Grundig V7200 + 1500a Prof – Partners in Crime

Partnerzy w zbrodni nad audiofilskim mitem świata. 

Masz iść do salonu audio i wydać kupę kasy. To jest narracja, która ma sens, jeśli chcesz pójść bezpieczną ścieżką. Używany sprzęt jest tańszy, czasem znacznie, ale jest też druga strona – bywa niesprawny, bądź częściowo niesprawny, albo naprawiany jest sznurkiem. Nidy nie masz pewności, czy słyszysz to, co masz usłyszeć. Bywa też czasem po prostu stary i elektrolity zwyczajnie nie trzymają parametrów. 

Ale zamiast iść do salonu audio i zaryzykować wydanie kupy kasy na sprzęt, który podoba Ci się w laboratoryjnych warunkach, można zaryzykować wydanie ułamka tej samej kasy na sprzęt, który oczywiście może okazać się miną – ale jeśli wszystko się uda – dokona zbrodni doskonałej na Twojej potrzebie wydania kasy na nowe audio. 

* * *

Na podstawkach w moim salonie, tuż obok majestatycznych Infinity R90 stanęły Grundigi 1500a professional, dla znajomych po prostu 1500aprof. Słuchałem ich z rekomendowanym przez znawców Sanyo JA220. Grało fajnie, ale… te Grundigi miały zbyt zgranulowaną górę pasma i ilekroć wyciągałem z garażu Sonus Fabery Concerto Domus (wiem, że to nie ta liga, ale Sonusy nie były moje, a jedynie przechowywane podczas remontu domu kolegi) to czułem, że referencja górnego pasma jest jednak odległa (na korzyść Sonusów). 

Z drugiej strony, kiedy zamknięte skrzynki 1500aprof miały ogarnąć krótki i szybki bas, to te 6 razy droższe Sonusy zachowywały się jak włoski napastnik sfaulowany na połowie przeciwnika. Typowy mecz Niemcy – Włochy w latach 90-tych ubiegłego stulecia.

Połączenie japońskiego wzmacniacza i niemieckich kolumn miało swoje zalety, ale z perspektywy brakowało w tym brzmieniu romantyzmu i poezji. 

Co można zrobić kiedy w japońsko-niemieckim połączeniu czegoś brakuje? Odpowiedź jest oczywista, ale zanim na nią wpadłem postanowiłem dodać jeszcze więcej czegoś niemieckiego i japońskiego!

SONY TA-1630

Ten Sony jest mały. Zazwyczaj, kiedy chcemy określić charakter kogoś małego, mówimy, że to mały diabeł, albo mały, ale wariat. W tym przypadku było zupełnie inaczej. Ten mały SONY TA-1630 był aniołem dla 1500aprof. Po tygodniach słuchania detalicznego, żołnierskiego dźwięku nagle ten drobny samuraj zaczął śpiewać zwiewne haiku na cześć germańskich skrzynek:

1500aprof choć wyglądają jakby 

projektowali je w luftwaffe

z drobnym samurajem 

delikatnie trzęsą bambusową podstawką 

na kable


Po tygodniach ukojenia sprzedałem tego Sony znajomemu z osiedla obok, od którego kilka miesięcy wcześniej odkupiłem Luxmana (o tym innym razem). Wcześniej miał Grundiga V7000. Ale sprzedał go zanim zdążyłem zaproponować ewentualną wymianę. 

Grundig V7200

Grundig V7200 to jeszcze nie jest V7000, ale jest jego 95%-tową namiastką. Nie warto go przesyłać pocztą ani innym kurierem. Łamie się straszliwie. Dwa razy złamał się nadany do mnie i niestety raz również złamał się nadany przede mnie, choć myślałem, że zapakowałem go jak na wojnę. Wysyłany przez allegro ze smartem – udało się odzyskać kasę, tak samo przez OLX jaki i przez InPost – jestem żywym przykładem, że oddali 100% kasy za zniszczenie Grundiga. Jedyny raz kiedy się nie udało, to kiedy kupowałem go z eBay.

Deutsche Post: „nieeeee, to nie my, proszę spierdalać, to DHL Poland go uszkodziło”

DHL Poland: „nieeee, to nie my, proszę spierdalać, do Deutsche Post go uszkodziło”

Pytam więc: A czy wy czasem nie jesteście tą samą firmą!?

DP oraz DHL: Być może tak, ale teraz z tą reklamacją proszę spierdalać!

Podkreślę raz jeszcze, ja naprawdę jestem wojownikiem, który udowodnił prawdę i wygrał z allegro, olx i inpostem (być może te trzy wspomniane firmy po prostu grały uczciwie) ale mając takie same argumenty przegrałem z DHL i Deutsche Post.

* * *

Kiedy, finally, mój trzeci egzemplarz V7200 dotarł w całości:

– Wow, woooow, o kuuuuuu, wow. JAKI TO MA BAAAASSS!


Wielokrotnie w życiu zachwycałem się przestrzenią, sceną, coraz częściej barwą, ale mając w domu nawet tak wielkie skrzynki jak Infinity R90 nigdy do tej pory nie zostałem tak popieszczony niskimi pasmami. Być może brzmi to jak podniety kierowców BMW z subami pod tylną półką, ale każda muzyka ma pełne prawo poczuć wibracje w najniższych rejestrach. Fundament basowy V7200 w żaden sposób nie naruszał średnicy i góry pasma. To nie było pójście na łatwiznę i podkręcenie barwy. To była przemyślana filozofia cyberpunkowego Grundiga z początku lat 80-tych, aby zaspokoić gusta wszystkich:

  • pospolitej młodzieży dając im soczyste i gęste basy
  • rodzącego się wśród świata yuppie środowiska audiofilskiego – dając im genialny wzmacniacz
  • księgowych – upychając tak dobrą elektronikę w tanie i tandetne pół-plastikowe pudełko   

 

Grundig V7200 + 1500a professional stali się partnerami w zbrodni. Tytułowym przestępstwem było zaprezentowanie brzmienia, za które w salonie audio trzeba było zapłacić 10-krotność. I absolutnie nie było to ostatnie przestępstwo jakiego dokonał ten duet. 

