Tannoy M2 vs Tannoy MX2

Do tej pory wszystkie tytuły moich wpisów były tytułami albumów, które kontekstowo nawiązywały do treści wpisu. Ale również wszystkie moje wpisy należały do tzw. „kącika historycznego” i opisywały moją podróż do aktualnego miejsca. I takich opowieści z przeszłości będzie jeszcze przynajmniej kilkanaście, ale dziś… będzie coś aktualnego.  Dlatego tytuł jest zwykły i bez żadnej gry słów ani zagadki. Chyba że jest jakiś album rocka progresywnego o nazwie „Tannoy M2 vs Tannoy MX2„.

Markę Tannoy od lat traktuję jako tzw. pewniaka w budżetowej cenie. Jeżeli ktoś się mnie pyta o tanie głośniki do postawienia na półce, odpowiadam tak samo: szukaj Tannoy Mercury M1 lub M2. Te pierwsze przez lata można było dostać w cenie około 350 zł i bez najmniejszego problemu w tej samej cenie odsprzedać – jeśli nie podeszły lub chciało się zrobić krok do przodu. 

Markę Tannoy również bardzo lubię, od pierwszego zetknięcia z M1-kami. Sobie, lub znajomym kupowałem te kolumny przynajmniej kilka razy. Te, które miały być moje – zawsze mi ktoś podebrał, ale po jakimś czasie zatęskniłem za ich brzmieniem i kupowałem kolejne. Miałem kiedyś również M3 (czyli wolnostojącą wersję M2) oraz mam od długiego czasu MX2 w sypialni. 

Ale nigdy nie zestawiałem obok siebie M2 i MX2.

M2 były produkowane w latach 1997-1999 i wstępnie przeznaczone były jako kolumny efektowe do systemów kina domowego. Ale również można było je kupić oddzielnie i…. sporo osób tak właśnie robiło. Ich legenda rosła. Na forach i w prasie pojawiało się wiele entuzjastycznych recenzji, że one naprawdę daję radę i nie są tanim paździerzem, ale kultywują tradycję staroangielskiego brzmienia, z pełnym środkiem i lekko wytłumioną górą, jednocześnie brzmiąc bardzo czytelnie i przestrzennie. 

MX2 to lata 2000-2002. Cała seria Mercury dostała „X-a” między literką „M” a numerem. Czy zmieniło się coś jeszcze? Podobno bardzo dużo. Według wielu opinii to już nie było to samo, ale opinie bardzo często źle reagują na „nowszy model”, tylko dlatego, że jest nowszy.

Dziś miałem wreszcie okazję osobiście przekonać się i zestawić je obok siebie.

Jako źródło posłużył Pioneer SX-450. Bardzo popularny japoński amplituner, który całkiem przyzwoicie gra z brytyjskimi kolumnami. Wybrałem go jednak głównie dlatego, bo ma wyjścia na dwie pary kolumn i selektor A i B na froncie oraz stał najbliżej 🙂

Pierwsze wrażenie: one się różnią wzrostem! Całe życie myślałem, że one są wielkościowo takie same, dlatego bardzo się zdziwiłem kiedy przytachałem z sypialni MX2 i postawiłem obok M2. Kopułki wyglądają rozmiarowo na takie same, ale woofer i kubatura są większe w M2. 

Przez pierwsze dwie godziny po prostu się osłuchuję. Co jakiś czas przełączam A na B lub w drugą stronę, ale głównie po to aby zaadaptować ucho do mniejszych kolumn niż KEF Concerto, których słucham na co dzień. Na chwilę przepinam też jedne, a potem drugie do Creeka 4040 s2. Ale nie siedzę symetrycznie z zamkniętymi oczami i nie wsłuchuję się w detale.

Różnice zaczynają wyłapywać się same. M2 brzmi jakby „ciszej” mimo takiej samej skuteczności, impedancji i zakresu częstotliwości. Gdyby posadzić kogoś z ulicy i kazać mu w ciągu 2 minut wybrać lepsze kolumny stawiam, że wybrałby MX2, bo one grają jakby trochę bliżej słuchacza i robią bardzo dobre pierwsze wrażenie. M2 otaczają go przestrzenią trochę szerzej, a wokalista wydaje się być oddalony. Po zmianie na MX2 jakby robił na scenie krok do przodu, prosto w Twoją stronę. 

Z każdym kolejnym obrotem przełącznika A-B wychwytywałem więcej różnic. Oczywiście to są kolumny podobne do siebie, brzmią wg tej samej szkoły, gdzie góra jest stłumiona w klasyczny brytyjski sposób i zestawienie ich z jasnym wzmacniaczem nie czyni spustoszenia na wysokich tonach. Wręcz fajnie się to układa ze sobą. M2 są bardziej przestrzenne, grają jakby bardziej elegancko (każde pasmo ma swoje miejsce, łatwiej można wyróżnić pojedyncze instrumenty, barwy, brzmienia). I chyba największa różnica  – w M2 są dłuższe wybrzmienia. 

