Philips 22AH491 – kolumny poniżej 100 zł

Kupiłem dziś za grosze (80 zł) z ciekawości głośniki zrobione z paździerza. Gdyby nie kilka faktów, które wzbudzały pozytywne skojarzenia, w życiu bym na nie nawet nie spojrzał. 

Po pierwsze, są to głośniczki marki Philips. Jeżeli miałbym powoływać się na sentymenty, to mam do tego znaczka sentyment na poziomie Sanyo, czyli ogromny. W latach 80-tych jakimś cudem, przy pomocy wujka zza żelaznej kurtyny rodzice kupili lodówkę oraz zamrażarkę marki Philips. Patrzyłem na ten znaczek na drzwiach lodówki każdego dnia, przez całe swoje dzieciństwo i część młodości. Kojarzył mi się z luksusem, zachodnią technologią, marzeniami. 

Po drugie, są to głośniki szerokopasmowe, czyli centrycznie zamontowany jest głośnik nisko-średniotonowy, a w nim wysokotonowy. Nigdy nie miałem takiego wynalazku na swojej półce. 

Dodatkowo tył tej kolumny wykończony jest perforowaną płytą pilśniową i od wewnątrz zabezpieczony przed kurzem czymś jakby tkaniną. Nie są one jakkolwiek zamknięte, ani nawet otwarte z bass refleksem. To jest tak naprawdę konstrukcja typu open baffle, czyli obudowa w pełni otwarta. 

Z minusów… to już lata 80-te. Kolumny pochodzą wg numerów seryjnych z 12-tego tygodnia roku 1980. Jak to się wielokrotnie powtarza: w tych latach rządzili już księgowi, plastik i płaskie brzmienie. Powstawały nowe, zwinne firmy produkujące sprzęt hifi, ale dinozaury kulały. Philips jest właśnie jednym z tych dinozaurów, który wspaniałe dziedzictwo w historii rozwoju świata audio musiał ekonomicznie podpierać tanimi paździerzowymi pudełkami, na których po prostu zarabiał pieniądze. 

Za kilka lat Philips miał być jednym z prekursorów płyty CD i producentem pierwszych odtwarzaczy CD, do dziś cieszących się niebywałą estymą i powodzeniem na aukcjach. Tymczasem wypuścił na świat leciutkie pudełka o nazwie 22AH491. 

Nie do końca wiedziałem jak ich słuchać. Na początku postawiłem na KEFach Concerto i udawałem, że to normalne głośniki, ale muzyka była tak cienka jak rosół z kostki rosołowej. Oczywiście oczekiwania, że nagłośnią one mój salon wybiegały ponad rzeczywistość, ALE, swego czasu podobnych rozmiarów KEFy Cresta (1967) wbiły mnie w fotel na długie godziny. Philipsy tego nie zrobiły. Do wzmocnienia użyłem całego garnituru małych wzmacniaczy Philipsa, aż po Telefunkena Concerto i w końcu V201. Im lepszy wzmacniacz tym było dziwniej. Jakby parować ze sobą dobermana z pomeranianem i patrzeć jak się bawią. Weird… 

W końcu wymyśliłem, że użyję ich jako monitorów bliskiego pola. Ustawiłem je na stole/biurku, usiadłem metr przed nimi i spiąłem z (mniej więcej) rówieśnikiem – Sanyo JA220. I tak naprawdę to dopiero teraz zrobiło się dziwnie… ja po prostu tak nie słuchałem muzyki od 25 lat. Zawsze albo szukałem potęgi brzmienia i wypełniania całego salonu, albo zamykałem się w mikroświecie słuchawek. Kolumny stojące metr przede mną są gdzieś w pół drogi między jednym a drugim. Kreują taką mini scenę pomiędzy, na której stoją i grają pomniejszeni artyści. Taki malutki Brendan Perry, albo jeszcze mniejsza Suzanne Vega. I ani nie ma rozmachu wielkiej sceny, ani nie ma intymności słuchawek… Weird…

I dopiero kiedy przełknie się to poczucie dziwności można zacząć ich słuchać. I… tak… grają lepiej niż głośniczki do komputera, z czasów gdy jeszcze pracowało się na komputerach stacjonarnych. Oczywiście w tym zestawieniu to grają nawet fantastycznie i jestem nawet w stanie wyobrazić sobie osoby, które nie potrzebują więcej aby słuchać swoich ulubionych płyt. Jest całkiem przyzwoita przestrzeń i wysokie tony oraz średnica, ale dołu to one nie mają zbyt wiele. Jeżeli ktoś jest przyzwyczajony do grających skrajami przenośnych głośniczków JBL’a to może się mocno zdziwić. Czy na minus? Jeśli celem jest rozkręcenie domówki, to na pewno na minus. Ale jeżeli celem jest posłuchać w niemęczący sposób muzyki na cichszych, nocnych rejestrach – to może się zdziwić nawet na plus. 

Kolumny warte 80 zł, może nawet i okrągłą stówę. 

Zaskoczyło jeszcze jedno, przełączałem kilka różnych wzmacniaczy brzmiących mniej lub bardziej „kolorowo”, oddających muzyce swój charakter, i dopiero Sanyo JA220 zagrał naprawdę liniowo. Tyle się o tym mówi opisując to Sanyo, sam tak powtarzam, że gra liniowo, blablabla… ale … naprawdę tak gra! Tak poprawnie, budżetowo audiofilsko i neutralnie.

TFK 201A + KEF Concerto – Desert Island

Gdyby dziś ktoś zadał mi proste pytanie:

– Jedziesz na bezludną wyspę i możesz zabrać ze sobą tylko jeden wzmacniacz i jedną parę kolumn, co wybierzesz?

Wahałbym się przez chwilę, bo Renaissance 90 to potęga. Ale wciąż nieujarzmiona, ECI5 daje dużo, ale wciąż nie daje im wszystkiego.   

Zabrałbym to, do czego ostatnio wracam najczęściej, do czego porównuję inne sprzęty, co powoli zamienia się w duet doskonały: Telefunken V201a + KEF Concerto

Zapewne jest dużo lepszych zestawień zarówno wspomnianych kolumn jak i wzmacniacza, ale mi to niemiecko-brytyjskie przymierze zwyczajnie odpowiada. 

Moje postrzeganie idealnego brzmienia przez lata ewoluowało. Kiedyś liczyła się przede wszystkim scena i precyzja wysokich tonów, siedziałem z zamkniętymi oczami centralnie na fotelu i placami pokazywałem sobie gdzie kto śpiewa, gdzie kto gra. Kompletnie nie wiem po co. Bo potem przez długie miesiące wkręcałem się w kompletowanie dyskografii jakiegoś artysty np. Shirley Bassey i strasznie kręciło mnie, że udało się kupić „Something Else” na winylu i liczyła się tylko muzyka, a grała cudownie, bo kiedy muzyka sama w sobie jest cudowna, zagra cudownie i w samochodzie, i  na słuchawkach z telefonu, i na każdym sprzęcie audio. A najczęściej najgorzej zagra na tym najlepszym sprzęcie. I nie miały dla mnie większego znaczenia niuanse sprzętu, na którym słuchałem kiedy muzyka była wspaniała!

Wracając po pytania z początku wpisu:

Jedziesz na bezludną wyspę i możesz zabrać ze sobą tylko jeden wzmacniacz i jedną parę kolumn, co wybierzesz?

paradoksalnie jest to kompletnie inne pytanie niż:

Jaki wzmacniacz i kolumny byś podłączył, gdyby przyszedł do ciebie znajomy i poprosił aby zrobić na nim wrażenie?

To drugie pytanie mnie przeraża, bo aby poznać walory sprzętu trzeba spędzić z nim minimum kilka godzin, najlepiej sam na sam. Nauczyłem się już, jakie utwory na jakich zestawach puszczać gościom, aby kiwali z poszanowaniem głową. Ale zawsze, kiedy chcę wyjść poza tę audiofilską pięść w twarz, poza te Nilsy Lofgreny i Sary K. i puścić to czego sam słucham kiedy jestem sam… to okazuje się, że się po prostu nie da… bo nie jestem sam. 

