporcjonalnie do rozmiaru kolumny, ale jest ona inaczej zestrojona. Ditton 15 to paker prężący muskuły, ale niewielkiego wzrostu. Zmieniając je na Ditton 44 można było oczekiwać, że to będzie Schwarzenneger. A tu ciekawostka… dostaliśmy wysokiego, bardzo proporcjonalnie zbudowanego angielskiego lorda. Jest silny, ale nie jest przesadnie muskularny. To było zaskoczenie.

Dittony 44 grają w każdym aspekcie na TAK
 

  • wypełniają pokój dzwiękiem z sposób całkowicie swobodny i niewymuszony
  • są GENIALNE w jazzie
  • są bardzo dobre w każdej muzyce.
  • bardzo dobrze grają z WIĘKSZOŚCIĄ wzmacniaczy
  • spośród tych, z którymi dobrze graja najlepiej sprawdzają się te stonowane, neutralne, grające całkowicie naturalnie i jednorodnie, takie, które z innymi kolumnami grały „bez jajec” trochę. W wypadku Ditton 44 – to kolumny mają jaja, wzmacniacz im ma raczej nie przeszkadzać. Jeśli dodamy im wzmacniacz z jajami to mamy jedno spójne ciało z czterema jajami…. trochę za dużo.
  • kręcenie bas-sopran-loundness kaleczy dźwięk w większości wzmacniaczy. I mówię to nie z powodu audiofilskich przesądów, bo jak mnie znasz, nie stronię od poprawy barwy dźwięku gałkami, tutaj naprawdę w większości przypadków takie kręcenie pogarsza globalny odbiór dźwięku.

Moje przypuszczenie względem intencji konstruktów Celestionów jest takie:

Ditton 15 – dajmy im kopa, dajmy im koloru, zestrójmy je tak, że ludzie będą się dziwić że takie niewielkie kolumny grają tak znakomicie.

Ditton 44 – mamy tak dużą skrzynkę i trzy przetworniki, że nic nie musimy udowadniać, po prostu nie zespsujmy rewelacyjnego dźwięku.

I coś tu jest na rzeczy, bo w zwrotnicy D44 oraz D66 nie ma ani jednego rezystora. Tylko i wyłącznie kondensatory i cewki robiące za filtry górno i dolnoprzepustowe. ŻADEN z głośników nie jest ściszany albo podgłaśniany względem reszty przez użycie rezystorów, które występują w zdecydowanej większości zwrotnic głośnikowych. Czyli każdy z trzech głośników w kolumnie jest idealnie względem siebie dobrany. Być może dlatego dźwięk na zero naprawdę brzmi najbardziej naturalnie.

 

 * * *

W tym opisie nie ma epilogu. Celestion Ditton 44 zostaną ze mną na bardzo długo. A jak tylko zniknie świąteczna choinka to obok nich staną KEF Concerto i rozpocznie się przepinanie kabli między dwoma charakterami. 

Philips F 4212 – Magia wycieraczek

Philips F 4212 

Kiedy kupowałem ten wzmacniacz jakieś dwa lata temu tłumaczyłem sobie, że może zagrać całkiem fajnie, bo czemu nie miałby być hitem za 200 zł na miarę Sanyo JA220 czy Grundigów serii V7000 i podobnych? 

Ale prawdziwy powód był oczywiście inny: wycieraczki 🙂 

Mógł mieć porysowaną pokrywę, łuszczącą się farbę na pokrętłach, ale musiały działać wskazówki pokazujące VU – czyli tzw. jednostkę głośności (volume unit). Działa on z pewną bezwładnością i pomija zasadnicze peaki dźwięku i generalnie jest bezużyteczny do mierzenia poziomu dźwięku ALE, co najważniejsze – bardzo ładnie wygląda.

Dwie wskazówki, kanał lewy i kanał prawy, hipnotyzująco tańczą w rytm dźwięku. Słuchasz i patrzysz i napatrzeć się nie możesz. 

Nie jest to domena drogich wzmacniaczy, jak piszą audiofilskie fora, nie jest to również wskaźnik ekskluzywności. Wręcz przeciwnie – wiele tanich modeli rozpoczynających serię miało właśnie takie analogowe mierniki. Na przykład Akai AM-U1, czy podstawowy Philips sprzed lat.

