A teraz… kamień milowy inżynierii akustycznej: Leak Stereo 30

Historię na temat wzmacniacza Leak Stereo 30 mógłbym rozpocząć na wiele sposobów.  Mógłbym opisać tę pięść w twarz przy pierwszym odsłuchu, mógłbym wejść w meandry historii marki Leak i jej założyciela Harolda J. Leaka. Albo opisać jedną z największych intelektualnych kradzieży w historii rozwoju rynku audio hi-fi. To jest temat na osobny wpis. Harold J. Leak jest na pewno geniuszem biznesu, ale pozostało wiele materiałów, że to nie do końca on, lub jego inżynierowie stoją za sukcesem wzmacniacza Leak Stereo 30.  Ale o tym innym razem. 

Dzisiaj przyjmijmy, że w 1964 roku, kiedy The Beatles wydawali trzeci album Hard Day’s Night premierę na rynku HI-FI miał wzmacniacz, który powstał z zakładzie Harolda Leaka.

Pierwsza strona broszury jest marketingowo ujmująca. Po 60-ciu latach wciąż chwyta za serce. No bo kto nie zainteresowałby się kamieniem milowym inżynierii akustycznej zbudowanym w firmie LEAK, przez Harolda J. Leaka, który podaje Ci go na tacy jak najbardziej wykwintnego homara!?

Mógłbym też zacząć tę historię od przypadkowego spotkania z jednym z audio reptilian w Biedronce. Bo my – audio reptilianie – tworzymy sektę lepszą niż wędkarze czy rowerzyści. Oczywiście też jak Ci ostatni dzielimy się na szosowców, gravelowców i kolarzy górskich. Potrafimy się wypatrzeć w sklepie czy na spacerze z psem i totalnie odciąć od świata w rozmowie na temat tego jak włożyć wtyczkę do kontaktu. To nie jest przenośnia.

Kupiłem Leaka Stereo 30 – mówię i pokazuję zdjęcie

Tak tak… Leak… to taka chińska firma?

 I tak i nie!

Dzisiaj LEAK faktycznie funkcjonuje na rynku jako brand chińskiej International Audio Group czyli firmy IAG  z siedzibą w Shenzhen. 

Na jej ulotce można przeczytać: „Po wielu latach uśpienia firma LEAK została uratowana przez IAG Group –
jednego z czołowych światowych producentów produktów audio i właścicieli
wielu klasycznych brytyjskich marek.

Ale czy bracia Bernard i Michael Chang niosą na tej samej tacy nowe wzmacniacze marki Leak niczym homara? Nie widziałem, ale nie sądzę…  Volvo kiedyś też był szwedzki… i Saab.

* * *

Przejdźmy jednak do prawdziwego LEAKa.

Miałem go na oku od dawna. Po pierwsze dlatego, że szanuję brytyjską szkołę audio bardziej niż jakąkolwiek inną. Mam NADa 3020, mam Creeka 4040, moje ulubione kolumny to marki Celestion oraz KEF. No i przede wszystkim brytyjska muzyka… warto jej posłuchać na sprzęcie, który stał w typowych podlondyńskich przedmieściach na przełomie 60/70. 

Leak Stereo 30 był dostępny jako goły Leak bez drewnianej obudowy, czyli taka wersja podstawowa. Za dopłatą dostawał swój teakowy garniturek skręcany na plecach śrubą-motylkiem. I właśnie taki chciałem mieć. Takiego szukałem przez rok na naszym OLXie i nawet był raz czy dwa, ale zanim przetrawiłem kupno to już go nie było. Na eBay to częsty gość, ale równie często towarzyszy mu opis not working, for parts only„.

W końcu trafił się taki, który w opisie miał working, not fully tested. Taki opis daje 50% szans. W zależności od punktu widzenia to mało albo dużo. Nie był przesadnie drogi, bo kosztował trochę mniej niż 100 GBP plus wysyłka i cło, czyli polski poziom… ale miał teakowy garniturek. I dawał szansę na to, że jest sprawny.

Po tygodniu dotarł. Wizualnie jak na 60-cio latka super. No i do tego w połowie działał! W połowie, czyli… działał jeden kanał. Drugi martwy. 

Ja już nawet nie biorę głębokich oddechów załamania kiedy przychodzi do mnie niesprawny sprzęt. Tak często bywa i choć jeszcze nie do końca nauczyłem się odczytywać znaki wysyłane przez sprzedawcę, to domyślnie zakładam, że sprzęt, który ma być sprawny wymaga porządnego serwisu, a ten który jest nie testowany – po prostu jest martwy. Jeżeli jest inaczej – to mamy niespodziankę na plus. Ale i tak bardzo często w tej niespodziance „na plus” trzeba wymieniać przynajmniej kondensatory, (poza kilkoma nieśmiertelnymi japońskimi samurajami).

Nie zastanawiałem się długo i Leak pojechał w podróż do Białegostoku. Żubry, duch puszczy i te sprawy, fabryka Fezz Audio i najlepsi specjaliści od vintage audio. 

 

Trafił tam na stół operacyjny i okazało się, że kilka kondensatorów nadaje się do wymiany, a w tym kanale, który nie grał – przekroczenia są krytyczne. Aby mógł grać kolejne 60 lat postanowiłem zlecić wymianę wszystkich 26-ciu kondensatorów. 

Dziś Leak, pomierzony i wypieszczony wrócił do mnie. Na szczęście okazało się, że wszystkie tranzystory, w tym dość ciężkie do dostania germany AC107, GET113, OC-44, AF118, GET538, AC127Z i AD140 są sprawne i działają jak należy.  