I kiedy osiągam tę intymność, ale tę z bezludnej wyspy, a nie tę z prezentacji sprzętu, to wtedy nagle zaczyna grać Mike Scott i The Waterboys, zaczyna czarować Dead Can Dance, a z Suzanne Vega mógłbym wziąć ślub. 

I takie jest dla mnie dziś połączenie TFK V201a  + KEF Concerto

SANYO JA 220 – Legend (Slovian Legend)

Legendą można zostać z wielu powodów. Są legendarne wzmacniacze, które ważą kilkadziesiąt kilogramów i trzeba dwóch chłopa, aby je przenieść. Są legendarne albumy, np. legenda głosi, że jeden z albumów Merzbow został wydany w ilości 1 (jeden) sztuk i zapakowany w najnowszego mercedesa SL i aby kupić tę płytę trzeba kupić całego mercedesa. Nie można podobno tej płyty z niego wyciągnąć i można słuchać tylko w tym mercedesie. 

Jest też legenda, że wzmacniacz Sanyo JA 220 bije na głowę konkurentów za 10.000 PLN a sam jest do kupienia za 100 zł. 

Podobno kiedyś pewien Włoch zrobił serię blind testów używanego wzmacniacza Sanyo JA 220 wartego kilkanaście euro z konkurentami 100 razy droższymi i ten mały plastikowy Sanyo te ślepe testy wygrał. W kraju na Wisłą też mamy Grega – krzewiącego religię Grundiga i Sanyo. I jest w tym przekazie dużo prawdy. Sanyo Ja 220 jest szokująco genialny jak na cenę 100 zł…. ale

Ale..

  • 100 zł ten wzmacniacz kosztował to może 3-4 lat temu ale nie teraz;
  • od kiedy Greg na grupach grundigowych umieścił go na świętym papirusie jego cena wzrosła trzykrotnie;
  • a kiedy Reduktor Szumu jesienią 2023 opublikował film pt „Hifi za grosze czyli wzmacniacze ze śmietnika” to już poszło na grubo…

Od tego czasu w Polsce nie da się już kupić Sanyo JA-220 tanio. Cena ustabilizowała się w granicach 400-650 zł w zależności od stanu. Nie jest to już cena tak atrakcyjna i jego zakup trzeba przemyśleć. Jeszcze do niedawna kosztował tyle, co parę artykułów spożywczych przypadkiem włożonych do koszyka w Biedronce. I można było go po prostu kupić bez najmniejszego uszczerbku dla budżetu tygodniowego. 

 

Za granicą też za bardzo nie da się go kupić tak tanio. Być może dlatego, że jeżeli komuś ten tandetny kawałek plastiku zalegał na strychu po wujku/dziadku to już dawno się go pozbył, a ten co ma świadomość jaki jest to sprzęt – zapewne trafił w internecie na włoskie ślepie testy i nie sprzeda za bezcen. 

A nawet jeżeli już ktoś go wystawi za 20 euro, to tylko kwestia godzin, aż kupi go jakiś Polak lub Włoch. 

Mi udało się kupić pierwsze Sanyo JA-222 na eBayu z UK. Czyli z tego dzikiego kraju spoza UE, gdzie do zakupów dolicza się cło. Na aukcji nie był drogi, ale doliczając wszystkie koszty wyszło normalnie. Jakiś czas potem kupiłem JA-220 (drobne różnice w numerkach dotyczą mniej istotnych funkcji, które mają znikomy, bądź żaden (?) wpływ na brzmienie). Kupując je rok temu byłem w amoku poszukiwania ideału brzmienia „GAT Audio” i za bardzo skupiłem się na dialogu Sanyo z kolumnami Grundiga i kiedy już nasyciłem się chwilą – sprzedałem oba wzmacniacze i poszedłem przed siebie.

„Kto po dwóch krokach do przodu nie robi kroku w tył, ten nie wie gdzie idzie.”

To słynne litewskie przysłowie mówi dokładnie o mojej przygodzie z Sanyo. Przysłowie oczywiście przed chwilą wymyśliłem, ale wątek litewski jest prawdziwy.

Obudziłem się w poniedziałek i kiedy w porannym półśnie chwyciłem komórkę i otworzyłem pocztę zobaczyłem powiadomienie z eBay, że wzmacniacz, który lubię jest do kupienia. Oddalam telefon od oczu i powiększam ekran (tak się robi zawsze po 40-tce) i co widzę? Widzę niesprawny Sanyo JA-220 za 40 euro, w całkiem ładnym stanie z odciętymi kablami. Kable odcięte tak jakby robił to litewski rycerz wracający spod Grunwaldu. Jedynym cięciem Sanyo został pozbawiony kabla zasilania, antenowego i przypadkowo wpiętych cinchy. Opis „working/ not working„. Czyli można sobie chyba wybrać 🙂  Miejsce wysyłki: Wilno. 

 

Wilno!? Hmmm, czyli Unia Europejska, przesyłka w normalniej cenie i brak cła. Kupujesz poniedziałek i najpóźniej w piątek paczka jest u Ciebie.

I dotarł…. owinięty w 10 metrów folii bąbelkowej, wyglądał jak ogromna piłka. Odwijałem go powoli i kiedy osiągnąłem najniższy poziom moim oczom ukazał się dokładnie taki sprzęt jaki kupiłem. Z odciętymi kablami, a poza tym OK. 

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem było odkręcenie pokrywy. Spodziewałem się w środku absolutnie wszystkiego. I trochę się uśmiechnąłem, a trochę przestraszyłem. Bo wnętrze wyglądało oryginalnie poza jednym słowiańskim detalem: wszystkie trzy bezpieczniki (800mA i 2x 2,5A) zostały zastąpione… rulonikami aluminiowej folii śniadaniowej.  

Pojechałem do OBI, kupiłem odpowiednie bezpieczniki, kabel zasilający. Po 10 minutach pracy byłem gotowy do włączenia buttona POWER.

NAGLE

Nic nie wystrzeliło 🙂 Zapaliła się po prostu czerwona dioda selekcji źródła. Podpiąłem więc kolumny, podpiąłem źródło i litewski przybysz zagrał dokładnie tak, jak grali wcześniej jego bracia.

Z Grundigami 1500a professional Sanyo tworzyło duet niemal idealny. Zamknięte obudowy Grundiga trzymały bas w ryzach. Było go dużo, ale nie za dużo. Sanyo dawał od siebie liniowość i precyzję. Wspólnie grało to tak, że dla każdego, kto ceni jasno brzmiące zestawy, z szybkim i krótkim basem otrzymywał Graala za niewielkie pieniądze. Słuchałem tego duetu kilka miesięcy. Zapraszałem znajomych i opowiadałem legendy o tym jak to plastikowe pudełko jest Dawidem w starciu z Goliatami HI-END’u. 

I to wszystko było prawdą, ale po raz kolejny stanąłem w obliczu samego siebie aby zrozumieć, że wcale nie ścigam się z salonami audio, ale ścigam się wyłącznie z tym, co mi się podoba.  A to co mi się podoba ma w sobie piętno… syndromu sztokholmskiego!!! czyli wirtualnego łokcia na kręgosłupie, który trzyma nade mną „salon audio”, mówiącego do mnie – „nowe audio jest duuuużo lepsze niż vintage… jest takie liniowe, jest takie naturalnie..

Dziś spiąłem Sanyo JA-220 z Celestion Ditton 15.

Pojawiły się wszystkie duchy liniowego ideału. W przypadku audio tak samo jak w przypadku prasy modowej – liniowy ideał podoba się na papierze. Mówisz na głos: „jest przepięknie!” ale w skrywanej części duszy myślisz „brak krągłości!„. Mój dzisiejszy „taniec wspomnień” z Sanyo JA-220 jest właśnie taką grą, która z jednej strony może wywołać zazdrość całej audiofilskiej braci, ale z drugiej strony po zjedzeniu kolacji, chętnie zamówiłbym Ubera i wysłał Sanyo do swojego liniowego domu, a sam spędził noc z naturalnie i tłusto brzmiącą SABA Studio HiFi 2. Jak w życiu… każdemu podoba się co innego.