Mówi się, że jeśli rozsmakujemy się w brzmieniu V7200 to naturalną kontynuacją jest V7000 jako ten, który robi to samo, ale jednocześnie jeszcze bardziej i jeszcze szlachetniej. 

To był mój kolejny krok. Ale zanim go wykonałem wydarzyło się coś, co zrzuciło z podstawek 1500aprof…

cdn

Schwarzwälder Apparate-Bau-Anstalt czyli Królowa SABA

SABA Studio IIA

Schwarzwälder Apparate-Bau-Anstalt, czyli Instytut Budowy Aparatury w Schwarzwaldzie.  

Tradycyjnym miejscem budowy zegarów z kukułką jest właśnie Schwarzwald. W XIX wieku również założyciel firmy, a raczej instytutu, którego nazwa w skrócie to SABA zaczynał od zegarmistrzostwa. 

Od zegarmistrzostwa do produkcji zaawansowanego sprzętu HI-FI dzieliło Instytut Budowy Aparatury tylko kilkadziesiąt lat i dwukrotne przejście firmy z ojca na syna czyli na wnuka. O sprzęcie, który produkowała SABA na przełomie lat 60/70 trochę czytałem i coraz więcej słyszałem od znajomych, którzy tak jak ja wsiąkli w audio-vintage. Są pewne modele kolumn, na które poluje w oryginalnym, niemodyfikowanym stanie, oraz kilka amplitunerów. 

Jeżeli chodzi o klasyczne amplitunery, to sprawa robi się podobna jak z opisywanym wcześniej Telefunkenem V201a. Można je kupić tanio, albo wcale. Aczkolwiek bywają jeszcze w rozsądnych cenach i można niedużym kosztem przekonać jak grają w praktyce. 

Wczoraj zeszedłem do zaprzyjaźnionego komisu meblowego w Sopocie, który czasem razem ze starymi meblami ze Skandynawii zwozi także to, co na owych meblach stało – czyli vintagowe audio. Sprzęt nie jest tam zbytnio wyeksponowany, rozstawiony jest w półmroku na magazynowych półkach, zakurzony i czekający w hibernacji na swojego nowego właściciela. Obok jednego z amplitunerów przechodziłem już kilka razy w ostatnim roku. Stał na najniższej półce w przejściu. Trzeba było kucnąć w dość niewygodnym miejscu i nachylić się na sam dół aby odczytać jego nazwę. No i wczoraj w końcu kucnąłem, przetarłem front kurzu i odczytałem nazwę, która dosłownie mnie zelektryzowała. SABA Studio IIA. 

Na pierwszy rzut oka nie wyglądała tak dostojnie, ale kiedy spróbowałem ją chwycić, to nie spodziewałem się 15 kg wagi. Poprosiłem o podłączenie, udało się znaleźć kolumienki z końcówkami DIN2, ale wtyczki do wejścia linowego z końcówką DIN5 nie udało się wyszukać. Krótko przetestowałem amplituner na sygnale radiowym. A sygnał radiowy często bywa nie dość dokładny i przedmiotem mojej oceny była nie pełna sprawność sprzętu a jedyne to czy się włącza i jakkolwiek gra na obu kanałach. 

Po krótkich negocjacjach SABA Studio IIA trafiła do mojego bagażnika i wspólnie udaliśmy się do domu.

1966 rok… starsza ode mnie o ponad 10 lat. Wykonanie solidne. Skrzynka drewniana w bardzo dobrym stanie. Szklany front, bez pęknięć. Oświetlenie sprawne, ale wymieniane – ktoś zastąpił oryginalne żółte światło na chłodniejszą biel.  Podłączam i….

… jeden kanał gra poprawnie, ale drugi lekko przesteruje. Kiedy odsłuchiwałem sprzęt w sklepie zrzuciłem te zakłócenia na niedoskonałość fal radiowych. Niestety zarówno radio, wejście liniowe jak i wejście gramofonowe dawało taki sam efekt. Poruszałem wszystkimi gałkami i przyciskami… niestety bez efektu.

Ciekawostka: panel z gniazdami, który zazwyczaj jest z tyłu sprzętu – tutaj znajduje się z boku za zamykanymi gustownymi drzwiczkami.  

Pierwsza myśl byłą ta najbardziej oczywista – oddać do serwisu, ale postanowiłem otworzyć drewniane pudło i wyjąć królową ze środka, pooglądać, podotykać, być może znaleźć winnego w sposób wizualny. No i… BINGO! Z siedmiu kabelków idących do lewej końcówki mocy jeden po dosłownie dotknięciu odskoczył od luta. Kilkanaście minut później w niepokojem włączyłem radio… dźwięk potrzeszczał, postrzelał, poszumiał i po kilkunastu sekundach się unormował. WOW! Czyste szczęście, że znalazłem to miejsce i udało się tak łatwo naprawić. 