Szczerze mówiąc nie pamiętam czemu tytułowy Philips F 4212 szybko trafił na półkę. Może po prostu dlatego, że z pudełek z lat 80-tych Sanyo JA 220 zagrał o wiele lepiej? A może nie dałem mu zbyt wielu szans. 

Dziś go odgrzebałem celem sprzedaży i zwolnienia miejsca na kolejne sprzęty. Podpiąłem na początku pod KEF Cantor i zagrał tak sobie. Klasycznie nijak. Posprawdzałem wszystkie wejścia i wyjścia, grał bez zastrzeżeń.

Zrobiłem opis i wystawiłem na sprzedaż. Chwilę potem postawiłem go obok choinki aby pomachał wycieraczkami razem z lampkami. No i podpiąłem go do moich nr 1 obecnie czyli Celestion Ditton 44. I co się okazało? Magia Świąt… siedzę i słucham. Opcje są dwie:

  • albo ten Philips gra całkiem przyzwoicie, nie koloryzuje dźwięku, nie też nie spłaszcza
  • albo Dittony 44 to ultra wszechstronne kolumny wyciągające wszystko co się da z przeciętnych, tanich wzmaków.

Na platformie sprzedażowej ten bujający wycieraczkami tani Philips stał niecałe dwie godziny. Pogadałem chwilę z kupującym na temat jego brzmienia, że to jednak lata 80-te, że Philipsy dekadę starsze mają w sobie więcej czaru, ale też są bardziej skore do awarii z racji wieku. W końcu nastąpiło przyznanie się do prawdziwych intencji:

– Przecież ja i tak kupuję go dla wycieraczek! 

😀 

Tandberg TR 2025 – Love at First Sight

Są wzmacniacze, które grają zupełnie inaczej niż wyglądają. Takim przykładem są chociażby Grundigi z lat 80-tych, w szczególności tzw. „seria portugalska”. Wyglądają jak Fancy śpiewający Flames of Love, ALE grają jak Leszek Możdżer. Jest też wiele wzmacniaczy natapirowanych niczym grupy power metalowe, a grające sucho i płasko. 

I jest też norweski Tandberg. 

Mam wrażenie, że w Polsce stary sprzęt Tandberga (do 1978 roku) cieszy się ponadstandardową estymą. Może dlatego, że wielu Polaków pracujących w Norwegii kupuje je tam taniej i zwozi do Polski. Mając zapewnione dobre połączenie POL-NOR można by dobrze zarobić na ściąganiu Tandbergów do Polski. Ale powód takiego traktowania Tandberga jest jeszcze inny. Amplitunery tej marki wyglądają obłędnie!! Lecz nie tylko wyglądają… one również grają obłędnie. 

Pierwszym Tandbergiem, którego słuchałem był model TR 2025 MB, czyli wersja 25 Watt, zaś literki MB oznaczały „multiband” – czyli tuner odbierający zarówno fale LW, MW jak i FM. Amplituner nie był mój, miałem go tylko na kilka dni i nie wiem jak zgrałby z moim dzisiejszym doświadczeniem, ale wtedy… doznałem przysłowiowego uderzenia obuchem w łeb.

Na początku usłyszałem je spięte z Audio Physic Sitara – totalny mezalians. Nowe kolumny i vintagowy amplituner. Ale muzyka zgrała inaczej, jakby pełniej. Pamiętam jak stałem oparty o kanapę u sąsiada i knułem, jak go mu wyrwać na kilka dni aby posłuchać w spokoju u siebie. 

U siebie podłączałem go pod szereg kolumn. W tym niższe modele głośników Tandberga. Z każdym z nich grał bajecznie, ograniczony jedynie możliwościami kolumn. No i wyglądał jak milion norweskich koron. 

W następnych miesiącach przewinęły się przez mój system wyższe modele: TR 2030, TR 2055, oraz TR2060. I odnosiłem wrażenie, że każdy kolejny, wyższy model wcale nie gra lepiej. Z pewnością ma więcej mocy, ale jeżeli chodzi o barwę i lekkość brzmienia to TR 2025 wciąż był moim faworytem. 

Może zadziałało tutaj prawo pierwszego wrażenia, a może tak jak we wspomnianej „portugalskiej” serii niemieckich Grundigów – począwszy od V7000 aż do V7500 każdy kolejny, wyższy i droższy model był gorszy od poprzednika?