Natomiast jedne i drugie można słuchać godzinami. Mimo wrażenia, że M2 są lepsze, po przełączeniu na MX2 muzyka podoba się wciąż tak samo 🙂 One nie stoją względem siebie w całkowitej opozycji jak np. Celestion Ditton 15 i Grundig 1500a prof. Tannoy M2 i MX2 różnią się od siebie tylko „X”-em. Ten „X” jest wyraźnie słyszalny ale nie robi z nich kompletnie różnych kolumn. Co więcej – jeśli ktoś nigdy nie słyszał charakteru Tannoyek z serii Mercury to śmiało może uderzyć w dwa razy tańsze MX2. Jeśli podejdzie – szukać M2, jeśli nie podejdzie – mniejsza strata.

W legendzie M2 musi być coś więcej niż tylko kalkowanie pozytywnych opinii na forach. Coraz trudniej je kupić. Jeszcze parę lat temu na hasło „Tannoy M2” wybierało się między kilkoma ofertami w każdym większym mieście. Teraz jest kilka par na cały kraj. Do tego coraz częściej są to kolumny po przejściach, z wciśniętymi kopułkami, ze spalonymi cewkami, albo pojedyncze sztuki. Jeśli trafią się wizualnie poprawne to albo cena jest z kosmosu, albo sprzedawca podejrzany z niskim ratingiem.

Wiele osób, które szukają sprzętu grającego do pokoju, ale nie mają ambicji stania się audiofilem, zwyczajnie zatrzymuje się na tych kolumnach, dba o nie i nie myśli o odsprzedaży. A jeżeli już chce je wymienić, to często znajduje się znajomy, który chętnie je przygarnie bez targowania. Dlatego ofert jest coraz mniej. 

Ja zostaję przy swoich MX2 w sypialni. Nie słucham tam muzyki zbyt często, a nawet jeśli słucham, to nie zwracam uwagi a szerokość sceny 🙂

I jeszcze jedno: to są kolumny do pomieszczeń do 15m2. Naprawdę tylko w takich rozwijają skrzydła. Choć znam osobiście człowieka, który w 50-cio metrowym salonie słuchał Tannoy M1 przez 10 lat i był zadowolony 🙂

Parallel Lines

Audio Physic Codex, Infinity Renaissance 90, Electrocompaniet ECI5.

I niczym Dustin Hoffman z córką Pani Robinson w ostatniej scenie Absolwetna odjechałem z moimi Infinity Renaissance 90 i Electrocompanietem ECI5 autobusem w siną dal, aby wieść długie i szczęśliwe życie…

 

Obroniłem się przed próbą wrogiego przejęcia tych kolumn, dzwoniąc do kupującego godzinę przed planowanym spotkaniem, że niestety nie mogę ich sprzedać. Powiedziałem całą prawdę, że podpiąłem je pod ECI5 i zagrały lepiej niż Avanti. Te ostatnie sprzedałem dość szybko, bo to naprawdę były bardzo dobre kolumny, ale ja już w tym czasie zaczynałem żyć miłością do vintage, o czym jeszcze sam do końca nie wiedziałem, ale moje potrzeby akustyczne ewoluowały. W międzyczasie dostałem info z salonu hifi, że dotarła do nich spora partia kolumn Audio Physic i zapraszają mnie na odsłuchy. Głupio było mi odmówić, z drugiej strony ciągle zastanawiałem się, że może inny model np. Classic 35 nie zagra lepiej? Ale nic mnie już nie zaskoczyło z tych cenowo dostępnych kolumn. Classic 35 zagrał zwyczajnie, Avanti dużo lepiej, ale bez tego czaru i wypełnienia, jakie dały mi Infinity ale Audio Physic Codex …. zrzucił kapcie, a te wylądowały chyba dopiero za Pruszczem Gdańskim.  

A zagrało to z elektroniką od T+A grająca w klasie D. Usiadłem na fotelu i puszczony został mi utwór, który wydawało mi się, że znam… Depeche Mode – Freelove. Po 15 sekundach wstępu tracę pewność, czy to jest ten utwór czy jakiś mix. Z każdą kolejną sekundą dochodzę do wniosku, że na 110% jest to jakiś DJ-ski mix tego kawałka z podkręconym każdym pasmem, wydobytym na wierzch rytmem etc. I nawet myślę sobie, że ten mix na tym sprzęcie brzmi dużo lepiej niż oryginał, co więcej dużo lepiej niż w wielkiej sali koncertowej, bo moc ta sama, ale nagłośnienie lepsze 🙂

Pytam się właściciela przybytku jaka to jest wersja, a on zdziwiony patrzy na mnie i nie wie o co go pytam. Po czym wręcza mi zwykły regularny album Exciter i mówi, że właśnie go słuchamy. Utwór nr 7 a nie żaden mix. Moje kapcie właśnie zrobiły parabolę (w poziomie) nad Pruszczem Gdańskim, śmignęły nad Rotmanką i odleciały w stronę Straszyna. 