Toshiba SA-304 – Quadrophenia

Wstyd się przyznać, ale nigdy nie oglądałem filmu Quadrophenia, który powstał w 1979 roku, a zagrali w nim m.in. Sting cz Toyah. Film powstał na podstawie albumu The Who z 1973 roku o tym samym tytule. Quadrophenia to jedno z arcydzieł muzyki, koncept album stawiany obok The Dark Side of the Moon z tego samego roku. Jeszcze większy wstyd się przyznać, ale nigdy nie rozumiałem fenomenu The Who, mam na półce tylko jeden album (Tommy) a Kwadrofonię słuchałem nie więcej niż 2-3 razy w życiu podejmując jedną z kilku (nieudanych) prób polubienia The Who. 

Dlatego zacytuję Wikipedię:

Cztery lata po ukazaniu się opery rockowej Tommy, zespół podjął ponowną próbę stworzenia większej formy muzycznej. Teksty utworów opowiadały o dojrzewaniu chłopca, w którego postaci zespoliły się cechy osobowe czterech członków The Who. Ukazano proces edukacji społecznej młodego Brytyjczyka: upokarzający, dławiący indywidualność, wymuszający postawę służalczą. Przypominał Anglię z początku lat 60., czasów starć między modsami a rockersami.

Wydaje mi się, że jestem gotowy aby obejrzeć ten film i posłuchać muzyki z tego albumu. Tylko… to album pierwotnie nagrany w systemie kwadrofonicznym. Musiałbym skombinować kwadrofoniczną wkładkę gramofonową i podpiąć pod kwadrofoniczny vintagowy wzmacniacz. Z tym ostatnim byłby najmniejszy problem, bo na jednej z moich zapomnianych półek stoi kwadrofoniczna Toshiba SA-304.

Moda na kwadrofonię to zamknięty rozdział historii audio. Tak samo jak zamkniętym (chyba) rozdziałem są okularki 3D rozdawane przed seansami w kinach. Nienawidziłem tego sztucznego 3D w telewizorach i na dużym ekranie. Tak samo jak cały czas trącam patykiem kino domowe i wszelkiego rodzaju Dolby Atmosy. Nie jest to dla mnie absolutnie żadna czarna magia, bo kilka lat temu bardzo zaangażowałem się w pomoc przy konstrukcji zaawansowanego kina domowego mojemu znajomemu. Nowoczesny procesor Marantza połączyliśmy z końcówkami mocy ze świata audiofilskiego stereo i wieloma zestawami kolumn (Sonus Faber, Piega, Dali i SVS). Muszę przyznać, że to naprawdę grało… ale nigdy nie zdecydowałem się pójść tą drogą w swoim kąciku. 

Toshiba SA-304 to takie kino domowe AD 1973.  

Można podpiąć do niej dwie pary kolumn, oraz dwa niezależne źródła. W środku pracują po prostu dwie identyczne stereofoniczne końcówki mocy. Aby zrozumieć ideę jak używać przełączników musiałem się naprawdę intelektualnie wysilić.

Na początku najprostsze, czyli jak wygląda „balance” we wzmacniaczu quadro. Normalnie jest to jedna gałka, którą kręcąc w lewo ściszamy do zera prawą kolumnę i vice versa. W tym przypadku są to cztery niezależne pokrętła, które w domyślnej pozycji powinny być ustawione na maksimum. Środkowa gałka to ustawienie głośności tzw. master volume. 

Z tyłu jest już trudniej. Wejścia na dwie pary kolumn (frontowe i tylne) to jeszcze klasyka, w wielu wzmacniaczach można było dublować stereo na dwóch parach głośników. 

Natomiast domeną charakteryzującą analogowy wzmacniacz kwadrofoniczny są poczwórne wejścia linowe RCA (dla formatu discrete). Jedno AUX i jedno magnetofonowe. Jest także poczwórne wyjście magnetofonowe aby moc nagrywać na taśmy kwadro (w formacie discrete) . Wejście gramofonowe jest pojedynczym stereo, czyli mogącym obsługiwać ewentualnie format SQ lub QS (o tym co to za formaty – za chwilę)

Jeżeli chcielibyśmy używać amplituner jako klasyczne stereo i wypuszczać sygnał na dwie pary kolumn stereo, trzeba ustawić przełącznik przy wejściach na  2SP(BTL) (gdy podłączymy jedną parę wejść to będzie zwykłe stereo, ale kiedy połączymy 4 wejścia to będą one łączone i czterokanałowe nagranie będziemy słuchać spłaszczone do stereo). W przypadku posiadania źródła kwadro – przełącznik ustawiamy na 4SPKR („4 speakers”)

Aby zrozumieć gałki na froncie musiałem już zasięgnąć wiedzy z internetu. Oczywiście kręcąc lewo prawo udało mi się uzyskać zarówno sygnał kwadrofoniczny, jak i zdublowany sygnał stereo bądź po prostu zwykły sygnał stereo. Ale nie po to zeszliśmy z drzewa by bezmyślnie kręcić gałką. Zeszliśmy z drzewa aby wypełniać luki swojej niewiedzy poprzez naukę.

Pokrętło SELECT jest oczywiste. Trzy pierwsze pozycje to ustawienia fal radiowych, AM, FM mono, FM auto (czyli de facto stereo), gramofon i wejście liniowe AUX – wszystkie 4 kanały. Tape monitor jest rozwiązany klasycznie: dwustanowa wajcha: source/tape. 

Prawdziwe czary to gałka MODE

Prawą gałkę ustawiamy na pozycji AUX(4CH), z tyłu podłączmy sygnał kwadrofiniczny i zaczynamy zabawę

  • MONO – to wiadomo. Sygnał monofoniczny jest emitowany na każdy kanał, w zależności od ustawienia tylnego przełącznika na 2 lub 4 kolumny
  • STEREO – jak powyżej, w zależności od tylnego przełącznika grają dwie lub cztery kolumny tym samym sygnałem stereo przejmowanego z tylnych łączy RCA.
  • R-MTX – QS Regular Matrix to jeden z dekoderów kwadrofonii. Tak zwany format matrycowy, wykorzystywał cztery kanały dźwiękowe, które

    zostały „zakodowane” w dwóch (stereofonicznych) ścieżkach. Zostały

    one następnie „odkodowane” do oryginalnych czterech kanałów dźwiękowych. Format ten został opracowany przez Sansui Records. Parafrazując to w sposób odrobinę bardziej czytelny: kabelkiem do stereo płynie dźwięk kwadrofoniczny ale na wejściu jest kodowany a na wyjściu dekodowany.
  • SQ – SQ Quadraphonic. Ten dekoder działa na podobnej zasadzie co format QS Matrix, czyli wykorzystuje sygnał „zakodowany” w stereo i następnie „odkodowany” do kwadro. Ale został opracowany przez Columbia Records oraz Sony
  • DISCRETE -tzw discrete (4-4-4) to jedyny format wykorzystujący 4 niezależne kanały. Nie ma kodowania i dekodowania. Po prostu mamy cztery niezależne wejścia na każdą z kolumn. Można powiedzieć używając dzisiejszej terminologii, że to format bezstratny i jedyne audiofilskie kwadro 🙂

Tak więc aby w dzisiejszych czasach użyć tej Toshiby jako np. element kina domowego napędzającego fronty i tyły trzeba korzystać tylko i wyłącznie z trybu DISCRETE. Pozostałe tryby (SQ i QS) pracują tylko i wyłącznie ze źródłami, które dekodują sygnał do tego formatu. Chyba, że ktoś ma takie płyty i źródła…

….uuuuuuuuuuuffffff.

Więcej do przeczytania na temat kwadrofonii na Wikipedii tutaj.

W trakcie pisania tego tekstu przesłuchałem w całości tytułowy album The Who. Niestety tylko w zwykłym stereo, bo nie posiadam żadnego nośnika QS lub SQ ani źródła dekodującego te formaty. Ale… nabrałem ogromnej ochoty aby skompletować sobie takie vintagowe kino domowe! Mam kilka płyt ze znaczkiem SQ lub QS… może kiedyś dane mi będzie ich posłuchać tak jak w 1973 roku zaprojektowali to inżynierowie z Toshiby? 