Aby się tego dowiedzieć musiałbym zgromadzić ponownie choć część z nich na równoległe testy. A nie jest to wykluczone, bo od kilku dni nie mogę się nasłuchać Huldry 10 spiętej z moim „Ticket to the Moon” czyli Celestion Ditton 44.

Huldra 10 + Tandberg TL 2520

Za każdym razem, kiedy podłączam jakikolwiek sprzęt marki Tandberg chwyta mnie pewien smutek. Czasy, w których rozwijały się największe marki HIFI w drugiej połowie ubiegłego wieku w pewnym aspekcie były ekscytujące. Świat audio tworzyli nie biznesmeni, nie fundusze inwestycyjne, a zwykli inżynierowie, którzy pierwsze „skrzynki” tworzyli w garażu, a za ich sukcesem nie stał ani dobry biznesplan, ani marketing. Za ich sukcesem stał inżynierski geniusz i produkcyjna uczciwość. To byli ludzie, którzy nazywali swoje firmy od własnego nazwiska nie z powodu megalomanii, a wręcz przeciwnie, stała za tym ogromna odpowiedzialność: za produkt, za jego jakość i trwałość. 

Takim człowiekiem był Vebjørn Tandberg, norweski inżynier, założyciel firmy Tandberg

Dlaczego chwyta mnie smutek, kiedy o tym myślę?

Wikipedia jego śmierć w 1978 roku opisuje tak:

„Jego życie zakończyło się w tragicznych okolicznościach – samobójstwie – po tym, jak problemy finansowe i wynikające z nich manewry polityczne pozbawiły go kontroli nad przedsiębiorstwem. Następnie  (po samobójstwie) Tandbergs Radiofabrikk ogłosił upadłość i przeszedł reorganizację korporacji.”

Inne źródła opisują to dosadniej. W Norwegii lewicowy rząd zmusił duże firmy do założenia związków zawodowych, oraz udziałów w przedsiębiorstwie. Założyciel firmy w efekcie tych zmian stracił nad nią kontrolę i bezradnie patrzył jak nowy prezes zarządza firmą. Jakość produktów drastycznie spadła. Amplitunery zaczęli projektować księgowi. Klienci nie byli głupi i przestali je kupować. Vebjørn Tandberg nie mogąc pogodzić się z tym co dzieje się  z firmą noszącą jego nazwisko 30 sierpnia 1978 roku uszczelnił drzwi wjazdowe do garażu i uruchomił swoje Volvo… Niedługo później nieudolnie prowadzona firma zbankrutowała.

Od kiedy przeczytałem tę historię, za każdym razem kiedy wpinam sprzęt Tandberga w swój system myślę o sekwencji tych tragicznych wydarzeń. 

* * *

Moje pierwsze spotkanie z Tandbergiem? Kolumny TL 1520. Kupiłem je w komisie meblowym w Sopocie. Loppis Pchli Magazyn Sopot. Warto tam zaglądać, tym bardziej tuż po dostawie. Sprzęt jest w różnym stanie, takim w jakim został przywieziony ze szwedzkich salonów razem z meblami, na których stał, ale za to ceny są bardzo dobre. Niestety odwiedzają też to miejsce trójmiejscy handlarze, którzy dosłownie dzień później po kupnie i przetarciu ściereczką wystawiają kupione tam sprzęty w 2 x wyższej cenie okraszone ładnymi zdjęciami i opisem: „sprzedaję sprzęt ze swojej kolekcji zbieranej latami….” 

Kolumny Tandberg TL 1520 to niewielkie dwudrożne drewniane skrzyneczki, które… zagrały tak poukładanym dźwiękiem, że moją pierwszą myślą po ich kupnie było: „chcę więcej!” Po kilku tygodniach w moim filtrze na olx pojawiło się powiadomienie, że o rozmiar większe kolumny czyli Tandberg TL 2520 są do kupienia w Warszawie…

Następnego dnia z Warszawy miał wracać mój sąsiad. Kiedy rano zadzwoniłem do sprzedającego okazało się, że ktoś zarezerwował już te kolumny i ma zadzwonić do 10:00. Ale jeśli nie zadzwoni to… droga do Gdańska stanie otworem. Akcja była na wariata. Wyprosiłem sprzedającego, aby za dodatkową opłatą, którą oczywiście poniosłem dowiózł Uberem te kolumny w miejsce, z którego odjeżdżał za chwilę mój sąsiad. Odliczałem do 10-tej… Udało się. Tandbergi owinięte w dwa całkiem dobre ręczniki (używam ich od dziś) dojechały do mnie w sobotnie popołudnie. 