Gdy otrząsnąłem się z wrażenia i dotarłem do domu zrozumiałem, że słuchałem najlepszej konfiguracji sprzętowej w życiu. A najsmutniejsze było to, że łączny jej koszt (T+A oraz Codex) to cena grubo ponad 100.000 PLN. 

Ale z drugiej strony jest też coś pozytywnego. Dopiero Audio Physic Codex za ponad 50.000 PLN bezapelacyjnie rozjechały to czego na co dzień doświadczam w domu z Infinity Renaissance 90. A czytając na forach co piszą starzy amerykanie – Infinity bardzo lubią drogie amerykańskie wzmacniacze i wtedy dopiero rozwijają skrzydła na poważnie.

Są takie momenty, kiedy słuchając ich razem z moim ECI5 doświadczam takiego szczęścia, że nie chce mi się wierzyć aby mogły zagrać jeszcze lepiej i naprawdę zapominam się w muzyce, myślę o tym jakie winyle sobie kupić zamiast biegać i przepinać kable. Ale wspominam też doświadczenie z Codexem i wiem, że limit jest dużo dalej… 

Inny aspekt jest taki, że skrajnie audiofilskie zestawy są bardzo angażujące. Nie da się po prostu puścić na nich muzyki z radia, muzyki w tle do rozmowy, czy gotowania obiadu. Nawet słuchając ich z pozycji fotela czujesz się jak na koncercie i musisz słuchasz – nie możesz nic innego robić. Jeśli zaczniesz grzebać w komórce to wpadasz w dysonans. Audiofilska muzyka zaczyna przeszkadzać Ci surfować. Zaczynasz traktować słuchanie jak wizytę w kinie. Zmusza Cie do koncentracji i w efekcie męczy po więcej niż jednym seansie.

Dochodzimy znów do wniosku, który pada tutaj regularnie. Audiofil zawsze znajdzie powód do frustracji. A frustracja motywuje go poszukiwań i dalszej gonitwy. I nawet kiedy myślisz, że właśnie nastał koniec, bo nic lepszego w tej cenie nie znajdziesz, a droższe jest za drogie … to i tak pojawi się ciekawość aby zacząć montować coś na boku. Montować zestawy równoległe.

The Graduate

Audio Physic Avanti 30, Electrocompaniet ECI5.

Nigdy nie przestałem marzyć o Audio Physicach. Zaglądałem parę razy w tygodniu na aukcje, czy nie pojawiły się jakieś Scorpiony. Miałem wrażenie, że coś straciłem, że nie mam tak precyzyjnej stereofonii, że te legendarne wstęgi wcale nie grają lepiej niż tweetery w moich ex-Sitarach. Przymierzałem się nawet do nowych Avanti, z salonu, miały pojawić się w Gdańsku za parę tygodni. W teorii wszystko miało się zgadzać. Miały grać jak Audio Physic, a do tego dodatkowy głośnik basowy (ukryty w środku konstrukcji) miał swobodnie wypełnić mój salon niskim rejestrem. 

No i nastał pewien grudniowy wieczór, tuż przed snem zerknąłem na aukcje i… pojawiły się!! Audio Physic Avanti – dokładne taka wersja, jaką sobie wymarzyłem – czarne szkło. Godzina 23:00 ale piszę do gościa, że je rezerwuję do rana i czy rano można przyjechać je zobaczyć / posłuchać? Umawiamy się na kontakt rano.

Godzina 7:05

Hej, gdzie jesteś? Pojechałeś po bułki?  – pyta się mnie na czacie żona

Jestem tuż przed Łodzią i właśnie jadę do Sieradza – odpisałem

Minęły 3 minuty. Tyle, aby sprawdzić moje położenie. Dzwoni telefon. 

TY NAPRAWDĘ JEDZIESZ DO SIERADZA?!?!?!?!

Tak, jechałem do Sieradza po Audio Physici Avanti. Obudziłem się o 4:00 rano i nie mogłem zasnąć. Wsiadłem w samochód i w ciemną grudniową noc ruszyłem na południe w stronę Sieradza…

Człowiek, od którego chciałem kupić Avanti urządzał swoje pomieszczenie odsłuchowe na poddaszu. Spotkałem się z takimi pomysłami nie pierwszy raz w życiu, ale nigdy nie udało mi się posłuchać dobrze zaaranżowanego pokoju odsłuchowego w pomieszczeniu składającego się głownie ze skosów. Tak było i tym razem. Jakikolwiek odsłuch mijał się z celem. Odbicia od ścian i sufitów były tak natarczywe, że wydawało się, że kolumny grają całkowicie niekontrolowanym basem. Zestawione były z Heglem H380 – czyli drogim i nie byle jakim wzmacniaczem.  Niestety słuchając tego zestawu nie dało się wyciągnąć jakichkolwiek wniosków. Pozostało mi sprawdzić czy przetworniki są oryginalne, sprawne i czy kolumny są w nienagannym stanie wizualnym. Nie dopatrzyłem się jakichkolwiek wad. 