No i odpaliłem zawodnika…

OMG ALE DETAL! Przez pierwszą godzinę byłem nagazowany emocjami jak wstrząśnięta puszka coca-coli. Spiąłem Leaka z KEF Concerto i leciałem playlistę, którą znam na pamięć do porzygu. Dire Straits, Daft Punk,  Jamie Cullum, Jesse Cook, Sara K., Waters, Vega, Yello… i kiedy w końcu poleciała Diana Krall i 1000-krotnie wymiętoszone przeze mnie we wszystkich konfiguracjach Sway – to zrozumiałem co tutaj robi różnicę względem zrzuconego z piedestału Elaca 3400T, którego słuchałem jeszcze wczoraj. DETAL Leak Stereo 30 z 1964 roku realizuje sen audiofila – słychać jak mało kiedy wcześniej wszystkie „palcowania” po strunach, 1000 barw talerza perkusji, wszystkie westchnienia, świsty. I w tym wszystkim dalej ma duszę. Wciąż nie jest to sprzęt ze sterylnego pokoju odsłuchowego, ale taki dobry ziom, co niby pije z tobą piwo pod sklepem, ale jednocześnie gada Ci o Kierkegaardzie. Chcesz tylko w spokoju wypić to piwo, ale on do głowy sączy Ci się podstawy duńskiej filozofii romantycznej. Taki jest Leak. Detaliczny jak jasna cholera. Ale wciąż dobry ziom. 

Robię chwilę przerwy. Przepinam KEF Concerto na Ditton 15, a wejście z TUNER na TAPE AMP. W tym pierwszym działają wszystkie regulacje barwy, choć nie są absolutnie potrzebne. W tym drugim sygnał idzie tylko przez pokrętło volume na końcówki mocy. Są to końcówki mocy skonstruowane jako system dual mono ze wspólnym zasilaczem. Czy to nie jest szokujące, że już w 1964 roku ktoś wymyślił, że dla purystów audio warto zrobić jedno wejście z pominięciem sekcji barwy przedwzmacniacza? 

Leak Stereo 30 gra tak jakby stał na samym środku trasy biegu ultra Łemkowyna Ultra Trail, który miałem przyjemność biec w pierwszej edycji (70km) i drugiej (150km). Bieszczady nocą są totalnie krystalicznie czyste, przejrzyste, ciche i naturalne. Emocjonalnie czujesz się tam jak w idealnie wygłuszonym studio nagraniowym. Trącisz najdelikatniej jak potrafisz ciekną strunę emocji, a usłyszysz WSZYSTKO – usłyszysz szum powietrza, które wywołała poruszająca się ręką, szelest liści, które przesunął wiatr, własne westchnienie i trzask gałęzi pod stopą, która zmieniła balans ciężaru. 

Słuchać Leaka Stereo 30 to jak słuchać muzyki w nocy w Bieszczadach. 

Jest detalicznie, każdy szczegół widać doskonale jak gwiazdy na niebie pozbawionym wielkomiejskiej łuny. Cz jest jasno? No właśnie nie… jest detalicznie, ale nie jasno – dokładnie jak w Bieszczadach nocą. Ale jest jednak trochę chłodno. Im dłużej idziesz tą ścieżką tym bardziej czujesz jak brakuje Ci koca, kominka i szklanki z grzanym winem. Kiedy wypijesz kilka grzańców gubi Ci się detal – ale jest fajnie – taki właśnie jest Elac 3400T, który ustąpił miejsca Leakowi na ten piątkowy wieczór.

Czy Leak Stereo 30 jest Świętym Graalem?

Być może. Jeżeli wyobrazisz sobie fana NADa 3020, który pisze list do świętego Mikołaja o tym, aby pozbawił NADa wad i dał mu kilka zalet, to z całą pewnością ta osoba znajdzie pod choinką Leaka Stereo 30. Ale dla fana Telefunkena V201a lepszym prezentem będzie SABA Studio II.

Zaś każdy serwisant audio powie, że najlepszym prezentem pod choinkę byłoby, gdyby każdy wzmacniacz miał tak przemyślane serwisówki jak LEAK Stereo 30.

Elac 3300T – Legenda z Kilonii

Elac 3300T 

Mówi się o nim że to ten najbardziej legendarny z Elaców.

Tak jak pisałem w poprzednim wpisie o 3400T – Elac to firma, która rozkwitła pracując dla Kriegsmarine, a po wojnie rywalizowała o miano najlepszej marki audio w Niemczech m.in. z Grundigiem, Telefunkenem czy Sabą.

Elac 3400T otoczył mnie ciepłą zimową kołderką dźwięku. Niektórzy mówią, że jest mało szczegółowy, że detale są schowane. Może i są, ale mi ich skala natężenia się po prostu podoba. Są różne wzmacniacze, gdzie od razu wiem czego mi brakuje. Tutaj nie mówię w narracji „braków” – ale opowiadam o tym jaki on jest. Brak ostrego detalu to nie wada – ale cecha.

Jego starszy i mniejszy brat czyli Elac 2200T podobno gra jak jego przeciwieństwo – jasno i detalicznie. Tak słyszałem z opowieści, lecz nigdy nie miałem go osobiście. Ale to właśnie 3300T produkowany w latach 1969-1971 miał być tym który stanie pomiędzy i pogodzi oba style Elaców.

Zobaczyłem dwie sztuki na niemieckim eBayu, Ale zdjęcia nie były na tyle dokładne aby wybrać inaczej niż losowo. Oba kosztowały tyle samo, oba miały być sprawne, więc wziąłem pierwszego z brzegu. Po krótkiej wymianie uprzejmości i upewnieniu się, że będzie dobrze zapakowany zapłaciłem PayPalem i pozostało mi czekać…

…po półtora tygodnia dotarł. Wizualnie w stanie nienaruszonym. I nie jest to tylko synonim określający porządne zapakowanie – ALE jego stan był absolutnie nienaruszony. Wyglądał tak jakby ktoś zapakował go w Kilonii 1969 roku w wehikuł czasu i teleportował do roku 2024 w Gdańsku.

 

Nie ma ani jednej rysy, ani jednej „wgniotki„. Co więcej – on nawet nie ma śladów po palcach na przyciskach i pokrętłach. I nie mówię o tym, że ktoś go dobrze umył, bo widać kiedy sprzęt był używany, kiedy długo służył, a potem został wypacykowany. Ten egzemplarz musiał naprawdę większość czasu przez ostatnie pół wieku spędzić w pudle ,odcięty od kurzu, wilgoci i przerzucania z miejsca na miejsce.

Takie rodzynki nie trafia się często. A patrząc na jego wiek, czyli 55 lat, to taki doskonały stan trafił mi się chyba po raz pierwszy.

Drżącymi rękami wpiąłem do gniazd kable od głośników, podłączyłem źródło i uruchomiłem tę Legendę z Kilonii.