Jeżeli chodzi o komfort słuchania tego amplitunera w klasycznym trybie stereo, to jego brzmienie jest raczej przeciętne. Kłania się tania Japonia. Brzmienie jest po prostu suche i mało angażujące. Zdecydowanie w jasną stronę mocy. Pewnie istnieją gusta, które to lubią, pewnie są na świecie kolumny świetnie dopełniające charakter Toshiby, ale dla mnie za jasno, za sucho, za mało oleiście. A podłączyłem pod tę Toshibę na fronty KEF Concerto a na tyły Celestion Ditton 15 – czyli ciepłe, pełne, nisko zawieszone, wyspiarskie, zamglone głośniki. 

Dużo więcej ciepła i jesiennej magii było w opisywanym kilka dni wcześniej amplitunerze Kenwood KR-3600. Toshiba gra na poziomie Pioneera SX-450, którego fenomenu nie jestem w stanie do dziś pojąć. Może po prostu wtedy były takie gusta, takie brzmienie, po latach wypełnionych lampami i tranzystorami germanowymi była to angażująca i modna odmiana?

Jeżeli po dzisiejszym wieczorze z Toshibą SA-304 (a mam ją od ponad roku i robiłem kilka podejść) myślę o kolejnym powrocie – to szybciej będzie nim Quadrophenia – The Who, niż Toshiba SA-304.

Telefunken Concerto HIFI 101 – Schmetterlinge

Zawsze chciałem mieć tego Telefunkena. Ze względu na… wygląd. Od kiedy pierwszy raz mignął mi na aukcji zatrzymał moje spojrzenie na dłużej. Nietypowy lekko pochylony do tyłu front. Kojarzył mi się designem samochodów w latach 70-tych i ówczesnym postrzeganiem aerodynamiki. Szeroki, płaski, pochylony. Czerń, drewno i srebro. Klasyka piękna. 

Niewiele brakowało, abym kupił go już dawno temu. Oglądałem ogłoszenie tego amplitunera w Rumi, czyli 30 minut autem z Gdańska. Mogłem po niego pojechać, ale sprzedający umieścił wzmiankę, że często jeździ trójmiejską obwodnicą i może w dowolne miejsce na trasie go dowieźć. Napisałem, że jestem chętny go kupić i jak będzie najbliższym razem robił tę trasę niech da znać, to podjadę i go wezmę. Pan odpisał, że „OK, da znać„.

Nawet nie do końca niepokoiło mnie to, że jego stan był „nieznany„. Tzn. „uruchamia się, ale brak wtyczek DIN aby go sprawdzić z kolumnami„. Cena była dość tania, więc wpisywałem w nią ryzyko wtopy, ewentualnie niewielkiego serwisu. 

Po kilku dniach Concerto HIFI 101 zniknął z moich obserwowanych ogłoszeń. Napisałem do sprzedającego co się wydarzyło i czy dalej jest aktualny…. minął już rok, ale ciągle nie dostałem odpowiedzi. Może jednak nie jeździ zbyt często obwodnicą Trójmiasta? 😉

* * *

Jakiś czas później kupiłem teoretycznie wyższy model, czyli Telefunken Hymnus 101, jeszcze później V250 i finalnie V201a. Ten ostatni po sporym serwisie okazał się genialny. Te wcześniejsze? Niekoniecznie… choć tutaj też są różne perspektywy. 

Na dłuższy czas zarzuciłem poszukiwania przepięknego Concerto HIFI 101, ale ciągle z tyłu głowy miałem wspomnienie, że jest… ładny. 

Trafiłem na niego przypadkiem na aukcji. Skrzyżowało się jednocześnie kilka ścieżek: zauważyłem go, był rozsądnej cenie, sprzedawca zgodził się go wysłać. Co wcale nie jest takie oczywiste, bo cała seria tych Telefunkenów ma 63-64 centymetry, czyli nie wejdzie do żadnego paczkomatu! 

Ze względów logistycznych wysłany był na adres moje sąsiada. Miałem odebrać go w piątek. I kiedy około 23:00 w czwartkowy wieczór już niemal kładłem się spać…. NAGLE:

 – Tomek śpisz?!?! – odczytuję wiadomość

– Praaaawie…. – opisuję

– Stoję pod twoim oknem i pali się światło 

Wyszedłem przed dom, Michał wręczył mi długi i płaski pakunek. Wniosłem go do środka i myślę sobie: idź spać człowieku, jutro rozpakujesz…. ale tylko potrząsnę… zobaczę czy nic nie brzęczy…

No i potrząsnąłem i niestety zabrzęczało. Myślę sobie: idź spać, jutro się tym zajmiesz… jest późno.

Minęło 15 sekund: No dobra, przecież i tak nie zasnę…. rozpakowujemy!

Delikatnie, z pełna atencją wypakowałem ten amplituner długi i płaski jak parapet. Oglądam go z zewnątrz i … ufff pierwsza ulga. Z zewnątrz jest cały. Nic nie popękane, rogi całe, szybka na skali cała. Ale w środku coś lata. Jutro do tego zajrzę, nie będę go przecież rozkręcał przed północą

Minęło 15 sekund: No dobra, przecież i tak nie zasnę….rozkręcamy!!


Dostałem się do środka. Nie było to tak oczywiste. Trzeba było wykonać trochę ruchów rodem z tetrisa. I kiedy w końcu zdjąłem pokrywę spodziewając się praktycznie wszystkiego…. okazało się, że jedynym luźnym elementem była uwolniona z zaczepów antena ferrytowa. Umieściłem ją na właściwym miejscu i złożyłem konstrukcję w całość. 

Czas mijał szybko. Było już po 1:00 w nocy. Myślę sobie: jutro podłączysz, idź spać. 

Minęło 15 sekund: No dobra, przecież i tak nie zasnę…. podłączamy!!!

Nie mogłem znaleźć tak długiego kawałka miejsca na szafce, więc położyłem „parapet” na KEFie, wpiąłem kolumny, źródło i…. przekręciłem gałkę AUS / EIN. 

* * * 

Zwycięstwooooo! Działa!! Gra!! I jak pięknie wygląda w nocy!! Jutro posłucham, prawda? Jutro się nim podelektuję… Nie muszę już pisać, że nie musiało minąć 15 sekund, gdy siedziałem na fotelu i szykowałem playlistę. Pierwsze wrażenia: bardzo delikatny, zwiewny, z lekką górą, ale oleistym środkiem i dołem. Scena idąca w głąb bardziej niż w szerz. Bardzo dużo powietrza. Każdy dźwięk osadzony na swoim miejscu. Motyle, motyle, motyle… Grałem cicho, bo było późno ale nie odczuwałem najmniejszego braku w paśmie. To mój pierwszy Telefunken, który chwycił mnie od startu, od odpalenia. 

Hymnus 101 i V250 miały w sobie trochę toporności i musiały się rozegrać. V201a dotarł niesprawny, zagrał dopiero po gigantycznym serwisie, ale zagrał tak, że dwa dni spać nie mogłem. A Concerto 101 od razu, od pierwszego włączenia przytulił się barwą do V201a. 

To jeden z tych amplitunerów, który, gdyby nie fakt, że fascynują mnie poszukiwania, mógłby być moim głównym sprzętem na lata. Zgadza się w nim wszystko co lubię. Zarówno z Celestion Ditton 15 jak i KEF Concerto gra tak samo dobrze, choć z tymi pierwszymi synergia jest ciut lepsza. 

No i wygląda przepięknie, choć nie każdy się tym zgadza 😉

 

Creek CAS 4040 S2 – Treasure

Ten malutki Creek to jedyny wzmacniacz, który w pełni świadomie kupiłem dwa razy na przestrzeni kilkunastu lat. Zdarzało mi się owszem kupić dwa egzemplarze jakiegoś sprzętu, ale było to albo przez optymistyczne licytowanie równoległe, albo świadomie aby porównać małe niuanse w wersjach, albo jako dobrze brzmiący pewniak dla znajomego.

Natomiast tak po prostu dla siebie zdarzyło mi się to tylko jeden raz. Tego kwiatu jest pół światu i moim bólem jest to, że nie zdążę posłuchać ich wszystkich, dlatego kupowanie jednego dwa razy jest po prostu pozbawianiem się szans na posłuchanie innego.