Jednak przede mną ktoś już tutaj był. Widać wymienione kondensatory zasilacza, wspomniane oświetlenie oraz … odlutowany i zaizolowany kabelek zielonej żarówki od stereo… Nie jestem w stanie pojąć dlaczego ktoś to zrobił. Nawet jeżeli zielone światełko stereo komuś przeszkadzało, to nie łatwiej wykręcić żarówkę? 

Złożyłem SABĘ w całość i włączyłem do pierwszych odsłuchów.

Jej brzmienie zmieniało się przez cały wieczór. Nie potrafię określić czy wpadam w tematy voodoo, czy to po prostu adaptacja ucha, czy po prostu niegrane przez dekady elektrolity muszą się na nowo ułożyć. 

 

Pierwszym wrażeniem był fenomenalny fundament basowy. Pełny, głęboki i szybki. Ale środek i góra nabierały pewnej szorstkości i przesadnej gęstości. Dźwięk się jakby granulował. Studyjne, wyidealizowane nagrania audiofilskie brzmiały bardzo bardzo dobrze, ale już zwykła muzyka z lat 60/70 czyli z lat kiedy ten oparty o germanowe tranzystory amplituner został zbudowany – już gorzej. Kiedy po dwóch godzinach słuchania wyszedłem na spacer z psem poczułem jakbym zjadł trzy kawałki tłustego tortu. Pyszny pierwszy kęs…. ale już druga dokładka głównie po to aby nie zrobić przykrości cioci.

* * *

Drugie podejście nastąpiło wieczorem. Elektrolity pewnie są stare i wymagają sprawdzenia czy trzymają parametry i ewentualnej wymiany. Amplituner w trakcie włączania kilkanaście sekund szumi i trzeszczy, po czym zapada cisza i muzyka zaczyna grać czysto. Tym razem, siedząc na krawędzi fotela zaczynałem wpadać w niedowierzanie. Te same kolumny (Celestion Ditton 15), ten sam amplituner, ta sama muzyka i …. kompletnie inna otwartość dźwięku. Cały czas dokładnie za sama silna, charakterystyczna dla niemieckiego sprzętu z tamtych lat, podstawa basowa ale do tego zwiewna, przestrzenna góra. 

Spojrzałem na Telefunkena V201a, przeniosłem wzrok na Grungida V7000, potem na jego starszego wujka czyli lampowego Stereomeistera 35 i raz jeszcze na SABĘ i przeszła przez moją głowę myśl:  

„Czy ja przypadkiem nie słucham właśnie najlepszego niemieckiego wzmacniacza ze wszystkich, które mam lub miałem w rękach?”


 

Telefunken V201a – Enter the Dragon

Długo polowałem na ten piec. Jego brzmienie żyło w opowieściach osób, które już go słuchały. Jeszcze zanim dotarł do mnie był już legendą.

Telefunken V201a czyli klasyczna Vka od TFK

 

Ten wzmacniacz można kupić albo bardzo tanio albo wcale. Brzmi jak paradoks, ale tak właśnie jest. Szukając w całej Europie po prostu go nie ma. Jeśli się pojawia to najczęściej wystawiony na ebay albo kleinanzeigen przez wnuczka niemieckiego audiofila, który obrócił się w proch. Często taki wzmacniacz odstał swoje na strychu lub piwnicy i wystawiany jest z symboliczną cenę 50 euro. Niestety znika w ciągu kilkunastu minut. Nawet jeżeli dalej widoczny jest na aukcji to tylko dlatego, że nie został zdjęty na czas ale fizycznie i tak go już nie ma. Następny sprzedający widząc w historii, że właśnie za tyle poszedł (czyli tanio) daje podobną cenę… i również sprzedaje go w kilka minut.

A kiedy ktoś już go kupi to istnieje bardzo niewielka szansa, że będzie chciał odsprzedać. Naprawdę niezmiernie rzadko trafiają one na tzw. trzeci krąg sprzedaży. A jeżeli już – to egzemplarze z wadami, najczęściej ukrytymi. 

Jaka powinna być jego cena? Ciężko to oszacować, bo poza samym brzmieniem na jego cenę wpływa trudność w zakupie, konieczność niezbyt taniego serwisu, legenda… Gdybym miał kupić go raz jeszcze i miałbym pewność, że otrzymam egzemplarz po prawdziwym serwisie, grający w niezmienny sposób kolejne 30-40 lat to cena 500 euro byłaby ceną bardzo bardzo okazyjną. Ale gdyby zestawić go z nowym sprzętem z salonu audio to mogłyby już iść iskry niedowierzania z mózgów ludzi trzymających kable na podstawkach. Piszę to z pełną odpowiedzialnością: ciężko szukać do 20.000 zł nowego wzmacniacza, który by nawiązał rywalizację z Telefunkenem V201a. 

Historia mojego egzemplarza jest klasyczna. 

Aby trafić na niego, musisz sprawdzać hifishark każdego dnia. One pojawiają się i znikają. Bardzo rzadko w taki sposób aby wystarczyło kliknąć „kup teraz” i w introwertyczny sposób bez wymiany zdań dokończyć transakcję. Czasem pojawi się taki na Węgrzech i wtedy trzeba kombinować w języku bratanków. Czasem w Austrii ale trzeba samemu jechać w Alpy aby go odebrać. Mój pojawił się po prostu w Niemczech. Stan kiepski, nie wiadomo czy sprawny, ale po włączeniu dioda power się pali. Brak wysyłki. Piszę więc z użyciem AI wiadomość do potomka zachodniego okupanta czy istnieje możliwość wysyłki do Wolnego Miasta Gdańska. Nie wiem czy chciał mnie spławić czy nie, ale odpisał, że za dodatkowe 35 euro wyśle. Zgodziłem się natychmiast. Szybki przelew z Revoluta i po kilku dniach legenda stała na mojej półce. 