Pierwsze wrażenie? Brzmienie bardzo ale to bardzo podobne do Grundiga RTV360. Bardzo gęste, bardzo nasycone. Przy ustawieniach korektorów 'na zero’ od razu musiałem włączyć funkcję linear, czyli de facto wyłączyć defaultowego loudnessa. W wielu niemieckich sprzętach z tamtych lat jest on w domyśle włączony – trzeba użyć przycisku aby go wyłączyć.

Pamiętam że takie samo wrażenie miałem przy Grundigu RTV360, który ujarzmiony został dopiero przez kolumny (niemal od pary) czyli Grundigi 312, grające niesłychanie jasno i detalicznie.

Skręciłem basy i soprany w lewo i odważyłem się wyłączyć funkcję linear. Kręciłem dalej lewo i prawo regulatorami basu, sopranu i tonów średnich, szukając optymalnego brzmienia. Było ono potężne, pełne, nasycone ale jednocześnie bardziej detaliczne niż 3400T – wciąż jednak zdecydowanie po ciemnej stronie mocy.

Nie mogę powiedzieć, że mnie zachwyciło. Dużo bardziej – zaciekawiło sprawiało żeby wciągnąć mnie w grę. Nie padłem na kolana, ale też nie za bardzo chciałem przestać się bawić przełącznikami i szukać, ustawiać, zmieniać, testować, nasłuchiwać.

I wtedy odkryłem że regulator od wysokich tonów w połowie zakresu działa tylko na jednym kanale. Tak jakby odłączał regulację w okolicach „godziny 11” obejmując trochę wysokich tonów z prawego kanału. W lewym działał w pełnym zakresie.

Czyli … taki piękne i tak idealne, a jednak czas dotknął go swą ręką, sprawiając, że potencjometr wysokich tonów w pewnym sensie się rozwarstwił wewnętrznie i częściowe przestał stykać.

Posłuchałem go jeszcze przez kilkanaście minut i zmieniłem na 3400T aby szybko ocenić różnice.

I faktycznie 3400T na samym początku brzmiał w porównaniu z 3300 te jakby lekko „spod koca”. Czy tak było naprawdę czy tylko usłyszałem w głowie to co miałem usłyszeć? Muszę naprawić ten potencjometr barwy i zrobić dokładniejsze testy porównawcze.

ONKYO TX-220 – Mały Samuraj

Kupiłem ten amplituner ubiegłej zimy. Na podstawkach w moim salonie w tym czasie dzielnie prężyły się Grundigi 1500a professional. Kolumny grające jasno, sprężyście i audiofilsko. Podłączyłem wtedy na chwilę Onkyo TX-220 i szybko uznałem, że całość gra zbyt jasno, zbyt jałowo… Nie wyczułem żadnego potencjału w tym budżetowym japońskim amplitunerze i wystawiłem na sprzedaż. Nikt się nim poważnie nie zainteresował i kiedy ogłoszenie się zdeaktualizowało – trafił do garażowej przechowalni…

Amplituner Onkyo TX-220 produkowany był w latach 1974-1976 w Japonii. Jego pierwotna cena w latach produkcji to 1200 DM – czyli całkiem dużo!! Seria TX kończyła się na modelu TX-666 czyli znacznie wyższym niż moja 220-stka… i właśnie nabrałem ochoty aby zapolować na wyższe Onkyo z serii TX.

Skąd ta zmiana w ocenie? 

Dlatego, że posłuchałem go dziś NIE na niemieckich głośnikach, ale na tym co mam aktualnie poustawiane w salonie – czyli na klasycznych brytyjskich działach sztuki użytkowej: Celestion Ditton 15 i KEF Concerto. Idąc opinią (i praktyką jednocześnie) aby łączyć angielskie vintage’owe kolumny z niemieckimi piecami – przez ostatnie miesiące z ogromną przyjemnością zestawiałem je z różnej maści Telefunkenami, Sabami czy Grundigami, ale nie z japońcami…

Forpocztą zmiany mojego myślenia o „japończykach” był Kenwood KR-3600… wyglądał nieziemsko, i niespodziewanie nieziemsko zagrał z brytolami. Sprzedałem go na szczęście do dobre ręce, do osoby, która wie jak wykrzesać z niego iskry, lecz został we mnie pewien żal i nuta zastanowienia… bo grało to DOBRZE!

Kiedy dziś podłączyłem Onkyo TX-220 nie spodziewałem się sztucznych ogni. Fajerwerki i mruczenie Cohena prosto w ucho dał mi dwa tygodnie temu Elac 3400T. Ale… 

…ale…

…ale…

… czy to możliwe aby na KEFach (o skuteczności 96 dB) ten ciężki (11 kg) ale zwykłych rozmiarów fizycznych, nie najmocniejszy, amplituner o mocy ledwie 12W przy 8 Ohmach zagrał bardzo, ale to bardzo podobnie do Creeka 4040 S2 ?

Sekretem są tutaj wysokoskuteczne kolumy, lecz naprawdę nie każdy wzmak potrafi wykreować z siebie taką neutralność i spokój ja ten mały samuraj, ten przypadkowo połączony amplituner Onkyo TX-220.

I nie jest to tak, że zachwycam się, (jak Piotr Kaczkowski muzyką), wszystkim czego posłucham. Zdarzało mi się podłączać plastikowe wzmacniacze z lat 80-tych, gdzie mimo całego szacunku do cyberpunkowego designu – słuchanie powodowało prawdziwy ból…. 

Onkyo TX-220 naprawdę gra równo, wciągająco i bardzo audiofilsko – czyli średnica ponad skraj. Cały wczorajszy wieczór słuchałem na tych samych kolumnach legendy – NADa 3020 – a dziś ten japoński Onkyo, który miał być tylko zwierzyną do odstrzału, stanął dumnie i wyprężył pierś niczym daniel w parku Bushy, nieopodal podlondyńskiego Wimbledonu.  

On naprawdę gra jak Brytyjczyk. Nie jest ani za suchy, ani zbyt nasycony intensywnymi skrajami jak jego niemieccy rywale. 

Matryca zyskuje kolejny wymiar. Niemcy, Anglia, USA, Skandynawia, Japonia… Mnogość krzyżówek, mnogość kombinacji do przesłuchania. Gdybym nie był audio-poligamistą naprawdę mógłbym spędzić z Onkyo TX-220 długie wspólne chwile. To amplituner o niewielkiej mocy na papierze, ale w rzeczywistości grający tak jakby nikt o to nie pytał. 