Powód sprzedaży był dla mnie oczywisty – brzmienie zestawu sprzedającemu się nie podoba. 

[Kilka tygodni później zapytałem się z ciekawości jakie zmiany zaszły w systemie. Kupił Harbethy… i ponownie wystawił je na sprzedaż. Niestety, ale na tym poddaszu nic nie ma prawa zagrać, o czym chyba wiedział, ale próbował zaklinać rzeczywistość]

Po symbolicznych negocjacjach dwie zapakowane w oryginalne pudła Audio Physic Avanti leżały w moim samochodzie a ja wracałem przeszczęśliwy do Gdańska. Kupiłem kolumny na całe życie. Kolumny, które mają wszystko, które będą grały jak Audio Physic, ale z racji wielkości i dodatkowych głośników basowych będą wypełniać moją przestrzeń i dodatkowo wyglądają jak milion dolarów. 

Dotarłem do domu. 

A w domu żona mówi:

– Nie nie nie! Teraz nie łaź mi z tymi kolumnami, tylko zamocuj choinkę. 

No więc zamocowałem choinkę, odpiąłem Renaissancy, zrobiłem im zdjęcia i wstawiłem je w kąt za choinkę, podpiąłem Avanti do końcówek NADa i…. no grają. Ładnie grają. Takie  6/10 ale to na pewno przez choinkę, która zaburza audiofilską projekcję dźwięku. Jak choinka zniknie i jak znajdę lepszy wzmacniacz to będzie przepięknie. 

Renaissancy wystawiłem na sprzedaż. Dość szybko trzy osoby ustawiły się w kolejkę aby je kupić. Ale przez to, że zbliżały się Święta Bożego Narodzenia każdy chciał się umówić po Świętach, a nawet w nowym roku. Mi to pasowało, bo nawet nie miałem jak ich wyciągnąć zza udekorowanej choinki.

Całe Święta poświęciłem się lekturze jaki wzmacniacz „na całe życie” kupić do moich „kolumn na całe życie”. Pomysłów przewinęło się milion, ale finalnie stanęło na marce Electrocompaniet. Po swój egzemplarz ECI 5 mk1 wybrałem się w Sylwestra do… Bydgoszczy.  To miasto to prawdziwe zagłębie audiofili. Kiedykolwiek nie szukałem wymarzonego sprzętu – droga kierowała mnie do Bydgoszczy. Aleja dębowa prawem chroniona…

Nastał nowy rok, a ja miałem po raz kolejny stać się spełnionym audiofilem, którego zarówno uszy jak i oczy miały zostać całkowicie zaspokojone. Na lata. Kupiec zainteresowany moimi Infinity Renaissance 90 miał przyjechać następnego dnia, a małżonka pozwoliła mi zlikwidować choinkę przed Trzech Króli. Mieliśmy żyć długo i szczęśliwie nie dokonując żadnych większych zmian w torze audio.

Audio Physic Avanti + Electrocompaniet ECI5 mk1 zagrały znakomicie. Nigdy wcześniej nie słyszałem u siebie w salonie tak spójnie, tak poprawnie i tak głęboko grającego zestawu. ECI5 poprawił wszystko co przeszkadzało mi w NAD 2200, dźwięk stał się czytelniejszy. 

Techniczna ekstaza.

Podpiąłem jeszcze na szybko Renaissance 90 aby sprawdzić czy nie zepsuły się przez dwa tygodnie stania za choinką i… 

… tak zwyczajnie po ludzku zwątpiłem sam w siebie. Zwątpiłem w to co słyszę i to co chcę usłyszeć. Bo chciałem oczywiście usłyszeć, że grają, po kilku minutach odpiąć kable, wpiąć je ponownie w Avanti i słuchać tylko ich resztę wieczoru. Ale kiedy to zrobiłem i znów posłuchałem tego samego kawałka z Avanti to pomyślałem sobie:

– No nieeeee, no wydaje mi się…. 

I tak kilka razy. Za każdym razem kiedy wpinałem Renaissance 90 zaczynał z nich płynąć przepiękny, pełny dźwięk, który wypełniał każdy skrawek przestrzeni bo bokach, pomiędzy i za kolumnami. Takie totalne oderwanie się od kolumn. Tak jakby instrumenty były porozmieszczane na całej szerokości i wysokości ściany za kolumnami. 

Kiedy wpinałem Avanti stereofonia była dalej genialna, ale nawet z zamkniętymi oczami nie szło oszukać mózgu, że jest ona produkowana przez dwie stojące kolumny. Znów wpinałem Ren90 i grała cała ściana na nimi. 

Takie były wrażenia, ale mój mózg dalej nie potrafił tego przełożyć na woltę w decyzjach. Po prostu tak bardzo chciałem aby Avanti były spełnieniem moich marzeń, że uznałem te starcie za remisowe bez wskazania. A skoro remis, to trzeba wybrać ładniejsze, czyli Avanti.