Mój pierwszy Creek 4040 

To musiał być 2004 rok. Wchodziłem w pierwszy etap audiofilii przed długą kilkunastoletnią przerwą. Na mojej półce stał NAD 3020 – w tej absolutnie pierwszej wersji. To były jeszcze czasy, kiedy jego legenda dopiero się budowała i można było go kupić za szalone 200 zł. Grał fajnie. Nawet bardzo fajnie, ale mi równie szybko rósł apetyt na jeszcze fajniej. Spięty był z równie legendarnymi monitorami Tannoy Mercury M1. 

No i wypatrzyłem tego Creeka na aukcji. Kosztował szalone 600 zł. Trzy razy więcej niż NAD 3020! Nie było to dużo nowszy sprzęt, bo już kilkunastoletni. Patrząc na wartość pieniądza w czasie – ten Creek trzyma cenę, bo dziś jest do dostania za około 1000 zł. Za to NAD… jego wartość wzrosła 10-krotnie. 

I ten Creek 4040 zagrał obłędnie! Z małymi Tannoyami podobał mi się o wiele bardziej niż NAD. Byłem tak oczarowany tym zestawem, że …. sprzedałem go znajomemu. Na tyle dobremu znajomemu, że próba wciskania jakiegokolwiek kitu nie wchodziła w grę. Sprzedałem mu najlepsze co miałem, najlepsze co można było dostać do 1000 zł w tamtym czasie. A ja sam miałem przecież za chwilę kupić sobie coś kolejnego, droższego, lepszego …. taką miałem nadzieję… niestety wpieprzyłem się na lata w kolumny Studio 16Hz i Cambridge Audio co opisałem tutaj

Kiedy kilka lat później odwiedziłem znajomego w jego nowo wybudowanym wielkim domu ze zdziwieniem zauważyłem, że on, mimo zupełnie innych możliwości finansowych, wciąż ma tego Creeka i Tannoyki jako swój główny salonowy zestaw!

– Czemu nie wymienisz sobie na coś lepszego? – zapytałem

– Po co? Przecież to super gra! – odpowiedział ze zdziwieniem

Pamiętam, że puścił wtedy na rzutniku koncert Watersa – In the Flesh Live z DVD, a audio przez Creeka i małe Tannoye. Obejrzeliśmy go w całości a ja zrozumiałem, że w kontekście kreowania przestrzeni, tym bardziej przy muzyce z koncertu, ten Creek jest mistrzem. Pamiętam, że powiedziałem wtedy, że jeżeli kiedykolwiek będzie sprzedawał tego Creeka – ja chętnie go odkupie…. Powtarzałem to potem jeszcze kilka razy przez kolejne lata ilekroć się widzieliśmy. Ale nie zauważałem chęci sprzedaży.

* * *

Mój drugi Creek 4040

Rok temu, w przypływie nostalgii, po niemal 20-latach od mojego pierwszego Creeka, nie wytrzymałem i kupiłem sobie identyczny egzemplarz. 

Miałem wtedy akurat w domu pożyczone kolumny Sonus Faber Grand Piano. Partner idealny. Na co dzień byłem jednak w środku fascynacji Sanyo JA 220 i Grundigami 1500a prof. I nagle jako zestaw obok stanął Creek i Sonus Fabery. Kompletnie, ale to kompletnie inna szkoła grania. 180 stopni inaczej. 

  • Japonia + Niemcy – technika, liniowość, detal, schmetterlingi w brzuchu. Du, du hast, du hast mich.
  • Anglia + Włochy – barwa, spokój, przestrzeń, aksamitne wykończenie, ciepło kominka, amore. Que sera, sera…

 

Finalnie Creek 4040 S2 trafił na stałe jako partner do moich KEFów Concerto. Duży akapit poprzedniego wpisu jest właśnie o tym duecie

Powtórzę go tutaj raz jeszcze:

Czy
zabrzmiało to genialnie? … Tak. Zdziwiłem się do tego stopnia, że
kilka kolejnych poranków wstawałem o 5 rano, cicho schodziłem do pokoju
aby nie obudzić psa i aby nie pomyślał, że już pora na spacer i
włączałem KEF Concerto z Creekiem 4040

Całkowita
cisza w domu, cisza za oknem. Brak najmniejszych hałasów. I ta
nieskończona we wszystkich kierunkach delikatna scena dźwięku. To, że
Creek jest mistrzem przestrzeni – to ogólnie wiadomo, to, że ma
rewelacyjną górę pasma – również wiadomo. Czy poradzi sobie z wielkimi
KEFami w kontekście basów i dociążenia dźwięku? Można było wątpić… Ale
96 dB skuteczności zrobiło swoje. Nie potrzeba było wzmacniacza o
wielkiej mocy aby KEFy rozbłysnęły audiofilską liniowością. 

Jak w
ogóle można błyszczeć liniowością? Błyszczeć można czymś nietypowym,
niespodziewanym i ponadprzeciętnym. Creek błyszczy tutaj tak jak
rodzicie chcą aby błyszczały ich dzieci w szkole. Od góry do dołu na
świadectwie same najlepsze oceny i wzorowe zachowanie. Nie wrzuci
petardy do kibla i nie wypije Specjala z kumplami za salą
gimnastyczną.  Ale kiedy masz ochotę posłuchać małego chuderlawego
geniusza o nienagannych, angielskich manierach – podłącz go do grubych
KEF Concerto. Ta para nie obrabuje banku, ale za to dostanie najwyższe
stypendium na Oxfordzie. 

Do dziś ubóstwiam połączenie Creek 4040 S2 z KEF Concerto. To jeden z moich idealnych zestawów. 

* * *

Muszę jeszcze wspomnieć o wyjątkowym preampie gramofonowym wbudowanym fabrycznie w tego Creeka. Znajomy przypuszcza, że jego sekretem jest użyty w tej sekcji scalak z logiem Signetics. Być może. Natomiast tak po prostu na ucho, to podoba mi się brzmienie tego preampu bardziej niż zewnętrzny Moon za podwójną cenę całego Creeka, choć ten Moon jest bardzo dobry i naprawdę długo go wybierałem!

KEF Concerto – Big Time

 

 – Hej Tomek, spójrz na TO. 

Napisał do mnie Kamil i wysłał mi link do dwóch ogromnych, nieco zniszczonych skrzynek pod Starogardem. Osoba, która je sprzedawała na drugiej aukcji miała lampowego Yaqina MS-30L i podobno ten duet tworzył magiczne połączenie. Ja do Starogardu mam pół godziny, Kamil musiałby przejechać całą Polskę, dlatego „oddał” mi tak ciekawy temat, na który pewnie sam miał ochotę. 

KEF dzisiaj i  KEF ponad pół wieku temu to zupełnie inne firmy. Pisałem o tym przy okazji wpisu o KEF Cantor. Miałem w domu już malutką Crestę z 1967 roku i ona rozbudziła mój apetyt na tę markę i jednocześnie zbudowała ogromne zaufanie. 

KEF Concerto

Concerto to największy model w katalogu KEFa. Ogromna skrzynia o wymiarach 711 x 305 x 432 mm. 

 

Trzy głośniki:

  • słynny tweeter SP1032

Cadenza(1970), Calinda(1976),
Cantor(1971), Caprice(1973), Chorale(1970), Coda(1971), Concerto(1969),
Corelli(1976), Cresta II(1970), 101(1979), 104(1973), 104aB(1976),
CS1(1981), CS1A(1981), KEFKIT1(1974), KEFKIT 3(1969), 104aB KIT(1979),
LS3/5A OEM(1975

  • midrange B110

Concerto(1969), Cresta(1967), KEFKIT4(1969)

  • woofer – klasyczny dla KEFa „owalny stadion” B139

Celeste II (1966), Concerto(1969), Concord(1966), KEFKIT2(1969), KEFKIT3(1969), K2 Baffle(1962), Group 4 Cantata(1965)

Do tego fenomenalnie rozwiązana zwrotnica SP1004. Dostępna zaraz po zdjęciu maskownic, przykręcana jedną śrubką i wyjmowana z portu jak kości RAM w komputerach. Samą zwrotnicę, jeśli przyjdzie nam chęć na wymianę można kupić nawet dziś od Falcon Acoustic. 