Babe I’m Gonna Leave You – Led Zeppelin wstrzymuje Ci oddech kiedy czekasz na kolejne słowa wyśpiewywane przez Roberta Planta… i chyba właśnie o to chodzi w sprzęcie – aby nie był barierą między nami-słuchaczami a muzyką. A potem wchodzi Lucky Man – ELP – i nie masz pytań. 

Historia marki MIRSCH

Z czym kojarzy nam się Szwecja? 

ABBA, Surströmming, IKEA i ewentualnie Roxette. No i Spotify.

Jeżeli chodzi o sprzęt HIFI to dużo większe zasługi mają ich zachodni sąsiedzi czyli Norwegowie, ze swoim Heglem, Electrocompanietem czy legendarnym Tandbergiem. Ze Szwecji przez lata kojarzyłem markę Primare – buszującą odważnie w audiofilskim świecie po dziś, oraz vintagowe sprzęty brandu Luxor czy Sonab.

I któregoś dnia trafiłem na ogłoszenie z głośnikami marki Mirsch

– Mirsch? Kim u diabła był Mirsch? 

Czytaj dalej →

NAD 3020 – Szczur, Robin Hood, Książe Złodziei

NAD 3020 to wzmacniacz, który jest ze mną najdłużej. (Poza małym wyjątkiem, bo jest nią Unitra AT-9100, ale nie ja ją kupowałem, a moi rodzice). Tak więc jeszcze raz:

NAD 3020 to wzmacniacz, który jest ze mną najdłużej, spośród tych, które sam kupowałem. 

Na tym niedługo istniejącym blogu wspominałem go chyba najczęściej. Pojawia się już na zdjęciach sprzed 20 lat. Pojawia się, kiedy testowałem różne kolumny-wynalazki. Przez długi czas był wzorcem. Ale nie traktowałem go jak legendę. Bez skrupułów odłożyłem na półkę kiedy kupiłem Creeka 4040 S2. Bo Creek był lepszy i po wieloma względami wciąż uważam, że jest lepszy. 

NAD 3020 taki książę złodziei. Tytułowy Robin Hood. Kiedy pojawił się na rynku w 1978 lub 1979 roku kosztował mnie więcej tyle co każdy budżetowy wzmacniacz otwierający najtańszą linię sprzętów danej firmy. W Niemczech było to mniej niż 400 DM. Opisywane przeze mnie Elaci czy Telefunkeny dekadę wcześniej kosztowały ponad 1000 DM – dziś można je kupić za 200-300 zł. Za to NAD 3020 kosztujący ówcześnie kilka razy taniej dziś kosztuje około 1500 zł.

Zanim NAD czyli New Acoustic Dimension wypuścił na rynek swój najbardziej legendarny model, miał w swojej ofercie, jak wiele firm z tamtych czasów, głównie klasyczne amplitunery, swoją drogą świetnie grające, ale czasy się zmieniały, na scenę muzyczną z impetem wkraczały punkrockowe bandy jak Sex Pistols czy The Clash, dinozaury prog rocka odchodziły jeden po drugim. King Crimson zawiesiło działalność, Genesis zaczęło grać pop, Peter Hammill zamienił się w Nadira… Wojna monster receiverów czyli amplitunerów większych, droższych, o coraz większej mocy i bardziej jaskrawych żaróweczkach wkraczała w erę upadku. Padały wielkie firmy, niektóre zupełnie przestawały istnieć, inne przebranżawiały się lub po prosty sprzedawały nazwę. Aby utrzymać się na rynku trzeba było być jak szczur w erze konających dinozaurów

I właśnie wtedy Bjoern Erik Edvardsen, norweski inżynier pracujący dla angielskiego NAD’a zaprojektował małego szarego szczura. Miał być tani w zakupie, epatować brzydotą i kąsać do krwi tłuste koty mijającej epoki. Miał być Robin Hoodem, księciem złodziei, miał pokazać Anglii borykającej się z kryzysem, że nie trzeba płacić haraczu za dobre HIFI, nie trzeba utrzymywać zastępu dyrektorów, designerów, nie trzeba płacić za coraz większe moce i lakierowane drewno. Ale jednocześnie mieć dobre audio. Bez blichtru i na każdą kieszeń. 

Tym szczurem był NAD 3020

NAD wygrał wszystko co miał wygrać.  A wystarczyły ledwie i aż dwie rzeczy: był tani i dobry. Jak jesteś tani i dobry, to możesz być nawet brzydki a twoja uroda stanie się atutem, znakiem rozpoznawczym. Wybaczy Ci się byle jakie rozwiązania, plastikowy front i trochę przypadkowy montaż. 

Mój szczur, książę złodziei był jest ze mną od 20 lat. Kupiony za około 200-300 zł, zniósł dzielnie wszystkie przeprowadzki i dekadę w szafie kiedy w ogóle nie bawiłem się sprzętem – a zmieniałem pieluchy kolejnym dzieciakom. I nigdy nawet przez myśl nie przyszło mi aby go sprzedać. 

* * *

W czasach leżenia na półce trochę zmarniał. Nie był karmiony prądem i kondensatory zaczęły wariować. Potrafił zagrać, ale czerwone diody wysterowania tańczyły swój prywatny taniec. Czasem przerwał jakiś kanał, czasem coś zaszumiało.

No i pojechał do najlepszego w Polsce SPA dla wzmacniaczy, do Białegostoku. 

Sam chciałbym kiedyś, aby ktoś mnie tak pomierzył i powymieniał zużyte elementy. Niestety to NAD 3020 ma dużo większą szansę przeżyć mnie, niż ja jego. 

Wymienione zostało co następuje

  • Kondensatory toru audio Nichicon FG    
  • Kondensatory zasilacza preampu Matsushita FC
  • Kondensatory zasilacza głównego Nichicon FW       
  • Tranzystory sterujące (parowany, dobrany komplet)  
  • Potencjometry regulacyjne precyzyjne
  • Led, śruby tranzystorów mocy, rezystor
  • taśmy, rurki, pasty…

32 godziny pracy. Każda z nich przywracała tego angielskiego szczura do czasów świetności. Finalnie doszedł do takiej formy, że znów bez problemu może polować na koty 🙂

Kiedy wrócił do mnie tydzień temu byłem w totalnym amoku słuchania gęstego, tłustego, bujającego basem Elaca 3400T.  Po przełączeniu na NADa – jak napisałem w poprzednim wpisie – poczułem się jakbym nagle zastąpił tłustą goloneczkę potrawą z tofu. 