Przyszły właściciel Infinity miał przyjechać po nie około 14:00. Na szczęście nie wybierał się po nie specjalnie z Olsztyna, ale zabierał bądź odwoził kogoś na lotnisko i miał je wziąć przy okazji. Około południa odwiedził mnie mój znajomy, Marcin, który mocno kibicował moim audiofilskim poszukiwaniom ale często potrafił ustrzelić mnie jakimś zdrowym osądem. 

Podłączyłem mu Infinity i potem Avanti. Posłuchał, spojrzał na mnie i zarzucił delikatną sugestią

– Ale przecież te Infinity grają znacznie lepiej… 

Wtedy do mnie dotarło z całą siłą, że byłem o mały krok od popełnienie jednego z największych audiofilskich głupstw życia. Kur%$% ja pier$%^$#!!! Przecież ja kocham te Infinity! Jeszcze nie jest za późno!!



Songs of Love and Hate

Infinity Renaissance 90, NAD 2200.

Po przeczytaniu kilkudziesięciu recenzji Infinity Renaissance 90 byłem już tak nagrzany, że nawet majowe słońce na Żuławach paliło jak w lipcu na Rodos. Tam właśnie zaprowadziła mnie nawigacja – w sam środek delty Wisły. Zaparkowałem obok przedwojennego dworku z czerwonej cegły przerobionego na gospodarstwo. Na tym płaskim jak stół kawałku planety widać było w oddali traktory jeżdżące po żyznych madach rzecznych. A jeszcze dalej nieskończoność. 

Właściciel był z początku bardzo powściągliwy i miałem wrażenie, że jakiegoś powodu traktował mnie jak intruza, który przyjechał posłuchać, pooglądać i nie koniecznie coś kupić. A oglądać było co, bo w każdym pokoju, na stryszku, w komórce oraz piwnicy pochowane były prawdziwe skarby ze znaczkami najznamienitszych marek ze świata vintage audio. 

Na stole nakrytym serwetką wyglądającą jak z Koniakowa stał Accuphase bodajże E-405. Do niego podłączone Renaissance 90. Delikatnie zdjąłem maskownice, włączyłem jakieś swoje audiofilskie plumkanie i zająłem się sprawdzaniem sprawności wszystkich ośmiu głośników na pokładzie.  

Generalnie kupując używany sprzęt nie nastawiam się na ocenę czy jego brzmienie mi się podoba czy nie. Sprawdzam czy jest oryginalny, sprawny i generalnie zgodny z opisem. Inne pomieszczenie, inne wzmacniacze, ograniczony czas. To nie sprzyja wyrabianiu sobie zdania o sprzęcie. Jeżeli testy – to tylko u siebie w domu, ze swoim sprzętem towarzyszącym, czyli w praktyce – taki sprzęt trzeba kupić i wtedy można robić z nim co chcemy. 

Do Infinity nie miałem żadnych zastrzeżeń. Nie potrzebowałem dużo czasu. Po 10 minutach mówię proste słowa: 

-Są OK, biorę

– No ale jak… SERIO? 

Pan był najwyraźniej zaskoczony moją decyzją. Jakby nagle zaczęło mu być ich żal. No ale pieniądze wylądowały na lakierowanym na wysoki połysk stole nakrytym koronką i ciężko było się już komukolwiek wycofać. 

Podszedłem do pierwszej z nich i chwyciłem aby zanieść ją do auta, ale … tak jak przysiadłem tak w przysiadzie zostałem.  Nie spodziewałem się 40 kg. Chwyciliśmy więc ją z dwóch stron i na dwa kursy zapakowaliśmy do auta. 

W tym momencie Pan się trochę otworzył. Zaprowadził mnie na stryszek i pokazał dwie pary Infinity Kappa 9 i Infinity Kappa 8. To były prawdziwe kolosy! Podłączył pierwszą z brzegu końcówkę mocy, preamp i CD i puscił mi swoją muzykę. Italo Disco! I prawdę mówiąc zagrało to głośniej, lepiej, pełniej niż na niejednym koncercie na jakim byłem. Pomyślałem nawet przez chwile, że fajnie by było kiedyś mieć takie Kappy 9…

Dotarłem do domu. Przy pomocy sąsiada wniosłem Renaissancy do domu. Spinam je z Emotivą A2 (250 Watów przy 4 Ohmach) siadam i… hmmm… rozczarowanie? Grają tak jakby wróciły po nocce w fabryce, a żona kazała im kopać ogródek. Kompletnie bez entuzjazmu.

Na szczęście byłem na to mentalnie przygotowany. Wpisując w google hasło „jaki wzmacniacz do Renaissance 90?” można wyczytać przede wszystkim jedną rzecz, której parafraza może brzmieć tak:

„Dobry wzmacniacz do Infinity Renaissance 90 to taki, na który Cię niestety nie stać”

Gdy zacząłem czytać jakie sprzęty ludzie w USA połączają do tych kolumn to jednocześnie je kochałem, bo wiedziałem, że mam prawdziwy skarb, który może dać mi bardzo dużo jak odpowiednio się postaram. Ale z drugiej strony nienawidziłem, bo zaglądałem do portfela i na chłodno dochodziło do mnie, że nigdy nie będzie nie znać na takie zestaw wzmacniaczy aby zadowolić te dwie 40-kilogramowe panny. 