Dane techniczne:

  • Rozmiar (WxHxD): 297 x 526 x 220 mm
  • Waga: 9,15 kge
  • Typ: kolumna 3-drożna, zamknięta
  • Woofer: 200 mm cone
  • Midrange : 100 mm cone
  • Tweeter: 50 mm cone
  • Moc (nominal / musical): 40 W / 65 W
  • Skuteczność: 96 dB / 4 W / 1 m
  • Częstotliwość: 38 – 20’000 Hz
  • Impedancja: 8 Ohm

Kiedy do mnie dotarły na szafce stał akurat Luxman L-190. I pamiętam, że kiedy połączyłem ten sprzęt ze sobą doznałem uczucia jakby świat dookoła stanął. Dzieci biegały, obiad się gotował, przytakiwałem żonie, a z Tabdbergów słuchałem Mozarta. Wiem, że to brzmi głupio i pretensjonalnie, ale przez 5 godzin non-stop słuchałem Mozarta. 

Brzmienie nie było ani jakoś bardzo potężne, ani bardzo detaliczne, nie było pod żadnym względem lepsze od innych sprzętów, które znałem, ale było bardzo wciągające, miało w sobie mnóstwo powietrza, nie było zbyt gęste. Każdy dźwięk miał swoje miejsce w matrycy i z łatwością mogłem lokalizować instrumenty. 

Kilka tygodni później trafił w moje ręce (nie mój) amplituner Tandberg TR 2030. Miałem go tylko kilka dni, ale mam wrażenie, że lepszego ampli Tandberga już później nigdy nie usłyszałem. TR 2060 mimo dwukrotnie większej mocy nie grał wcale lepiej. TR 2055 też bez szału. Z pewnością to kwestia oczekiwań. Ten pierwszy trafił do mnie bez żadnych oczekiwań, ale kolejne miały grać znacznie lepiej. Grając tylko trochę lepiej – rozczarowywały. 

Przez mój system przewinęło się jeszcze kilka różnych par kolumn i amplitunerów Tandberga. Część z nich gra do dzisiaj u moich znajomych. A ja poszedłem dalej ścieżką niemiecko-brytyjską i trochę zapomniałem to Tandbergu. 

Dwa dni temu spiąłem ze sobą amplituner Tandberg Huldra 10 i kolumny TL 2520.

Włączyłem album „jazz pa svenskaJana Johanssona z 1964 roku. Ja wiem, że Norwegia i Szwecja to dwa inne kraje, ale graniczą ze sobą i są na północy. 

Idąc za Wikipedią:

Huldra miała postać pięknej, nagiej kobiety z długimi włosami, czasami z ogonem krowim lub lisim. Można było je spotkać w lesie, w górach lub nad wodą.

Huldry pomagały ludziom pracującym w lesie lub na wodzie (rybakom, wypalaczom węgla drzewnego). Jednakże jeżeli któryś z nich się w jednej z nich zakochał – zabierały go ze sobą do swojego świata. Mogło się zdarzyć również, że huldry poślubiały ludzi, wtedy odpadały im ogony, a one same żyjąc między ludźmi unikały kościoła.

 

Huldra 10 żyje ze mną już dość długo, ale nie jestem w stanie stwierdzić, czy odpadł jej ogon, czy to ja jestem w jej świecie. Dziś na pewno zabrała mnie do swojego, a świata wspomniany Jan Johansson grał skandynawski jazz-folk cały poranek

Świat vintage audio jest tak długo fascynujący, jak długo tworzą go fascynujący ludzie. 

Umarł Król, niech żyje…. ?

Kilka osób w różnych momentach dnia pytało mnie mniej więcej tak:

-„Talon czy bilet na księżyc?!?”

Nie wiem… wciąż nie wiem. Szukam dla Celestion Ditton idealnej elektroniki towarzyszącej. Moje pierwsze emocje związane z odsłuchami były sprzeczne z drugimi emocjami. Na początku wydawały mi się KEFami Concerto z bardziej zadziorną górą, ale z czasem zaczęły nabierać jednak cech podobnych do mniejszych 15-tek. 