Szkoda… że grał tylko jeden kanał.

Nie przejąłem się tym zbytnio. Nie ma sprzętu, którego nie da się naprawić. Tego samego dnia zawiozłem go do jednego z gdańskich serwisów hi-fi, który nie raz ratował mnie zarówno w prostych jak i mniej prostych naprawach. Mijał czas, a odzewu nie było. Spokojnie czekałem niemal całe wakacje i w końcu musiałem odebrać sprzęt. Na tarczy. Ten kanał, który rzekomo nie grał – okazało się, że grał, ale bardzo cicho i nie była to kwestia balansu, przełącznika kolumny-słuchawki ani żadnego innego selektora. 

Moje szczęście polegało na tym, że mniej więcej w tym samym czasie poznałem K. z Białegostoku. Jakiś czas wcześniej kupił ode mnie Audiolaba 8000a i ujął mnie swoimi opowieściami w jaki sposób doprowadzał go do pełnej elektronicznej perfekcji. W końcu Telefunken V201a trafił na swojego 🙂 

Serwis został wykonany z absolutnie z poszanowaniem legendy i jej parametrów. I nie polegał on tylko na znalezieniu luźnej nóżki winnej cichego grania jednego kanału ale został wykonany gigantyczny przegląd każdego łącza, każdego elementu i wymieniony został każdy elektrolit nie trzymający parametrów wg. serwisówki. 

Lista jest obszerna. 


Obudowa i chassis:
 

  • Odkurzenie całości.
  • Czyszczenie panelu przedniego, gałek oraz nakładek przełączników środkiem Tenzi APC IN (usuwa zanieczyszczenia biologiczne, nie reaguje z metalami i lakierami).
  • Oczyszczenie obudowy środkiem Teak do fornirów.
  • Usuwanie rys oraz niedoskonałości obudowy nie było w zakresie przeprowadzonych prac, jak i również ze względu na wiek urządzenia nie podjęto się mycia wnętrza poza odkurzeniem (płytek PCB, czyszczenia potencjometrów).


Przedwzmacniacz gramofonowy:

  • Wyrywkowa kontrola kondensatorów o dielektryku stałym – w normie.
  • Wymiana kondensatorów elektrolitycznych – wycieki bądź poza tolerancją.
  • Wymiana kondensatorów elektrolitycznych na wejściu układu na MUSE.

Przedwzmacniacz:
 

  • Wyrywkowa kontrola kondensatorów o dielektryku stałym – w normie.
  • Wymiana kondensatorów elektrolitycznych – wycieki bądź poza tolerancją.
  • Naprawa zapadki przycisku Noise (nie zaskakiwał).
  • Naprawa przyczyny nierównomierności poziomów kanałów (jedno z wyprowadzeń kondensatora w torze audio nie było podłączone – podłączono według schematu).
  • Ze względu na wiek urządzenia nie podejmowano prób czyszczenia potencjometrów ani przełączników – pracują poprawnie. Czyszczenie utrudnione ze względu na rozbudowane połączenia drutowe oraz nitowane delikatne elementy – w przypadku uszkodzenia – brak możliwości zakupu oryginału.


Końcówka mocy:

  • Wyrywkowa kontrola kondensatorów o dielektryku stałym – w normie.
  • Wymiana kondensatorów elektrolitycznych – wycieki bądź poza tolerancją.
  • Wymiana past termoprzewodzących pod tranzystorami mocy.
  • Oczyszczenie punktów styków śrubowych kolektorów tranzystorów mocy.
  • Oczyszczenie warstw oporowych potencjometrów regulacyjnych.
  • Bypass przełącznika wyjścia (nitowany z ebonitu, naprawa droga / duże ryzyko uszkodzenia) pominięto na życzenie – w konsekwencji oba wyjścia (słuchawki/kolumny) działają razem, można korzystać z obu wyjść, przy odsłuchu na słuchawkach odpinając kolumny od urządzenia.

Zasilacz:
 

  • Wymiana kondensatorów elektrolitycznych części sterującej.
  • Wymiana pasty termoprzewodzącej pod tranzystorem mocy.
  • Oczyszczenie warstwy oporowej potencjometru regulacyjnego.
  • Wymiana wkładek bezpiecznikowych na wartości zgodne ze schematem.
  • Dobór mocowań i wymiana kondensatorów elektrolitycznych głównych – oryginalne 2500uF miały pojemność 920-1250uF oraz bardzo wysoki ESR, zastosowano Philips 2200uF/100V w wykonaniu przemysłowym o żywotności 15.000h i wymiarach zgodnych z oryginałem. Obecnie w typoszeregu pojemność 2500 nie występuje, jak i same elektrolity są produkowane z tolerancją +/-20%. 
  • Poprawa kontaktu żarówki podświetlającej wyłącznik sieciowy.
  • Przełączenie uzwojenia pierwotnego transformatora zasilającego z 220V na 240V.
  • Test rezystancji izolacji przewodu zasilającego – powyżej 1MOhm.