Do odsłuchu w obu przypadkach używałem kolumn KEF Concerto oraz Celestion Ditton 15. 

Elac i NAD zagrały jak woda i ogień, jak dzień i noc. A z doświadczeń ostatniego 20-lecia wiem, że NAD nie jest wzmacniaczem wybitnie jasnym, raczej jest sprzętem stawiającym na tworzenie atmosfery w ramach audiofilskich marginesów. Stąd jego sukces. Nikt z audiofilskiej braci nie może znaleźć argumentu aby się do niego przyczepić, z racji legendy – nie wypada go o nic oskarżać, a wszystkim innym się po prostu podoba. Szach mat.

Ja potrzebowałem tygodnia aby ponownie się do niego przekonać. Przekonać do takiego naturalnego NADa  z regulatorami barwy na zero i bez wciśniętego loudness. NAD i Elac grają kompletnie inaczej i każdy fajnie na swój sposób. Elac to dociążenie, barwa, gęstość, mruczenie Leonarda Cohena prosto do ucha. Zaś NAD to popis 800-metrówca.  Nie jest ani sprinterem, ani długodystansowcem. Ale jest mistrzem świata na swoim dystansie. Z jednej strony ma absolutnie wszystko co powinien mieć sprzęt doceniany przez audiofilską brać czyli odpowiednią przestrzeń, powietrze, szczegółowość, ale potrafi zrobić to co Peszko kiedyś robił w reprezentacji w piłki nożnej – czyli atmosferę

Po południu słuchałem winyla Chet – Cheta Bakera na Telefunkenie V201a i Dittonach 15, zaś wieczorem na NAD 3020 i KEF Concerto. 

W obu przypadkach grało to tak, że po prostu morda mi się cieszy, że jestem tu i teraz i takie mam właśnie hobby, a nie np. wędkarstwo. 

Ten szary szczur będzie ze mną do końca życia. 

Elac 3400T – Kriegsmarine

Zdecydowana większość niemieckich firm audio swoją potęgę budowała w czasach WW II. Kiedy my odbudowywaliśmy zniszczone przez Niemców miasta, za zachodzą granicą firmy robiły pivota i zamiast produkować urządzenia dla wojska – wkraczały z przytupem w elektronikę użytkową. 

ELAC Electroacoustic to jedna z tych firm. 

W czasie II wojny światowej Elac ściśle współpracował z Kriegsmarine budując na niej – jak sama nazwa wskazuje – urządzenia elektroakustyczne zatrudniając 5000 osób. Po wojnie firma przez chwilę nie mogła się zdecydować i weszła nawet w budowę… siewników, ale szybko wróciła do urządzeń elektroakustycznych, ale już nie dla wojska, a dla szybko bogacącego się niemieckiego ludu. Dzisiaj główną gałęzią (o ile nie jedyną) są kolumny głośnikowe. Kiedy mówisz do kogoś słowo „ELAC” – odpowiada Ci zazwyczaj „tak tak, dobre kolumny robią„. 

Ale na przełomie lat 60/70 Elac robił także amplitunery. Co więcej, są to amplitunery cieszące się ogromnym prestiżem i renomą, jednak… w bardzo wąskich środowiskach. W pewnym sensie są wciąż nieodkryte.  A jak grają? Słyszałem legendy, że znakomicie, że jest to poziom 5 razy droższych odkrytych już Telefunkenów czy Grundigów. A dlaczego są 5 razy tańsze? No właśnie dlatego, bo są nieodkryte! Tylko nielicznie wiedzą o ich magii. 

Ja na swojego pierwszego Elaca polowałem kwartał. I kiedy w końcu kupiłem 3400T na ebay, dosłownie dzień później pojawił się na OLX drugi, tuż obok mnie… Ech… w głowie 1000 myśli, co będzie jeśli ten z eBay dojdzie zepsuty? A w międzyczasie ten z Gdyni się sprzeda? Za duże ryzyko, trzeba brać drugiego….

Elac 3400T (z drewnianą obudową) i Elac 3401T (na biało) różnią się tylko suwakiem, którym regulujemy poziom wzmocnienia dźwięku quadro

I kiedy dotarł pierwszy z nich, kiedy podpiąłem go pod Celestion Ditton 15… siedziałem 3 godziny i słuchałem nie mogąc wyjść z podziwu jak może grać wzmacniacz za 200-300 zł. To jest właśnie TO uczucie kiedy wszystko się ze sobą spotyka w tym punkcie, w którym właśnie jesteś. Tu i teraz. Już od najcichszych dzięków słychać całe pasmo, razem z mruczącymi basami, fenomenalną przestrzeń i barwę, barwę i jeszcze raz barwę. 

Elac 3400T gra bardzo ciepło, bardzo lampowo, barwnie, w pełnym nasyceniu. To brzmienie jest do tego stopnia oleiste i gęste, że podłączony jakiś czas później NAD 3020 smakował przy Elacu jak wegańska potrawa oparta o tofu. Wow!

Elac rozwalił mi całą logikę. 200 zł – a gra na poziomie Telefunkena V201. Jeżeli ktoś chce tanio wejść z grubej rury w świat niemieckiego audio lat 60/70 i nie wydać za to więcej niż za obiad dla dwojga w restauracji to polecam całym sercem Elaca 3400T. On w tej cenie po porostu nie ma wad. W cenie 5x takiej też tych wad by nie miał. 

Lifehack – jak mieć Chromecast Audio za 1/3 ceny z Chromecast HDMI 2

 

Było to tak:

Zaczęło się jak wiele innych opowieści na tym blogu: siedziałem o 5:00 nad ranem i korzystałem z chwili, kiedy mogłem słuchać swojego Creeka 4040 S2 i niewspółmiernie do niego wielkich KEF Concerto, opiewając takie genialne mezaliansy, czytając Historię Jazzu (wiem, że brzmi to bo warszawsku, ale naprawdę czytam ten podręcznik od miesięcy) i ciesząc się godziną, kiedy jest taki spokój, że cała rodzina śpi i nawet pies nie woła a spacer, samochody jeszcze nie jeżdżą, a w gniazdkach płynie audiofilski prąd. 