Te 15-tki to był mój game changer. Nagły przeskok z Grundigów 1500a prof na Celestion Ditton 15 wywrócił moje uszy na drugą stronę. Jasna i cykająca góra z Grundigów została zastąpiona równie szybkim, ale „nie cykającym” twitterem HF1300. To jeden z moich topowych tweeterów ever…

Okej, okej…. wciąż piszę o 15-stkach, a pytanie brzmiało, czy 44-ki to talon, czy bilet? 

Nie potrafię (emocjonalnie) sprzedawać swojego sprzętu, tym bardziej tego, który mi się podoba, który jest dla mnie bardzo ważny. Ale tydzień temu wyszeptałem słówko jednej osobie z podziemnego kręgu fanatyków vintage audio, że jadę po 44-ki i być może… być może… BYĆ MOŻE… będę chciał się rozstać z 15-tkami. Dziś umówiliśmy się na odsłuch. Ale taki zwykły odsłuch, bo kolega ze Starogardu właśnie kupił Telefunkena V201a (mam takiego samego) i chciał posłuchać jak gra to z Celestionami. 

No i przyjechał. Zaczęliśmy słuchać. Na początku spiąłem TFK 201a, a po chwili Grundiga V7000. Moim zdaniem o ile TFK miał taką lampową słodycz, to V7000 wyciągał z D15 wszystko, ale to wszystko, co najlepsze. 

Celestion Ditton 15 + Grundig V7000 to zestaw, który powstał po wielu dziesiątkach połączeń w różnych matrycach. Zestaw, który wyciąga maksymalnie wszystko z D15. Z żadnym innym wzmacniaczem nie usłyszałem tak głębokiego basu z tych średniej wielkości pudełek, przy jego pełnej kontroli. Karabin maszynowy skalibrowany lepiej niż 1500a prof. A do tego średnica na miejscu, bez żadnego wycofania i słodycz na górze. Ale taka słodycz jak czekolada z chilli. Chwyta Cię po 15 sekundach na języku. 

Mówię to z całą odpowiedzialnością, po raz kolejny: Celestion Ditton 15 to najlepsze kolumny w przedziale 1000-1500 zł jakie słyszałem w życiu.

– To bym wziął te kolumny….

– ….

– Gdzie jest najbliższy bankomat, chciałbym wziąć te Dittony 15.

Wydawało mi się, że Leszek przyjechał tylko aby ich posłuchać. Nie byłem gotowy na taką propozycję. Ale z drugiej strony, mam przecież mój talon lub bilet czyli D44. Nie mogę mieć tylu zestawów w salonie… a czy trzymanie Celestion Ditton 15 w garażu ma sens? Rozumiem, że można trzymać malutkie KEF Cresta w pierwszego wypustu w 1967 roku. To już coraz mniej dostępna legenda. Ale Ditton 15 jest wciąż w miarę dostępny… 

– Okej…. ale sprzedam je tylko w komplecie z Grundigiem V7000 – długo naszukałem się takiej synergii i po prostu nie można rozdzielać tego nieformalnego małżeństwa. 

Niestety dla mnie Leszek zdecydował się na zakup…

Umarł król. 

Teoretycznie powinienem zakrzyknąć: „niech żyje Ditton 44!!„, ale na to za wcześnie. 

Na puste podstawki po D15 ustawiłem kolumny Tandberg TR2520 i spiąłem z amplitunerem Tandberg Huldra 10. Jest jaśniej… nie ma tej podstawy i tego uderzenia beatu Borisa Blanka. Ale jest coś innego. Coś co już po kilkunastu minutach adaptacji ucha zaczyna wciągać i wciągać… 

Połączenie Tandberga z Tabdbergiem robi robotę. Nie po raz pierwszy sprawdzają się tzw. garniturki. Czyli zarówno spodnie jak i marynarka tej samej firmy. Mam ładnych kilka takich garniturków (B&O, ITT, Philips) które grają najlepiej właśnie ze sobą. 

 

Celestion Ditton 44 – Ticket to the Moon (?)

To nie jest wpis o tym, jak grają te kolumny. To jest wpis o tym dlaczego chciałem je mieć i o podróży aby je zdobyć.