Czemu zestaw wzmacniaczy? Bo podobno najlepiej je połączyć w bi-ampingu z lampą na górze pasma i mocnym tranzystorem do zasilenia wooferów Watkinsa z podwójną cewką. A jeszcze lepiej po parze takich końcówek na każdy kanał 🙂

Po paru dniach dotarła do mnie końcówka Atoll AM 100. 140 Watów przy 4 Ohmach. Nigdy to tej pory nie zwracałem większej uwagi na moc wzmacniacza, bo wszystkie kolumny, które miałem były łatwe w miarę do napędzenia, no i nie słuchałem głośno. 

 

Jako preampa użyłem Emotivę PT1, na górę pasma wrzuciłem Atolla AM 100 a na dół Emotivę A2

Grało to jako tako średnio. Względem Audio Physic Sitara dupy nie urywało. Miało momenty, kiedy przestrzeń za kolumnami wypełniała się w znacznym stopniu, ale miałem wrażenie, że nijak się to granie ma opisów, które czytałem. 

Punktem przełomowym była pewna impreza u mnie w domu, która w zupełnie niespodziewany i niekontrolowany sposób przerodziła się w imprezę taneczną. Ktoś co chwila podbiegał do preampa i podkręcał gałkę. W którymś momencie w Emotivie zadziałał wyłącznik termiczny. Kiedy poszedłem zobaczyć co się stało, Atoll był również tak gorący, że można było na nim usmażyć jajecznicę. Wtedy zrozumiałem, że one nie grały nawet częściowo z taką mocą jak na Żuławach przy Italo Disco i obie moje końcówki są po prostu za słabe do tych „trumien”.

Kilka dni później wypatrzyłem dwie końcówki NAD 2200. 400 Watów na kanał przy podpięciu dwóch monobloków robiło wrażenie na papierze. To nie były zwykłe końcówki, których jedyną zaletą jest moc. W podjęciu decyzji do ich kupna zmotywowała mnie ankieta, która akurat pojawiła się na forum NADa z pytaniem o najlepszą końcówkę NADa w historii firmy. 2200 zajęła drugie miejsce z mnóstwem komplementów w uzasadnieniu. 

Postanowiłem oprzeć swój docelowy system o dwa monobloki 2200 na każdą kolumnę. Kilka dni później system już stał u mnie i …. nie brzmiał najlepiej. Była moc, było wypełnienie przestrzeni, ale na górze pasma działo się coś niedobrego. Dźwięk jakby się kompresował. Brak my było gładkości. Rozwiązanie tego problemu spadło na mnie niczym jabłko na głowę Newtona. W ramach randomowych testów spiąłem końcówki bezpośrednio z CD przez wyjście z regulowanym poziomem. I WOW! Kompresja góry zniknęła! Następnie jako pre podłączyłem NADa 3020 i było już zupełnie fantastycznie.

Trzy dni później miałem już dokupiony preamp NAD 1240. 

W tej konfiguracji na jakiś czas zwolniłem… NAD grał po ciemnej stronie mocy. Zyskałem dociążenie dołu i wypełnienie przestrzeni muzyką, ale straciłem trochę delikatności i ulotności na górze. Wtedy obwiniałem do ten efekt R90, oswajałem się powoli z myślą, że nie można mieć wszystkiego i rozstanie z Audio Physicami coś mi dało, że też coś zabrało. Do Renaissanców miałem trochę miłości, ale też miałem żal, że w pewnych aspektach nie potrafią utkać tak emocjonalnej góry jak Sitary. Zyskiwał na pewno środek pasma. Ten grał z pełną swobodą, głęboko. 

Nigdy wcześniej Kind of Blue nie brzmiało w pełny sposób. Something in the Way Nirvany niosło w sobie cały arsenał Cobainowskiego bólu. Ale już Daft Punk lepiej sprawdzał się na szybszych i bardziej detalicznych Audio Physikach. Bardziej detalicznych niz R90 z końcówkami NAD 2200. Coś za coś…

W tej konfiguracji wytrzymałem do Świąt Bożego Narodzenia. Trochę kochając moje Infinity, a trochę nienawidząc. 

A tuż po Świętach byłem o milimetry od największej audiofilskiej głupoty życia. 

– Co się stało, co się znowu stało?

– Omal, nie sprzedałem Infinity… 

– Ale co ty mówisz, to nonsens… 

fot. screen z filmu „Znachor”

You Gotta Say Yes To Another Excess

Piega P3.