Znalazłem wtedy na OLX takiego samego Creeka, jakiego właśnie słuchałem i odważyłem się napisać:

Jestem bardzo zdziwiony że tyle czasu nie może Pan sprzedać tego Creeka. Mam identycznego i jest to po dobraniu odpowiednich kolumn sprzęt którego nigdy się nie pozbędę. Wymaga niestety wysoko skutecznych kolumn. Wtedy oddaje pełnię magii sceny –  nie do pobicia w budżecie x10. A skuteczne kolumny niwelują jego rzekomy brak niskich tonów.

Przerabiam zarówno vintagowe lampy, jak i nowsze Hegle i Electrocompaniety ale przy odpowiednich kolumnach ten Creek rozwala system. Kiedyś o mały włos go nie sprzedałem. Na szczęście udało mi się dobrać do niego kolumny zanim ktoś się nim zaingerował

 Po kilku dniach Andrzej do mnie napisał:

Sprzedał się Creek. Zanim go sprzedałem jeszcze go trochę posłuchałem i to rzeczywiście piękne brzmienie.

Nie minęło wiele chwil jak rozmawialiśmy ze sobą przez telefon, dzieląc się dylematami jak nagłośnić swoje domy, w których mieszkają dzieci posiadające Kartę Dużej Rodziny. Jeżeli ktoś mówi, że jest audiofilem i ma więcej niż trójkę dzieci, to po prostu mu ufam, i kiedy Andrzej powiedział mi, że cały dom ma skonfigurowany w płaszczakach SABY (płytkie, naścienne kolumny) oraz Google Chromecast – zapytałem – czy kupił te Chromecasty jak jeszcze kosztowały 100 zł czy już jako używane…. 3x drożej.

Jak wiadomo od kiedy Google 2-3 lata temu wycofał z rynku swój
streamer/DAC Google Chromecast Audio (ten z żółtym kabelkiem) to jego
ceny z 80 zł (nowy) skoczyły na 250-300 zł (używane). Z prostego powodu –
nawet przy 300 zł to wciąż najlepszy niskobudżetowy streamer na rynku.
Kompatybilny ze Spotify, TIDAL, Deezer. Sprawia, że każdy sprzęt audio
vintage niejako updatuje się do obecnych czasów, gdzie muzyki słucha się
głównie ze streamingów.

 
O ile Google Chromecast Audio poszedł w cenę trzykrotnie, o tyle zwykły
Google Chromecast staniał o połowę. Problem jest taki, że ma tylko
wyjście HDMI, którego nie akceptuje żaden stary sprzęt audio i mało
który DAC.

Lifehack polega na tym, że można połączyć go z HDMI Audo Extractorem i
wypuścić sam sygnał audio stereo w sposób analogowy lub cyfrowy. 

O tym właśnie powiedział mi Andrzej, niby oczywiste, ale dopóki nie usłyszysz, to nie wierzysz.

Najtańszy HDMI Audo Extractor ma wbudowanego DACa niskiej jakości i
wypuszczanie z niego dźwięku analogowego jest z pogorszeniem jakości.
Natomiast można wypuścić dźwięk cyfrowo, do zewnętrznego DACa lub
przedwzmacniacza z DACem i okazuje się, że to ma ręce i nogi i gra! 

Sterownie w Google Home identyczne jak standardowym Chromecastem Audio.

W efekcie otrzymujemy najtańszy streamer na rynku w pełni kompatybilny z Google Home.

Można też podłączyć extractor wyjściem analogowym (mały jack) do wejścia
liniowego we wzmacniaczu – ale nie polecam. Gra, ale DAC w tym
extractorze po prostu … jest, czyli gra beznadziejnie.

Podsumowując:

  1. Masz własny DAC? Dużo taniej ogarnąć jako streamer Chromecast 2 HDMI + najtańszy cyfrowy extractor – mieścisz się w budżecie do 100 zł.
  2. Nie masz DAC’a? Chromecast Audio, którego cena po wycofaniu z dystrybucji urosła na rynku wtórnym trzykrotnie – jest wciąż najlepszym rozwiązaniem w budżecie do 300 zł. 

 


 

Podziemny Krąg

Ścigając ducha starego Hi-Fi jestem dziś w takim samym momencie drogi jak mniej więcej w 1-2 klasie liceum (czyli ponad 30 lat temu) kiedy poznawałem świat rocka progresywnego lat 70-tych. Każdy dzień był podróżą, każdy dzień przynosił mi arcydzieła, dzieliłem swój czas poznając dyskografie King Crimson, Genesis, Jethro Tull, Camel… i dziesiątek jak nie setek innych grup z tamtych czasów. W ciągu jednego tygodnia potrafiłem po raz pierwszy w życiu posłuchać np. Thick As a Brick jak i Close to the Edge.  Wydawało mi się, że nie ma takiej możliwości, aby zebrać całe te nieskończone łany genialnej muzyki. Syzyfowe prace…

W końcu nastał taki czas, kiedy całą pierwszą i drugą ligę znałem doskonale, zacząłem szukać głębiej, szukając zaginionych pereł, aby ostatecznie uznać, że 3000-4000 albumów wystarczy mi do końca życia i próba poszukiwania kolejnych skutkuje mniejszą atencją dla tych które już znam/mam. Trochę przerażają mnie te obliczenia, że większości płyt, które znam i lubię nie uda mi się posłuchać pewnie już nigdy. Liczby, czas i statystyka. 

Dziś, eksplorując świat vintage HIFI czuję się jak w pierwszej klasie liceum. Marki sprzętów są jak nazwy zespołów. A typu wzmacniaczy/amplitunerów są jak kolejne albumy. Chcę mieć je wszystkie… ten rodzaj obsesji jest taki sam. Kiedy muzykę mam na wyciągnięcie ręki na Spotify czy Tidalu, to zdobycie „hardware’u” niesie te same emocje co kiedyś zdobywanie płyt kaset czy płyt CD. Co lepsze wzmacniacze przechodzą z ręki do ręki nie zahaczając o OLX czy Allegro, bo są tak dobre, że kiedy ktoś chce go sprzedać (wyłącznie wtedy, kiedy ma inny egzemplarz tego samego modelu tzw. backup, albo kiedy kupił model wyższy) to na podziemnych kręgach już od dawna wiadomo co będzie się działo i szybko ustawia się kolejka.