Kalibracja (Przeprowadzono według instrukcji serwisowej):
Przed regulacją -> Po regulacji

 

  • Stabilizowane napięcie zasilające – nominalnie 37V – 41,2V -> 37,0V
  • Offset wyjścia względem chassis – nominalnie 19V – kanał R 16,87V -> 19,01V, kanał L 18,96V -> 18,96V.
  • Bias – nominalnie 30mA – kanał R 26,44mA -> 29,4mA, kanał L 21,6mA -> 29,3mA
  • Korekta zadziałania elektronicznego ograniczenia mocy R/L – odkształcenie sinusoidy ustawiono zgodnie z instrukcją.
  • Obciążenie wzmacniacza rezystancją 4 Ohm @ 1kHz – test trwał 10 min z pełną mocą wyjściową – pracuje poprawnie, nie przegrzewa się, sygnał nie ulega wzbudzeniu ani zniekształceniu, oba kanały osiągają pełną moc zgodnie z założeniem producenta.

Wzmacniacz dziś do mnie dotarł. Mój znajomy zwrócił mi uwagę, że skoro na sprzęcie z końcówki jak 60-tych jest napis Hi-Fi to nie był on w tych latach umieszczany bez kozery. Wtedy to miano było dużo bardziej reglamentowane niż dzisiaj. 

Pierwsze wrażenie.

Nie jestem ekspertem od lamp. Mam tylko jedną. Kilka słyszałem u kogoś. Ale praktycznie zawsze kiedy o tranzystorze pisze się, że jest lampowy, że jest strojony jak lampa, albo dlatego, że pochodzi z początku lat 70-tych, z tego krótkiego przełomu, gdy tranzystory wchodziły na rynek i inżynierowie  robili wszystko aby tranzystory brzmiały jak lampy, albo dlatego, że w nowożytnych czasach jest strojony pod lampę, bo tak jest po prostu fajniej, to te tranzystory grają w określony lampowy sposób. 

I dziś na tę scenę wchodzi Telefunken V201a i mówi: może i jestem tranzystorem, ale gram tak jak lampy śnią po nocach aby grały. Jeżeli tylko dobrze potrafię określić brzmienie lampowe na podstawie moich skromnych doświadczeń to ten TFK V201a gra najbardziej lampowo z wszystkiego co w życiu słyszałem.

Na tym dziś skończę. 

Potrzebuję minimum kilku dni aby oswoić się z tym brzmieniem i porównać je najgorętszą konkurencją: malutkim Creekiem 4040, Grundigiem Stereimeister 35, NADem 317 czy Electrocompanietem ECI5 

NAD Stereo Integrated Amplifier 317

 NAD Stereo Integrated Amplifier 317

Prawie całą sobotę osłuchiwałem się z filigranowym Philipsem 22RH580 na tranzystorach germanowych. Ale on zasługuje na osobny wpis, bo zachwycał mnie krok po kroku coraz bardziej. Począwszy od odrestaurowanych KEFów Cantor, na których wysłuchałem całego Waiting For The Sun – The Doors, poprzez pierwsze legendarne Cresty (jedynka Led Zeppelin) aż po największe Concerto (wszystkiego po trochu). 

I kiedy miałem ponownie spięte Concerto postanowiłem przejść się do sąsiada i pożyczyć na odsłuch jego NADa 317… Okazja matką nowych odsłuchów. Miałem tylko zajść nakarmić koty podczas jego nieobecności, a wyniosłem ciężki jak dwunastopak mleka wzmacniacz NAD 317. 

Zawsze chciałem mieć NADa C370. Wielokrotnie jedno kliknięcie w „Kup Teraz” dzieliło mnie od stania się jego właścicielem. Potem C372… Ale za każdym razem kroczyłem alternatywną ścieżką. Najbliżej byłem kiedy przez kilka lat moim głównym piecem był NAD C350. Poznałem go dość dobrze i poprzez aproksymację przyjąłem, że C370 to po prostu takie same brzmienie, ale trochę „bardziej i więcej”.

Czy byłem w błędzie? Tego nie wiem, bo wciąż nie słuchałem ani C370 ani C372. Ale kilka dni temu do KEFów Concerto wpiąłem wielkiego i ciężkiego protoplastę największych NADów czyli NAD Stereo Integrated Amplifier 317.

Zajrzałem do danych technicznych:

Power output: 80 watts per channel into 8Ω (stereo)
Frequency response: 20Hz to 20kHz
Total harmonic distortion: 0.03%
Damping factor: 200
Input sensitivity: 165mV (line)
Signal to noise ratio: 104dB (line)
Dimensions: 435 x 128 x 383mm
Weight: 12.1kg
Year: 1997

Front klasyczny NADowy. Na tylnej ściance 6 wejść liniowych (w tym dwie pętle magnetofonowe) oraz wejście wyjście  pre out/main in, dzięki którym można używać wzmacniacza niezależnie jako preamp lub końcówkę. Można też przełączyć go w tryb mono i wykorzystać całą moc jakie jeden monoblok. Kiedyś tak bawiłem się z końcówkami 2200. 

Ale 317-tkę mam tylko jedną więc podpiąłem ją klasyczny sposób – jako stereofoniczny wzmacniacz zintegrowany.

ŁOOOOOO!

To była pierwsza myśl, jaka przeszyła moją głowę tuż po podłączeniu. Ależ moc! Pokrętło na godzinie 7-mej i już jest tak, że głośniej nie trzeba. Ogromny transformator. KEFy stają się przy nim lekkie jak piórko. Audiofilski szpitalny sznyt, czyściutkie brzmienie, ale absolutnie nie płaskie. Męczyłem te potężne KEFy słabymi wzmacniaczami a NAD po prostu wystrzelił je w powietrze. Jeżeli ktoś kiedykolwiek narzekał na ten wzmacniacz na forach, to chyba musiał mieć uszkodzony egzemplarz. 