Są dwa główne sposoby na kupno sprzętu. Można najpierw tygodniami czytać we wszystkich zaułkach internetu, wyszukiwać wpisy na zagranicznych forach, po duńsku, szwedzku czy węgiersku, gdziekolwiek google znajdzie spozycjonowane wpisy z odpowiednim słowem kluczem. A potem to lekturze wszystkiego – kupić. Drugi sposób to kupić w ciemno i potem tygodniami czytać co się kupiło. 

Można oczywiście też kupić i nie czytać (u mnie nie występuje) , albo czytać i nie kupić (chyba jednak częste) albo nie czytać i nie kupić (z punku widzenia logiki to dzielenie przez zero). 

Skupmy się jednak na pierwszych dwóch sposobach. O Infinity Renaissance 90, do których wstęp zrobiłem wczoraj przeczytałem wszystko. Ale dlaczego akurat zainteresowałem się R90? Odpowiedzą jest wstęga – głośnik wstęgowy. Kilka tygodni wcześniej kupiłem całkowicie w ciemno, z ciekawości, niesiony impulsem – kolumny Piega P3.


Jedyne co wiedziałem o tej marce, to tyle, że po wpisaniu w net słowa „Piega” wyrzuca nam sześciocyfrowe sumy. A w serwisie ogłoszeniowym pojawiły się kolumny opisane jako Piega P3 – 1 zł. Zdjęcie do nich było robione mikrofalówką w trakcie zabawy z kotem. Ale miałem do nich tylko 5 kilometrów…

Oczywiście kwota 1 zł oznaczała nic innego jak „przyjedź Pan, dogadamy się„. Spodziewałem się wszystkiego…

Podjechałem, wskakuję na 2 piętro, wchodzę do mieszkania no i faktycznie stoją Piegi P3 podłączone do jakiegoś plastikowego Pionieera z czasów kina domowego 5.1. Dookoła biega pies, w kuchni robi się obiad. Właściciel kolumn odpala papierosa, podgłaśnia RMF-kę w amplitunerze i mówi:

„Ale proszę Pana!! Jak to czysto gra! No nic nigdy mi tak czysto nie grało!…. Ze Szwajcarii przywiozłem, z roboty… „

Wycieram kolumny rękawem z resztek gładzi gipsowej i przymierzam się do zdjęcia maskownicy. Ale nie bardzo wiem jak się to zabrać. Pan sprzedający chwyta kolumnę pod pachę zdecydowanym ruchem (23 kg sztuka) i drugą ręka wyciąga od góry maskownicę wykonaną z … perforowanej blachy. Sama maskownica waży jakieś 2-3 kg. Wszystko zaczyna układać mi się w całość. Już rozumiem w jaki sposób te kolumny dotarły z roboty w Szwajcarii w Volkswagenie Transporterze w nienaruszonym stanie. Po prostu są tak wykonane, że przetrwały by nawet transport InPostem bez pięciu warstw gąbki i trzech warstw kartonu!! 

Oglądam je po zdjęciu maskownicy – są oryginalne, kompletne i całe. Pozostaje dogadać cenę. 

„Proszę Pana, chciałem za nie tysiącpięćset, ale jak je podłączyłem to żona mi mówi, że one są więcej warte, musisz Pan coś zaproponować, aby żona się zgodziła.”

Sytuacja trochę kuriozalna. Kolumny według hifi shark chodzą za 1700-2000 zł. Jeżeli facet też wpisał w google „Piega” to za chwilę może wyskoczyć z kwotą 10.000 zł 🙂 Ja wtedy będę chciał wyjść, a on chwyci mnie za ramię, zagrodzi drzwi i powie: „Dogadajmy się„… 

„To ja teraz zapalę sobie na balkonie, z Ty się dogaduj z moją żoną… „

 No i faktycznie poszedł na balkon. Przyszła żona. I mówi:

„Noo nieeee, za tysiącpięćset to my ich w życiu nie sprzedamy! W ŻYCIU!!

Rozpoczynam negocjację. 

„Ta za ile Pani je sprzeda?”

 Odpowiedź jest szybka:

„Za tysiącsześcet!”

Ufff, ale mnie ugotowali… 

„No dobra, biorę za 1600!”

Pani twarz zrobiła się wyraźnie zdziwiona. Rzutem na taśmę proponuje:

„A za tysiącsześćsetpięćdziesiąt?”

Panie Boże, dokąd to zmierza… co mam robić… 

„Ale ja mam tylko 1600 w portfelu!”

„No dobrze, niech będzie tysiącsześćset”

Wyjmuję pieniądze, płacę Pani, w tym momencie Pan wraca z papierosa z balkonu. Oczywiście słyszał całość naszych negocjacji. Puszczają sobie oczko i uśmiechają szeroko. Proszę o pomoc ze zniesieniem kolumn do auta. Zero problemu, znosimy każdy po jednej 23-kilogramowej kolumnie i pakujemy do mojego auta. Odjeżdżam w sumie zadowolony, Pan chyba też zadowolony, a najbardziej żona. 