Gdyby wzmacniacze miały rozmiar płyty CD miałbym ich setki. 

Każdy z nas, fanów vintage audio, miałby ich setki, nie mamy ich tylko dlatego, bo zajmują mnóstwo miejsca i po przekroczeniu 10 sztuk trzeba zacząć wstępne tłumaczenia przed rodziną, po 20-stu robi się gęściej, a przy 50-ciu trzeba założyć bloga aby w ten sposób to tłumaczyć: „posłucham, opiszę na blogu, i sprzedam

Ja zawsze słuchałem zespołów całymi dyskografiami…

Trafiam na fenomenalnego Telefunkena, i rodzi się pytanie: Jak brzmią inne Telefunkeny?

Trafiam na Elaca, rozkłada mnie na podłodze jak czerwony dywanik na ceremonii Oskarów, ale tych prawdziwych, sprzed 40 lat, i myślę sobie leżąc – jak brzmią inne Elaci? 

Kupuję 10-tego NAD’a i wydaje się, że znam już na przestrzał nadowskie brzmienie… ale wyrywa mnie z tego pozornego spokoju końcówka 214 w świetnej cenie… 

Tutaj nie ma końca, jest tylko ciekawość…

Ten koniec jednak gdzieś jest, tak samo jak „wysłuchałem” w końcu wszystkie Genesisy i King Crimsony a nowa muzyka, przestała mnie kręcić. Oczywiście, trafi się czasem jakiś nieodkryty szmaragd z przeszłości, lub ktoś ówczesny nagra zadziwiająco dobry album… ale nie jest możliwe aby odkrywać je z taką intensywnością jak na początku drogi.

Dziś jestem w euforii… W każdym tygodniu zjeżdżają w do mnie kamienie milowe vintage audio. Ale doświadczenie i wrodzony pesymizm każe mi się martwić – nowe HI-FI już nigdy nie da mi takiej radości jak właśnie teraz.

Nordmende 7020 ST – Working Class Hero

Co do Nordziaka, gra bez kompleksów, typowo jak ITT, po niemiecku, ale trochę inaczej, jakby jeszcze niżej, bardziej miękko i z większym powietrzem, ale też .. trochę brudniej.

– Dokładnie tak było!

Taki dialog przeprowadziłem z Kamilem kilka godzin po zakupie kolejnego niemieckiego cudaka. On miał kiedyś dokładnie ten model, ale w czasach kiedy na półce, podłodze i podstawkach stały zupełnie inne kolumny. Matryca kolumn i wzmacniaczy do dwa wymiary multiplikujące zajętość przestrzeni w salonie… a dodać do tego trzeci wymiar źródła… bądź rozdzielić pre od końcówki… 

Kupiłem go z ciekawości. To klasyczne uzasadnienie. Sprzęt audio, który kosztuje mniej niż piątkowe zakupy w Biedronce kupuje się z ciekawości. Ale to nie jest randomowa ciekawość, ona wynika z pewnej linii poszukiwań, ufności w owoce poszukiwań innych i oczywiście tego najbardziej ludzkiego pierwiastka – ryzyka. 

Nordmende 7020 ST to niemiecki amplituner z 1975 roku. Prawie mój rocznik, niewiele starszy. 

Z jednej strony to nie jest liniowo brzmiący amplituner. Jak część niemieckich sprzętów z tamtych lat ma wbudowaną domyślnie funkcję loudness, czyli podbicie niskich i wysokich tonów przy cichym słuchaniu. Ta funkcja ma tak naprawdę ukryty sens liniowości audio – bo adaptuje emitowany dźwięk do krzywej słyszalności ludzkiego ucha. Kiedy słuchamy cicho – skrajne pasma wydają nam się cichsze niż w rzeczywistości – tak odbiera dźwięk ludzkie ucho. Kiedy zwiększamy volume – krzywa się wypłaszcza. 

W wielu sprzętach mamy przycisk „loudness” który aktywuje powyżej opisaną funkcję. Jest jednak minus takiego rozwiązania – kiedy podkręcamy volume i nasze ucho zaczyna wypłaszczać krzywą – wtedy podbite skrajne części pasma zaczynają być za głośne, zbyt natarczywe. Niemieccy inżynierowie zaproponowali chyba najlepsze rozwiązanie: podbicie skrajów jest domyślnie dopasowane do charakterystyki ludzkiego ucha. W niskich zakresach głośności kontur jest domyślnie włączony, ale im bardziej podkręcamy głośność, tym bardziej się udział konturu w przekazie spłaszcza. Powyżej pozycji 3.5 w skali do 10 jest on już niezauważalny. 

Oczywiście można też go wyłączyć całkowicie poprzez wciśnięcie buttona „linear”. Ale czy dźwięk staje się wtedy lepszy? Przy cichym słuchaniu wręcz staje się gorszy. Dlatego najlepszym rozwiązaniem jest ustawienie głośności na amplitunerze w okolicach pozycji 3-4 i ściszenie głośności na źródle. 

* * *

O brzmieniu Nordmende 7020 ST napisałem praktycznie wszystko w pierwszym zdaniu. Każdym swoim centymetrem długości wpisuje się w klasyczne niemieckie brzmienie pierwszej połowy lat 70-tych. Choć robi to rzutem na taśmę, bo to rocznik 1975. To brzmienie cechuje porządne osadzenie basu, gęstość dźwięku, oleistość, barwa. Nie ma żadnych wodotrysków, ale niemiecki silnik pracuje tak, że przejedzie przez sawannę, pustynie i równikowy las. To stara dobra szkoła niemieckiego audio. 

Gdyby ktoś zapytał, czym różni się od innych niemieckich wzmacniaczy i amplitunerów z tamtych lat, moja pierwsza odpowiedź brzmiałaby: prawie niczym. Bo poruszając się w hermetycznym uniwersum german HiFi AD’70 te różnice wydają się ogromne, o tyle wychodząc na świat okazuje się, że poza nielicznymi  tzw. atolami Pacyfiku – to wszystko brzmi podobnie. 