I teraz pytanie? Czy 25 lat to już vintage czy jeszcze nie vintage? Czy vintage definiowany powinien być przez wiek czy charakter brzmienia? Ale vintage co cały wachlarz najróżniejszych typów brzmień. 

NAD 317 brzmi tak, że spokojnie może stawać w szranki z nowymi wzmacniaczami i konkurować brzmieniem na równych zasadach. Dobrze zrealizowane kawałki brzmią na nim jeszcze lepiej, ale te z gorszą realizacją – niestety zamiast maskować błędy, robią to co 95% audiofilskiego sprzętu – uwypuklają je. 

I tak: najnowsza płyta Trentmollera – szczyt i sufit brzmienia. Grało to tak, że lepiej po prostu nie potrzebowałem. Ale słuchana dzień wcześniej Roberta Flack już trochę odarta została z magii.

 * * * 

Po dwóch dniach poszedłem na grubo. Odpiąłem od Electrocompanieta ECI5 – Infinity Renaissance 90 i wpiąłem je w NADa 317 – jakby nie liczyć – w sprzęt 8 razy tańszy od ECI5. 

 

Mindfuck. Ogromny power. Włączyłem Freelove – Depeche Mode. Gahan w tym utworze śpiewa dość cicho, a za jego wokalem toczy się prawdziwa burza elektroniki. Ale na dobrych sprzętach spośród tej burzy głos Gahana jest czysty i czytelny. A za nim, stojącym centralnie na scenie wysuniętym metr do przodu, ściana dźwięku – im lepszy sprzęt tym ta ściana jest bardziej mocarna lecz wciąż selektywna. 

No i ten NAD zagrał to z takim chamskim powerem, z takim nisko kroczącym basem, że aż zaniemówiłem. Przepiąłem z powrotem na ECI5 i scena jednak jest tutaj czytelniejsza, piękna barwa, lekkość i … płaskość, brak powera.

Jeden klocek ma to, a drugi tamto. Jestem pewny, że gdyby zapytać większą grupę osób, to zdania, który zabrzmiał lepiej byłyby podzielone. Jako jeden z naprawdę niewielu nie ugiął się przed Infinity R90 i udźwignął je niczym Anatoly na siłce. Jedną ręką.

Przepinam do do KEFów Concerto i słucham dalej.

 

Kent Engineering and Foundry: KEF Cantor

Kiedy 25 lat temu siedziałem w pokoju odsłuchowym salonu hifi w Gdyni jako kontrpropozycję do Audio Physic Spark II podłączono kolumny marki KEF. Nie podobały mi się wtedy wcale. Audio Physic wygrał wszystko. Nie pamiętam jaki to był model KEF’ów ale tamto zdarzenie naznaczyło mnie do tego stopnia, że przez kolejne lata mając tak ogromny wybór sprzętu do bliższego zainteresowania się markę KEF po prostu omijałem. 

Ale marka dzisiaj – a ta sama marka 60 lat temu to mogą być kompletnie różne sprawy. I nie chodzi tylko o naturalny rozwój produktu wraz z rozwojem technologii, ale o zmianę filozofii marki, zmiany ekonomiczne czy wręcz właścicielskie. 

KEF dzisiaj ( a dokładnie od 1992 roku) to część GP Acoustics z Hong-Kongu. Ale wtedy… w latach 60 i 70 to było Kent Engineering and Foundry, z fabryką w Tovil, założona przez Raymonda Cooka. O takim KEFie tutaj będę pisał. I to pewnie wielokrotnie. 

Mój pierwszy KEF to ten najbardziej klasyczny: Cresta z 1967 roku. Ale dziś nie o nim…

Mój drugi KEF to ten największy ze złotej ery: Concerto z 1973 roku. Ale dziś też nie o nim…

Mój trzeci KEF to półkowy średniak z 21 sierpnia 1973 roku – Cantor

Skąd wiem, że z tego dnia? Ano z tej małej wbitej na zszywkę karteczki, która jest na każdym KEFie z tamtych lat, z datą złożenia, podpisem montera i jego przełożonego. Czad, prawda? 

 

Idea nazywania wszystkich kolumn na „C” jest mi szczególnie bliska. To element obsesji związanej w pierwszą literą nazwiska głównego konstruktora – pana Cooka. Gdybym ja był konstruktorem kolumn każda z nich zaczynałaby się na „K”. Choć po części ten plan udało mi się wdrożyć w życie…

KEF Cantor to klasyczne bookshelfy, czyli kolumny półkowe. I w tej nazwie nie chodzi tylko o synonim kolumn podstawkowych, czyli de facto częściej mniejszych niż większych. Ale takich, które praktycznie można umieścić na półce, na regale z książkami. I to w taki sposób, że nie będą się stamtąd wychylać – a idealnie wpasują się w głębokość statystycznej książki. 

12,5 cm – tyle wynosi ich głębokość. Do tego 47 cm wysokości i 28 szerokości. Te wymiary są już bardziej klasyczne i pasują do średniego monitora. Tylny kabel po prostu wychodzi z kolumny jak w tanich kolumienkach znanych z plastikowych wież stereo z lat 80/90. Ale to chyba wyłącznie efekt praktycznego podejścia i zachowania minimum głębokości. Terminale głośnikowe zawsze parę milimetrów by dodały. 