* * *

Trzy dni myślałem zanim zdecydowałem się wykonać telefon. W międzyczasie z aukcji zniknął Yaqin. To mnie przekonało aby przyśpieszyć wycieczkę do Starogardu. 

Kolumny były w fatalnym stanie. Wyglądały jakby ktoś przechowywał je w pracującej betoniarce. Ale sprzedawca tego nie ukrywał, takie kupił i poległ na pracach renowacyjnych, albo w międzyczasie zmieniła się koncepcja. Cena też była odpowiednio tańsza. Ale najważniejsze, że wszystkie przetworniki były całe i działały jak należy.

– O nieeee nie nie nie nie nie – powiedziała moja małżonka kiedy tylko zobaczyła jak taszczę je i stawiam w pierwszym rzędzie w salonie.  

– Ja tylko posłucham przez jakiś czas i pewnie je sprzedam – uspokajałem 

Ten czas jakoś trwa i trwa. Pory roku się zmieniają, a KEFy ładnie odpicowane, do tego na podstawkach na wymiar, stoją i dalej czarują.

A zabawa wygądała tak:

taki był ich stan na początku, mnóstwo rys, do tego ubytki, które trzeba było zaszpachlować jak Passata
zabawy ze szlifierką
lakierobejca
voila! pierwsza gotowa!
druga też gotowa

Brakowało tylko dobrych podstawek. Pomierzyłem gdzie stoi mój fotel, a gdzie będą stały KEFy i zamówiłem je na do zespawania na wymiar. 

I oto efekt końcowy:

Brzmieniowo urzekały mnie one bardzo powoli. Nie trafiłem od razu idealnie ze wzmacniaczami. Czułem, że potencjał mają ogromny, ale ciągle czegoś było za mało albo za dużo. Chwile euforii mieszały się z chwilami kręcenia nosem. Podłączałem i odłączałem różne Pionieery i Luxmany, ale ciągle czegoś brakowało. Na Grundigu V7000, który idealnie zgrał się z Dittonami – tutaj było za dużo skrajów. 

I w końcu, bez większej nadziei na sukces, do tych wielkich skrzyń podłączyłem maleńkiego Creeka 4040s2

Czy zabrzmiało to genialnie? … Tak. Zdziwiłem się do tego stopnia, że kilka kolejnych poranków wstawałem o 5 rano, cicho schodziłem do pokoju aby nie obudzić psa i aby nie pomyślał, że już pora na spacer i włączałem KEF Concerto z Creekiem 4040

Całkowita cisza w domu, cisza za oknem. Brak najmniejszych hałasów. I ta nieskończona we wszystkich kierunkach delikatna scena dźwięku. To, że Creek jest mistrzem przestrzeni – to ogólnie wiadomo, to, że ma rewelacyjną górę pasma – również wiadomo. Czy poradzi sobie z wielkimi KEFami w kontekście basów i dociążenia dźwięku? Można było wątpić… Ale 96 dB skuteczności zrobiło swoje. Nie potrzeba było wzmacniacza o wielkiej mocy aby KEFy rozbłysnęły audiofilską liniowością. 

Jak w ogóle można błyszczeć liniowością? Błyszczeć można czymś nietypowym, niespodziewanym i ponadprzeciętnym. Creek błyszczy tutaj tak jak rodzicie chcą aby błyszczały ich dzieci w szkole. Od góry do dołu na świadectwie same najlepsze oceny i wzorowe zachowanie. Nie wrzuci petardy do kibla i nie wypije Specjala z kumplami za salą gimnastyczną.  Ale kiedy masz ochotę posłuchać małego chuderlawego geniusza o nienagannych, angielskich manierach – podłącz go do grubych KEF Concerto. Ta para nie obrabuje banku, ale za to dostanie najwyższe stypendium na Oxfordzie. 

Do dziś ubóstwiam połączenie Creek 4040 S2 z KEF Concerto. To jeden z moich idealnych zestawów.

KEF Concerto dobrze dogadało się nie tylko z Creekiem. W połaczeniu z Telefunken V201a jest totalny komplet niemiecko-angielskiej magii, o której często wspominam.  Telefunken dodaje KEFom trochę więcej oleju, zachowując pełną liniowość. Brzmienie staje się tłustsze. 

Za to NAD 317 łączy w sobie po części brytyjskość Creeka i oleistość TFK. 

KEF Concerto to bardzo plastyczne kolumny. Nie można się do nich zrazić przy pierwszych nietrafionych połączeniach ze wzmacniaczami. Mają oczywiście mnóstwo tego KEFowskiego klimatu z lat 60/70 ale wspomniana plastyczność polega na tym, że bardziej niż standardowo poddają się brzmieniu pieca. I za każdym razem grają jakby bez wysiłku, z pełną swobodą, dlatego, że tak właśnie mają oddać te dźwięki, a nie dlatego, że docierają do swoich ograniczeń.

Nie wyobrażam sobie ich nie mieć.

Grundig V7000 – The Future Now!

To wpis historyczny. Poprzedni z serii historycznych zakończył się kupnem Celestion Ditton 15.

* * *

Aby móc się rozwijać trzeba nieustannie kwestionować swoich mistrzów. Jednym z nich przez krótką chwilę mojej ścieżki przez vintage audio był Greg znany jako twórca GAT czyli Greg Audio Tuning. Wiodącą marką, jaką brał na warsztat jest marka Grundig. Na grupie wyznawców Grundiga na FB można znaleźć „święty papirus’, czyli plik pdf, w którym Greg opiniuje przesłuchane przez siebie sprzęty z uniwersum Grundiga i marek dookoła, zbliżonych charakterem do Grundigów z przełomu 70/80. Jest to baza wzmacniaczy, kolumn i źródeł oraz rekomendowanych zestawów. Raz na jakiś czas „święty papirus” jest aktualizowany i wtedy dodane do niego pozycje dostają boosta +100% ceny na OLX.

Poznałem kilka osób, które zapatrzone w „święty papirus” tworzyły zestawy 1:1 według wzorca. Praktycznie każdy z nich, kiedy rozmowa przełamała pierwsze lody i nabierała prywatności wypowiadał zdanie, którego przekaz mniej więcej brzmiał tak: „fajnie grają te zestawy Grega, ale są takie techniczne, takie niemieckie, takie… bez ducha, bez ciepła…„.

Jeżeli Greg kiedykolwiek poczuł misję, aby jego apostołowie mogli pójść ze sprzętem za 1000-1500 zł (kolumny, wzmacniacz, źródło) kupionym na eBayu do salonu HIFI i poprosić o testy tego zestawu vs nowego zestawu za 20k pln … to mu się udało. Jest na necie do znalezienia kilka opisów takich „pranków” gdzie ktoś brał np. Sanyo JA 220 oraz Grundig Box 650a (wyglądające razem jak szemrane towarzystwo z rynku z Berlina Zachodniego) i szedł do salonu audio i ten zestaw faktycznie grał lepiej niż zestawy dla dandysów ze średnio wypchaną kieszenią, bo 20k wydane w salonie audio to zdecydowanie bieda. Ja w to wierzę. Słuchałem takich i takich zestawów.

ALE

Ja nie szukam zestawów konkurujących z technicznym, biednym, audiofilskim brzmieniem za 20k. Nie po to schodziłem z drogi wyścigu zbrojeń i wyścigu portfela aby znów na niej stanąć, ale w innym uniformie. Zakwestionowałem mistrza i za sugestią jednego z jego ex-apostołów, Kamila z Pszowa zacząłem robić to co przez chwilę było sztandarem naszej nowej audioreligii:

„łącz germańskie piece z angielskimi skrzynkami”

Dlatego właśnie upolowałem Celestion Ditton 15. Ale wciąż miałem niedokończone porachunki ze wzmacniaczami Grundiga. R500 był ledwie przystawką. Sanyo JA 220 i 222 (to konstrukcje bliźniacze do Grundiga V1700, będące takimi samymi legendami) były szokująco ciekawe, niemiłosiernie liniowe i poprawne. V7200 to już była petarda. Ale na końcu tej drogi był jeszcze jeden germański wojownik przebrany w cyberpunkowe wdzianko. 