Nordmende 7020 ST jest ciemne, ale ma mnóstwo przestrzeni. Nie oddaje jej jednak w sposób anielski i dziewiczy jak ideał pod tym względem czyli Creek 4040. Nordmende przybrudza ten przekaz, Staje obok Ciebie i klepie Cie po ramieniu i pyta: kumple?

Oczywiście, że tak, bo ciężko nie polubić tego amplitunera. Bohater klasy robotniczej. 

The Friends of Mr. Cairo

W ostatnim odcinku Dekalogu Kieślowskiego fabuła oparta była na temacie rodzinnej bitwy o spadek po … kolekcjonerze znaczków… Nie pożądaj rzeczy bliźniego swego. W czasach mojej wczesnej młodości (lata 80-te) chyba każdy z nas miał klaser, a w nim znaczki, kupowane w sklepach filatelistycznych, wymienianie ze znajomymi, zdrapywane po uprzednim ochuchaniu z kopert z zagranicznych listów. Nikt z nas, dzieciaków, nie miał najmniejszej świadomości ich wartości. Ale jednak magnetyzowały nas.. Każdy marzył o klaserze pełnym unikalnych serii znaczków, które zapewnią splendor i bogactwo do końca życia. 

Podobno kiedyś mieszkał na gdańskim Przymorzu taki kolekcjoner znaczków, który mógł za swoją kolekcję dosłownie wykupić wszystkie mieszkania w połowie dzielnicy. Niestety, był bardzo dobrego zdrowia, przeżył wszystkich swoich bliższych i dalszych kumpli, i kiedy sam będąc na łożu śmieci chciał spieniężyć swoją kolekcją zbieraną przez całe życie, aby dać potomkom bogactwo na następne pokolenia – okazało się… że nikt nie chce kupić jego kolekcji, bo wszyscy filateliści umarli przed nim

Czy ten sam scenariusz będzie czekał kolekcjonerów płyt winylowych? Można kontestować, że przecież z jednej strony pierwsze wydania, to dzieła sztuki same w sobie, taka Mona Lisa w 100.000 kopiach, może nie bezcenna, ale zawsze warta te kilka stówek. Ale czy za jakiś czas ktoś naprawdę będzie zaprzątał sobie głowę płytami winylowymi? Czy wyrośnie pokolenie, dla którego będzie miało to znaczenie? 

Czy nie jest to tak, że kiedy dorastamy, kończymy szkoły, idziemy do pracy, nasze dzieci przestają być demonami zniszczenia, a my sami po prostu się wzbogacamy na tyle, że kupno rzeczy, o których mogliśmy kiedyś tylko pomarzyć staje się zwykłą rzeczywistością? 

I wtedy, jako 40-latkowie zaczynamy realizować nasze 15-sto letnie marzenia? Kupujemy płyty winylowe w pierwszych tłoczeniach, na które wtedy nie było nas stać. Albo sprzęt audio, na który w minionych latach patrzyliśmy przez szybę w Pewexie? 

Rok temu kupiłem sobie, w końcu, po 35 latach, trzygłowicowy magnetofon SONY. Zawsze chciałem taki mieć, ale najpierw był nieosiągalnym marzeniem, na które nie było mnie stać, potem nie był mi potrzebny, aż w końcu okazało się, że kosztuje – zamiast ówczesnego trzymiesięcznego wynagrodzenia moich rodziców – połowę mojej dzisiejszej dniówki. Ale na forach i grupach sprzedażowych wszyscy mówią jednym głosem: „to rewelacyjny magnetofon, jego wartość będzie tylko rosła, bo coraz mniej jest takich sprzętów

Ale czy ktoś za kilka lat będzie jeszcze słuchał kaset? 

Podobno w płytach winylowych widać następujący trend:

  • 20 lat temu w cenę rosły płyty Pink Floyd, Led Zeppelin, The Doors, czyli pokolenia, które wychowało się na tej muzyce i jednocześnie na tyle wzbogaciło aby kupować płyty z lat 70 nie patrząc na czynnik ceny
  • 10 lat temu lawinowo drożały płyty post-punkowe, new-wave, synth-pop i generalnie – lata 80-te. Bo pokolenie z tamtych lat dotarło finansowo do momentu wydawania swoich pieniędzy na hobby. 
  • dzisiaj najlepiej sprzedaje się rap/hip-hop z lat 90-tych. Powód zapewne jest ten sam.
     

Bycie kolekcjonerem vintage audio jak i płyt winylowych to dokładnie ta sama bajka. Starożytny audiofil i starożytny meloman przy tym samym stole jedli. Ale czy za kilka lat nie staniemy się tym samym starożytnym filatelistą? Bajamy naszym żonom, naszym dzieciom, że kiedy umrzemy śmiercią tragiczną, to nasza kolekcja zapewni im „bogactwo„, ale czy tak naprawdę najlepsze co możemy zrobić dla naszych rodzin to umrzeć szybciej niż nasi znajomi-kolekcjonerzy? W innym wypadku skończymy jak wspomniany na wstępie filatelista.

Do powyższej refleksji zainspirowały mnie dwa dzisiejsze spotkania. Na pierwszym sprzedałem amplituner Kenwood KR-3600. Przez 1.5 godziny nie mogliśmy przestać rozmawiać, bo przecież każdy ma do opowiedzenia całą kilkudziesięcioletnią historię swojego życia. I to fascynującą historię, gdzie ważniejsze jest słuchać niż mówić. Z przerwami na zapisywanie na karteczkach nazw sprzętów, o których mowa. 

Na drugim spotkaniu kupiłem Nordmende 7020 ST. Dobry, stary niemiecki amplituner z połowy lat 70. Staliśmy przez godzinę przy samochodzie w środku jesiennej, zimnej Gdyni i nie mogliśmy zakończyć fascynującej rozmowy o Telefunkenach, Grundigach, Sabach i kupowaniu sprzętu z ciekawości. 

Końca nie ma, jest tylko ciekawość.

Nawet jeżeli będzie to tyle warte, co kolekcja znaczków, to może przynajmniej zejdę z tego świata szybciej niż przyjaciele Pana Cairo… trzymając statuetkę Sokoła Maltańskiego w dłoni