* * *

Nie zmieniam często kolumn, robię raczej kołowrotek ze wzmacniaczami. Niektórzy mają inaczej – kilka sprawdzonych wzmaków, dobry niemiec, japończyk na 100V + transformator i lampa, i do tego kołowrotek z kolumnami. Tak ma Marcin aka Charlie Studio.  Ja od długiego czasu gram na trzech parach kolumn:

  1. Infinity Renaissance 90 – dwie czarne trumny, które będę miał tak długo aż nie wzbogacę się na tyle, aby doświadczyć jak grają z amerykańskimi drogimi systemami. Póki co napędzam je Electrocompanietem ECI5 i nie widzę dostępnej finansowej możliwości na zmianę tego duetu.
  2. KEF Concerto – czasem łącze je z utraprzestrzennym Creek 4040 S2, czasem z TFK V201a, czasem SABA Studio IIA, znam je doskonale, nauczyłem się je kochać, ale też przewidywać.
  3. Celestion Ditton 15 –  co te małe kolumny robią w moim głównym systemie? Robią dobrze. Robią tak od pierwszej chwili, kiedy je spiąłem. Robią WOW i mówię to z pełną odpowiedzialnością – kupno ich dziś za 1000-1500 zł w świetnym stanie to najlepszy stosunek jakości do ceny na rynku kolumn vintage.

Jest takie studio, w którym jest pewien człowiek, który robi to, o czym marzy każdy pracownik korpo – jest melomanem, audiofilem i stolarzem. Święta Trójca marzeń mężczyzny w średnim wieku. To studio nazywa się Charlie Studio i powoli robi się słynne na całą Polskę… baaa, nie tyle na całą Polskę. a na całą Warszawę!! … a nawet bardziej!! Jest słynne na cały Grochów! 

Moje pierwsze kolumny, które przeszły przez Charlie Studio to wspomniane przed chwilą Ditton 15. Kupując je, nie wiedziałem, że renowacją tych pudełek zajmował się właśnie Marcin od Charliego. Doszedłem do tego szukając informacji o Ditton 15 w necie, historycznych aukcji na allegro i tym tropem trafiłem na numery seryjne moich 15-tek identyczne z tymi, które widniały w portfolio „audiostolarni” z Grochowa. 

Tak trafiłem na Charlie Studio, na miejsce, gdzie jazz gra z każdego kąta studia i stolarni i można hipnotyzować się nim nawet patrząc na zdjęcia na facebooku. 

Miesiąc temu zauważyłem na profilu fb Charliego zdjęcia Celestion Ditton 44. Wziąłem kilka głębszych oddechów i … poczekałem kilka dni. Po kilku dniach nastał piątek, kiedy o 23-ciej miałem odebrać córkę z dworca PKP i czekając na pociąg i trochę nudząc się, a trochę trącając zaczepnie strunę przyszłego działania napisałem pytanie, czy te 44-ki można by jakkolwiek kupić.

Powymienialiśmy uprzejmości i każdy poszedł w swoją stronę. 

Po trzech tygodniach odświeżyłem dialog:

– Rozumiem, że 44-ki kupił fotograf? – nawiązując do aukcji na olx gdzie fotograf dittonów sprzedawał 15-tki pisząc, że przechodzi na 44-ki. 

Mam je cały czas u siebie, ale sporo chętnych – otrzymałem odpowiedź.

A jak wygląda labirynt, prowadzący do możliwości ich kupna – zapytałem

 Najpierw trzeba zadzwonić.

* * *

– Dzień dobry, dzwonię w sprawie Ditton 44…

– Ach, to Ty mój Watsonie!

Tymi słowami, przywiał mnie Marcin, kiedy zadzwoniłem po raz pierwszy. 

Na szczęście byłem dobrze przygotowany i egzamin z jazzu i prog rocka zdałem na tyle aby otrzymać adres Studia Charlie. 

Czy jest lepszy dzień na podróż po Celestion Ditton 44 niż Mikołajki?

Wstałem o 4 rano, na Grochów dojechałem niewiele po wschodzie słońca, spotkałem szalonego stolarza Marcina, zapakowałem 44-ki do bagażnika i wróciłem do Gdańska pełen obaw i nadziei.

….

Czy kupno 44-rek było dla mnie biletem na księżyc? Czy raczej talonem rekompensacyjnym od GTI Travel na odwołaną wycieczkę do Turcji? 

O tym napiszę za kilka dni.