Grundig V7000

Pierwszego wylicytowałem na niemieckim eBay. Za całkiem sporą kwotę, niecałych 700 zł z przesyłką. Licytowałem jak małpa banany. Po prostu chciałem go kupić. Jego opis to tiptop 100% sprawny. I taki był… przez pierwszy dzień. 

Podpinałem go na przemian do Grundig Box 1500a Professional, czyli dedykowanych mu kolumn oraz do Celestion Ditton 15, czyli wg nowej audioreligii. Siedziałem na fotelu i mówiłem do siebie prostymi słowami … „tak tak tak… nie wierzę… nie wierzę…. tak…„. Przejechał mnie Panzerkampfwagen VI Tiger a chwilę później przeleciał nade mną Messerschmitt BF 109.

Grundig V7000 został wypuszczony na rynek w 1983 roku. Wygląd dokładnie oddaje modę tamtych czasów. Połączenie plastiku i metalu. Suwaki zamiast pokręteł. Pewnie wtedy wydawał się szczytem mody, yuppie i „american psycho„. Dziś to raczej skarpetki naciągnięte na jeansy, ale liczy się dusza, prawda? 

A zagrał w sposób tak gęsty, tak pełny i co jest jego największą cechą – z każdych, nawet średniej wielkości kolumn potrafił wydobyć gigantyczny, ale całkowicie kontrolowany, szybki bas. Zamknięta konstrukcja boxów 1500aprof byłą największym przyjacielem basisty i stopy perkusisty. Ale najwięcej działo się w muzyce, której ani Grundig V7000 ani boxy 1500a prof, ani tym bardziej Ditton 15 nie byli w stanie przewidzieć – w muzyce elektronicznej… która dopiero miała się na świecie pojawić za kilka lat. 

The Future Now!

Połączenie Grundig V7000 i Celestion Ditton 15 jest ze mną do dzisiaj. Określam je jako zestaw idealny do elektroniki. Na niczym innym nie potrafi tak zagrać Daft Punk czy Yello. Membrany bierne Dittonów pracują jak widlasta V8-ka w sportowym BMW. Ale nie jest to wyżyłowana moc jak w japońskich ścigaczach. W tej całej swojej grubości i potędze jest to wciąż dźwięk bardzo liniowy z poszanowaniem każdej części pasma. Można powiedzieć, że to dźwięk audiofilski, z ekstra pierdolnięciem na dole 🙂

Ale czemu parę akapitów wyżej napisałem, że był taki tylko przez pierwszy dzień?

Bo ten tip-top wzmacniacz opisany przez sprzedającego po jednym dniu wystrzelił mi bezpiecznik termiczny na jednym kanale. Nie powinienem się do tego przyznawać, bo mój serwisant mnie za to zrównał z ziemią, ale … przylutowałem ramię bezpiecznika termicznego normalną cyną i … słuchałem dalej. I ta cyna po kolejnych godzinach już tak łatwo się nie poddała, jak ta specjalna, która „ma puszczać” po przekroczeniu pewnej temperatury. Bezpiecznik termiczny to po prostu „sprężynka” która ma puścić kiedy temperatura roztopi cynę, wtedy mechanicznie sprężynka rozpina obwód. Po zlutowaniu bezpiecznika normalna cyną puściło kolejne najsłabsze ogniowe. W przypadku mojego V7000 – najbliższy rezystor w obwodzie po prostu się spalił..

Zawiozłem go do serwisu ze łzami w oczach. Przez ten jeden dzień był spełnieniem moich marzeń… a teraz nawet nie wiem czy będzie żył….

Co jest najlepsze na potencjalną żałobę po najlepszym wzmacniaczu świata? Odpowiedź: zakupy na eBay… Podkręciłem się trochę za mocno i zacząłem licytować wysoko dwa kolejne V7000. Po kilku dniach okazało się, że wygrałem…. oba… dodatkowo z serwisu wrócił mój pierwszy. Zostałem więc w krótkim czasie szczęśliwym posiadaczem jednojajowych trojaczków V7000. 

na zdjęciu tylko dwa, bo trzeci jeszcze był w serwisie

Mam je wszystkie do dziś. Choć jednego wystawiłem na sprzedaż po cenie kupna, to takich fanatyków takich jak ja chyba za wielu nie ma. Trochę mnie do dziwi, bo Grundig V7000 to bezapelacyjnie najlepszy wzmacniacz Grundiga jaki miałem okazję posłuchać.  Gdyby sprzedać go lepiej marketingowo – miałby potencjał aby stać się legendą na miarę NAD 3020.

Kenwood KR-3600 – Liquid Spirit

Za każdym razem kiedy podłączam sprzęt, którego dawno nie słuchałem i okazuje się, że w jego sposobie reprodukcji muzyki jest dusza i fragmenty magii ogarnia mnie smutek. 

Przede wszystkim dlatego, że dokonuję pewnej personifikacji swoich kolumn i wzmacniaczy, każdy z nich ma miejsce w notatniku mojego serca, zapamiętuje w jaki sposób znalazł się w moich rękach, jakie ewentualne naprawy musiałem zrobić, w jakich konfiguracjach je łączyłem i kiedy grał dobrze a kiedy gorzej. W mojej głowie tworzy się matryca zestawień. 

I kiedy po czasie włączam długo nie słuchany sprzęt, a on daje mi w zamian wciąż te same piękne dźwięki czuję się źle. Czuję się jakbym nie głaskał psa, któremu należy się głaskanie. 

Kenwood KR-3600 

Taki amplituner dziś wyciągnąłem ze sztapli zapomnienia. Wymieniłem jedną przepaloną żarówkę 6V na identyczną (nienawidzę mody na zmianę oświetlenia na ledy, żarówki 6V są coraz bardziej towarem „vintage” i chyba muszę powiększyć swój zapas), podłączyłem kabelki do KEF’ów Concerto i włączyłem winyl Gregorego Portera. 

Kilka słów o budowie:


Kenwood KR-3600 to amplituner z 1976 roku. Według klasycznego designu lat 70-tych połowa frontowego panelu zajmuje skala radiowa. W tym modelu podświetlona na turkusowo-bursztynowy kolor. 

A poniżej:

  • gniazdo słuchawek na dużego jacka
  • selektor wybory kolumn (off – czyli dźwięk idzie tylko na słuchawki, para A, para B, obie pary razem
  • regulatory: bass, treble, balance
  • gałka głośności
  • tape monitor
  • pokrętło skali radiowej
  • selektor wejścia (AM, FM, phono, aux)

Na skali radiowej mamy jeszcze 4 mniejsze przyciski:

  • power
  • high filter
  • loudness 
  • przełącznik mono/stereo dla fal radiowych

Z tyłu już bardziej nowoczesne wejścia (względem starszych wzmacniaczy niemieckich czy holenderskich, o których ostatnio dużo pisałem) czyli klasyczne RCA (poza zdublowanym DIN5 dla pętli magnetofonowej), a zaciski głośnikowe na widełki lub gołe kable. 

* * *

Ponieważ pierwszy raz wspominam tutaj o firmie Kenwood, muszę zaznaczyć, że nie jest to pierwszy Kenwood w moim domu. Tym pierwszym był Kenwood Cooking Chef XL, czyli zaawansowany wszystkorobiący robot kuchenny. W świadomości dzisiejszego statystycznego człowieka marka Kendwood chyba dużo bardziej kojarzy się kuchennym AGD niż ze światem domowego HIFI.

A kiedyś była to firma, która ścigała się z najlepszymi kiedy stawka szła o to, kto wypuści na rynek największy, najpotężniejszy, najmocniejszy monster receiver…

Moim głównym spostrzeżeniem, jako człowieka wyrwanego ze smutku rzadko słuchanych wzmacniaczy było to, że ten budżetowy Kenwood KR-3600 gra bardzo nie-po-japońsku. A raczej nie-po-tanio-japońsku. Bo Japonia to całe gigantyczne uniwersum sprzętu vintage, który kosztował i kosztuje miliony jenów, nieczęsto pojawiał się w europie i jest świętym Graalem wielu audiofili. 