Jakość wykonania skrzynek jest … fatalna. Nie przetrwały drogi InPostem i dotarły do mnie (który to już sprzęt w ten sposób dociera?) w formie puzzli. Oryginalna biała okleina tak naprawdę okazała się zwykła malowaną na biało płytą pilśniową twardą!! Na zajęciach z ZPT w podstawówce robiliśmy karmniki dla ptaków dużo bardziej wytrzymałe! No i oczywiście od rzutów na magazynie InPostu kawałki płyty pilśniowej się pourywały. 

W pierwszej chwili – żałoba! W drugiej… rozkręciłem wszystkie głośniki aby sprawdzić czy szkód nie ma więcej we wnętrzu i czy zwrotnica cala. Skręciłem i podpiąłem pod TFK Hymnus. No i … pierwsza jasna gwiazdka na niebie – grają obie kolumny! Wszystkie 4 przetworniki sprawne!

A nie są to byle jakie przetworniki.

  • Tweeter: SP1032 (8Ohm)

Poza Cantorem montowny także: Cadenza(1970), Calinda(1976), Cantor(1971), Caprice(1973), Chorale(1970), Coda(1971), Concerto(1969), Corelli(1976), Cresta II(1970), 101(1979), 104(1973), 104aB(1976), CS1(1981), CS1A(1981), KEFKIT1(1974), KEFKIT 3(1969), 104aB KIT(1979), LS3/5A OEM(1975

  • Woofer/Midrange słynny B200 Series: 8” (203mm) w tej wersji SP1014 B200A 

Montowany również w Chorale (1970), KEFKIT1(1974) a w innych wersjach w całej plejadzie kolumn ze złotych czasów KEFa

* * *

Dzień drugi: prace parastolarskie. 

Zastanawiałem się cały wieczór jak podejść do renowacji tych skrzynek. Majsterkowanie to jeden z ulubionych sposobów na spędzanie czasu wśród nowoczesnych inżynierów – czyli ludzi pracujących w IT 8h przed kompem, a w głębi serca chcący pracować z heblem, śrubokrętem i piłą 🙂 Popytałem więc na lewo i prawo i spośród kilku pomysłów na nowe skrzynki, które ekonomicznie nie przerosłyby wartości głośników przynajmniej dwukrotnie  – zdecydowałem się na najłatwiejsze rozwiązanie.

 

Na początku skleiłem to co się rozleciało. Docisnąłem, poczekałem, wyszlifowałem, wyczyściłem i położyłem okleinę drewnopodobną. Jak na pierwszy raz, to jestem zadowolony 🙂

 

Maskownice są oryginalne i całe. Znaczki oryginalne i oba. Można więc powiedzieć, że uratowałem kawałek historii przed wyrzuceniem na śmietnik. 

I teraz kilka zdań o brzmieniu:

Pierwsze wrażenie: wow! Te kolumny nie mają takiej kubatury aby tak grać jak zagrały! Mimo wyłączonego loudness na wzmacniaczu musiałem się upewnić czy na pewno jest wyłączony. Znam dokładnie ten tweeter i bardzo go cenię, dlatego dziwię się, że gra on jakby głośniej i mocniej. To samo tyczy się basu. Po 15 minutach orientuję się, że po prostu ten efekt to wycofana średnica…. I mógłbym się w tym momencie poddać, stwierdzić, że są lepsze kolumny do słuchania… ale… tak jak przez 25 lat omijałem KEFy tak teraz czuję do nich specyficzny magnetyzm. 

Wystarczyło lekko przesunąć bas w lewo na TFK i pasma się wyrównały. Po kilku godzinach poszedłem krok dalej i spiąłem je z malutkim Creekiem 4040 S2. I wydarzyło się to, czego po części się spodziewałem. Ten Creek sam w sobie nie gra niskim basem, stawia na ekstremalną przestrzeń, scenę, lokalizację instrumentów. I to właśnie się stało – Creek 4040 S2 zaudiofilizował brzmienie KEF Cantor. Czasem to słowo brzmi jak obelga, czasem jak zaleta. 

W tym przypadku w parze ze sobą brzmienie się wyrównało, poukładało, nie było przekoloryzowane w żadnym kierunku, playlisty „do odsłuchów” zagrały poprawnie… Ale doszło coś jeszcze… doszło vintagowe przybrudzenie dźwięku. Przefiltrowanie go przez niedoskonałość. To jest właśnie ten magnetyczny paradoks sprzętu vintage. Brzmienie niedoskonałe potrafi być bardzo wciągające, zajmujące, chce się go słuchać godzinami… tak jak ja tę Panią cały kolejny dzień:

In search of the lost chord

Tym tytułowym zaginionym akordem, było „brzmienie Grundiga”. Poświęciłem miesiące poszukiwań aby zrozumieć, że ono nie istnieje. Bo to czego szukałem, to brzmienie GAT Audio – czyli bardzo mały wycinek z całej palety różnych brzmień Grundigów na przestrzeni lat. Wycinek, który bardzo przypadł do gustu słynnemu w grundigowych kręgach Panu Grzegorzowi, prowadzącemu grupy w social mediach właśnie o nazwach Grundig Hifi Poland i podobnych. GAT to rozwinięcie od Grzegorz Audio Tuning, albo Grundig Audio Tuning, lub trochę od jednego a trochę od drugiego. Ideą grupy jest generalnie to, że Pan Grzegorz paruje zestawy z szeroko pojmowanej grupy Grundiga (CD + wzmak + kolumny) i odpowiednio je opiniuje a czasem tuninguje. Takich rekomendowanych zestawów jest kilkadziesiąt a poziom rekomendacji każdego z nich jest wyrażany ilością kciuków w górę oraz przelicznikiem ceny do jakości. 