Ale sprzęt japoński ma też drugie oblicze, to bardziej nam znane. Tani japoński sprzęt wykończył wiele europejskich firm. Nie tylko tych największych niemieckich ale też na przykład szwedzkiego Mirscha, gdzie sam Olle Mirsch stwierdził, że nawet zestawy do samodzielnego składania kolumn na wzór mebli IKEA wciąż będą droższe od japońskiego potopu taniego hifi. Ale na temat Olle Mirscha przygotuję niedługo osobny wpis, bo historia jest tego warta. 

Generalne w mojej opinii tanie amplitunery i wzmacniacze Pioneera, Akai, Toshiby i innych japońskich marek mają w sobie pewna suchość. Ich piękny wygląd często jest tylko fałszywą zapowiedzią ciepłego, zbliżonego do lampowego brzmienia. A jako takie są opisywane na serwisach aukcyjnych. Szczęście, jeśli kupujący zestawi je potem z ciemno grającymi kolumnami, ale jeżeli połączy je z jasnymi bądź nawet neutralnymi dostanie w zamian pustynie Gobi, czyli taki step, taką półpustynię. 

Uprawiając przypadkowy slalom na owej półpustyni między japońskimi tanimi amplitunerami z drugiej połowy lat 70-tych Kenwood KR-3600 jest jak oaza. Jego brzmienie jest ciepłe, głębokie i spokojne. 

Warto wyjąć go z „worka tanich Pioneerów” i zaproponować jako naprawdę dobry początek dla kogoś, kto chce w niewielkich pieniądzach (500-600 zł) rozpocząć przygodę z vintagowym audio i nie zawieźć się na wstępie. 

 * * *

A dzisiejszy wpis sponsoruje Gregory Porter i album Liquid Spirit, który przesłuchałem w całości dwukrotnie.

Philips 22RH590 – Play

Są takie małe skrzyneczki, które całkowicie rozwalają mi system. Są tanie i przepięknie grają. Mam na myśli kilka starych, i jeszcze tanich NADów … ale NADy są ładne inaczej. Albo seria JA od Sanyo. Kiedyś była bardzo tania, co prawda wyglądają śmietnikowo, ale grają fenomenalnie liniowo. Jest kilka trochę większych skrzyneczek od Saby, Elaca czy ITT, które grają równie przepięknie.

Ale raz na jakiś czas zdarzy się mała skrzyneczka, która jest:

  • tania
  • wygląda bardzo ładnie
  • gra wybitnie, wręcz fenomenalnie

Eksplorując serię Philipsów RH, w której uniwersum wchodzę powoli, od roku, (choć ostatnio trochę przyśpieszyłem), trafiłem na jeden z tych wzmacniaczy, z bardzo dobrą prasą, który po trzech dniach słuchania mogę z całą odpowiedzialnością określić, jako wybitny

Philips 22RH590

Zacznę od tyłu.

Na tyle tego wzmacniacza widnieje umieszczony w pionie napis TROPICALIZED. Nie dawało mi to spokoju i zajrzałem w google, aby poszukać czemu na tym i być może innych Philipsach z początku lat 70-tych umieszczano ten napis. Odpowiedź jest banalna: te wzmacniacze były przystosowane do warunków tropikalnych i były w stanie wytrzymać wysoką wilgotność i wysokie temperatury. Ot cała tajemnica 🙂

Poza tym klasyka z tamtych lat, z tamtych rejonów:

  • wejścia głośnikowe DIN2 z odczepami na 4 lub 8 ohm (w zależności od orientacji wtyczki, trzeba zwracać uwagę przy wkładaniu) 
  • trzy wejścia DIN5: TAPE, TUNER, oraz PU czyli gramofonowe z selektorem wkładki, ceramic cristal oraz hificeramic dynamic
  • wybór napięcia
  • skrytka z łatwym dostępem do bezpieczników

 

Na froncie bez zmian.

  • włącznik ON-OFF 
  • żarówka informująca czy wzmacniacz jest włączony
  • wybór źródła: gramofon, tuner, tape
  • RUMBLE – filtr górnoprzepustowy
  • SCRATCH – filtr dolnoprzepustowy
  • MONO
  • cztery klasyczne gałki: volume, balance, bass, treble

Włączenie „rumble” po prostu odcina dudnienie basów. Zaś „scratch” pozbawia brzmienia tzw. smażenia. Jedna i druga funkcja musiała być stosowana przy korzystaniu z gramofonu. Kiedy zbyt głośne basy wprawiały pomieszczenie, a w tym również mebel, na którym stał gramofon, odcięcie basów sprawiało, że dało się dalej głośno słuchać bez rezonansów na ramieniu/igle gramofonu. Scratch stało w opozycji i w przypadku zniszczonych płyt winylowych, strzelających i smażących – odcinało górę pasma, czyli tę, gdzie najbardziej słyszalne są niepożądane skutki zniszczonych płyt.

W przypadku podłączenia źródła cyfrowego żadnego z tych filtrów nie trzeba używać. Wszystkie gałki na zero i można zaczynać ucztę. 

* * *

I tu praktycznie kończy się moja elokwencja. Bo ten wzmacniacz nie gra lepiej niż Telefunken V201a ani kilka innych tuzów, które miałem przyjemność postawić na szafkę w ostatnich miesiącach. Ale nie gra też gorzej, a jest dwu-trzykrotnie tańszy! I ma w sobie tę jedną jedyną cechę, która pojawia się kiedy wszystko się łączy ze sobą i idealnie zespala w całość: jakość brzmienia, liniowość, głębia i atmosfera. Oczywiście to tylko słowa, każdy może je interpretować inaczej, ale u mnie objawiają się taki sposób, że kiedy przestaje mi brakować czegokolwiek to nie przełączam utworów…

…zaczynam być ciekawy bardziej jak zabrzmi kolejna sekunda utworu, który właśnie słucham niż pierwsza kolejnego. Przestaję taki wzmacniacz testować, a zaczynam słuchać muzyki.

O ile „testowany” przeze mnie kilka tygodni temu Philips 22RH580 pozwolił mi na KEFach Cantor wysłuchać całego Waiting For the Sun – The Doors i chwaliłem go za to, że świetnie odnalazł się w muzyce swoich czasów, tak ten, 22RH590 gra całą „audiofilską śmietankę” bez zająknięcia. A dodatkowo chcąc posłuchać Moby’ego – Everloving…. słucham właśnie całej płyty Play, choć nawet nie za bardzo lubię Moby’ego. 

Czy odpowiedzialne za taki urok tego Phlipsa są tranzystory germanowe AD149? Czy może po prostu specyficzne strojenie sprzętu w tamtych czasach.  

Ten wzmacniacz, owszem, nosi sygnaturę HIFI, czyli sprzętu lepszego niż zwykły, sprzętu zapewniającego wysoką wierność, ale to wciąż był sprzęt sklepowy, marketowy, tani. Taki odpowiednik dzisiejszego soundbara z marketu… I to jest jednak smutne. Sklepy dziś sprzedają to co podoba się klientowi. Nikt nie chce nikogo unieszczęśliwiać na siłę. A dzisiejszy klient nie jest zainteresowany sprzętem HIFI. Taki, który jest – przyjdzie do audiofilskiego salonu, ale nie dość, że wyjdzie z niego w samych skarpetkach, to potem go jeszcze obśmieją w internecie, że poszedł kupić podstawki pod kable i pozłacany USB. Abstrahując od audio voodoo, nowy dobry sprzęt jest drogi, nawet bardzo drogi. Rozwiązaniem jest vintage. 

Sam nie wiem, czy to ostatnie chwile, kiedy tak dobry sprzęt używany jest tak tani i za chwilę będzie drogi w kosmos, bo ludzie się zorientują, że dobre stereo to nie soundbar, a na salony hifi ich nie stać. Czy może całkiem niedługo nikogo nie będzie to interesować audio i taki bohater dzisiejszego wpisu Philips 22RH590 w najlepszym wypadku stanie gdzieś w rogu muzeum obok telegrafu i telefonu z tarczą. 

* * *

Na koniec reklama z holenderskiego czasopisma z początku lat 70-tych. Trzy ze sprzętów ustawionych w wieżyczkę aktualnie za zmianę słucham 🙂