Oczywiście jest to idealny gotowiec dla wszystkich handlarzy na OLX i Allegro i zestawy z topki list śrubują ceny. Zasięg listy jest raczej krajowy, więc w PL tworzy się podciśnienie, które sprawia, że wiele tych sprzętów trafia do nas zza Odry, gdzie można kupić je po prostu taniej. 

Moje pierwsze strzały były losowe. W wspomnianym wcześniej wpisie kupiłem kolumny Grundig 312 i amplituner RTV360. Wtedy jeszcze nie byłem w pełni świadomy, że to sprzęt na tranzystorach germanowych i ma zarówno swoje wady i jak mnóstwo zalet. Chwilę później w sposób losowy (po prostu pojawiły się na niemieckim ebay w dobrej cenie) kupiłem Grundig Hi-Fi Box 416. Tym razem rekomendacją do ich kupna był Reduktor Szumu mówiący w jednym z odcinków, że praktycznie wszystkie Grundigi z zaokrąglonymi brzegami mają coś cudownego w brzmieniu.

 

  

Dobra cena 416-tek szybko okazała się zwykłą ceną, bo musiałem wymienić skruszałe zawieszenia głośników basowych. Ale dzięki temu uzyskałem poprawnie grające kolumny. Dokupiłem jeszcze jeden z podstawowych amplitunerów Grundiga z lat 80 czyli R500 i spiąłem to razem.

 

 

Efekt…. nieciekawy. Nawet spore rozczarowanie. Moje ulubione referencyjne kolumny Tannoy M1 spięte z byle jakim wzmakiem zagrały lepiej. Brzmienie było po prostu zbyt jasne, zbyt płaskie, bez głębi…

Równolegle kupiłem wzmacniacz Grundig V7200 ale…. przyszedł w częściach. Rozbijanie przez kurierów czterocyfrowej wersji V to klasyka zasługująca na osobny wpis. Te wzmacniacze są bardzo ciężkie, a większość ich ciężaru opiera się na plastikowym froncie i dosłownie kilku plastikowych bolcach. Jeśli nie wytrzymają bolce – kolejne do wyłamania są elementy drukowane. Śmierć następuje po jednym solidnym rzucie paczką. 

Mój pierwszy rozbity V7200 opóźnił moją eksplorację GAT Audio o kilka miesięcy.

Równolegle z UK kupiłem Sanyo Ja 220. Znów, po wliczeniu w cenę kosztów importu czyli wysyłki i cła, było znacznie taniej niż w PL. Sanyo Ja 220 oraz cała rodzina tego sprzętu o niemal identycznej konstrukcji czyli Sanyo Ja 222 czy Grundig V1700 jest wysoko rekomendowana przez Pana Grzegorza. Sanyo dotarł cały i zagrał … bardzo audiofilsko. Brzmienie bardzo zrównoważone, ani ciepłe ani chłodne. Przy jego śmiesznym wyglądzie przywołującym na myśl estetykę wież stereo z przełomu 80/90 ciągniętych z Berlina Zachodniego – robił naprawdę bardzo dobre wrażenie. 

Brakowało mi kolumn. Ale tych z wyższej półki systemów GAT. Te najbardziej cenione to Grundig Box 650 Professional. W tej samej linii, ale plasujące się dwie pozycje wyżej jeżeli chodzi o miarę wielkości (co przy moim salonie ma znaczenie) były Grundig Box 1500a Professional

Taki właśnie zestaw na długi czas zagościł w moim salonie:

Sanyo Ja 220 + Grundig Box 1500a Professional

 

Kolumny zamknięte dawały bardzo precyzyjny i szybki bas. Nic nie było przekolorowane. Każde pasmo na swoim miejscu. Nawet mi się to podobało ale… to było wciąż bardzo audiofilskie. Choć muzyki słuchałem godzinami, zarówno jazzu, rocka progresywnego jak i The Police (które jest bardzo wymagające sprzętowo aby instrumenty były odseparowane od siebie, jednak bez suszy w uchu) to w tym zestawie brakowało mi ducha vintage. Brakowało mi ciepła, głębi, emocji.

To był zestaw, z którym z podniesioną głową mogłem wejść do salonu początkującego audiofila, który właśnie wydał 20 tys PLN w salonie audio na nowy sprzęt i mógłbym przyprawić go o ogromną depresję mówiąc, że ja wydałem 10 x mniej. To nie są bajki i przechwałki. Ten zestaw za niewiele ponad półtora tysiąca złotych naprawdę bije tanie (tanie oczywiście w skali salonów audio) nowe sprzęty. 

Tylko, że ja się nie chciałem ścigać brzmieniem z nowymi sprzętami. Jak ścigałem ducha vintage. 

Wtedy jeszcze mocno eksplorowałem wspomniany na początku kult GAT Audio. Ale jednocześnie zacząłem rozumieć, że tylko mały wycinek grundigowego brzmienia. A dalej, jest Telefunken, Saba, ocean brzmienia brytyjskiego, jest legenda Philipsa, norweski Tandberg… i cała specyficzna Japonia.

Grundig Box 1500a prof osiągnęły jeszcze dwa poziomy grania wyżej i jeden równoległy zanim
musiały ustąpić miejsca na podstawkach kolejnemu zawodnikowi. Te dwa
poziomy wyżej to dwa kolejne wzmacniacze Grundiga i mały niepozorny wzmacniacz Sony, o których napiszę w
kolejnym wpisie. 

ciąg dalszy historii