 * * *

 

Firma Piega swoją markę zdobyła na budowie kolumn z wstęgowym głośnikiem wysokotonowym własnego projektu. W bardziej prestiżowych modelach wstęgowy był także głośnik średniotonowy. W późniejszym czasie do charakterystycznych wstęg dołączyły aluminiowe konstrukcje – dzięki czemu przy zachowaniu takiej samej kubatury kolumny mogły być smuklejsze. 

Założona została w Szwajcarii w 1986 roku przez Kurt Scheucha i Leo Greinera. Sami piszą o sobie tak:

Dwie wyjątkowe postacie, których łączy wspólna pasja do HiFi. Warsztat głośnikowy PIEGA został założony ponad 35 lat temu w garażu. Kurt Scheuch skupił się na pionierskich głośnikach o niezrównanej jakości dźwięku. Z kolei Leo Greiner słynął z wyjątkowo atrakcyjnych projektów. Idealny zespół zapewniający długotrwały sukces.

fot. piega.ch


Ja takie historie zawsze kupuję. Świat HiFi rozwija się właśnie dzięki pasjonatom, którzy zaczynają w garażu i potrafią hobby przełożyć w biznes. Tacy jak Olle Mirsch, Vebjørn Tandberg, Joachim Gerhard, Michael Creek czy Raymond Cooke

Kilka słów o Piega P3 z technicznego punktu widzenia:

  • Lata produkcji: 1997 – 2002
  • System dwudrożny 1x 18 cm LDB bass woofer, 1x LDR / II ribbon system
  • Efektywność: 89 dB/W/m
  • Impedancja: 4 Ohm
  • Zakres częstotliwości: 35 Hz – 50 kHz ±2dB
  • Wymiary (HxWxD): 90 x 24 x 24 cm
  • Waga: 23 kg

Pierwszego dnia podłączyłem je tylko aby sprawdzić czy grają technicznie poprawnie. Czy być może coś przeoczyłem w niezbyt sprzyjającym odsłuchom warunkach. Na szczęście wszystko było ok. Zarówno głośniki niskotonowe jak i wstęgi sprawne. 

Następnego dnia wstałem trochę wcześniej niż zazwyczaj, czyli około 5:30-6:00. Lubię wtedy zasiąść na fotelu z kawą i najciszej jak można (aby nie pobudzić reszty rodziny) posłuchać trochę muzyki. Pamiętam, że poszedłem na całkowitą łatwiznę i włączyłem Brothers in Arms. Album na piedestale każdego audiofila. I stało się coś dziwnego. Słuchanie tych kolumn zaczęło sprawiać mi po prostu przyjemność. Wysokie tony produkowane przez wstęgę były…. inne, bardziej delikatne, bardziej szlachetne… Piegi grały bardzo spokojnie, ale też bardzo wciągająco. Słuchając ich cicho łapałem się na tym, że przestaję oddychać aby nie uleciał mi żaden dźwięk. 

W głównym systemie miałem podłączone cały czas perełki Audio Physic Sitara. Piegi miały tylko zaspokoić moją ciekawość jak brzmią wstęgi, a skończyło się tak, że tygodniami stały obok Sitar a ja w zależności od nastroju przepinałem między nimi kable. 

Jednocześnie coraz więcej czytałem o wstęgach. Potrzebowałem dużych kolumn opartych o wstęgowy tweeter. A gdyby jeszcze midrange był wstęgowy to już by było bosko. Moja uwaga kierunkowała się na dwa modele: Infinity Renaissance 90 oraz Quadral Vulcan. Rozmawiałem o nich z wieloma osobami zarówno na forach jak i na priv, gdzie opinie stawały się bardziej wylewne. Generalnie jakbym rozmawiał z dwoma różnymi subkulturami. Skini i punki. Audi i BMW. Szala raz po raz przechylała się na korzyść jednych bądź drugich. Obie pary były dostępne w zasięgu 40 minutowej wycieczki samochodem. Ale ostatecznie nie zadecydował przypadek ani rzut monetą. Zadecydował wpis na forum w 2007 roku, który wtedy czytałem kilkukrotnie, a wczoraj umieściłem na tym blogu. To on ostatecznie mnie przekonał aby iść w Renaissancy.

Quadrali do dzisiaj niestety nie słyszałem.

Tales of 1001 Nights

Infinity Renaissance 90.

Kilka lat temu, będąc na etapie poszukiwania dużych kolumn do dużego pokoju wpadłem na pewien wpis w wątku Klub Infinity Classics na audiostereo. Wpis jest z 2007 roku i odnosi się do prywatnego maila, który user o nicku dartman otrzymał kilka lat wcześniej od pewnego Niemca, który dawno temu pracował w salonie HIFI. Opisuje on nie tylko kolumny Infinity Renaissance 90, ale też zahacza o sposoby działania rynku audio (aktualne do dziś?) oraz o gusta audiofilskie kreowane przez marketing i sprzedaż. 

Wpis jest długi, oryginał po angielsku w linku powyżej, strona 9, trzeba zrolować do 3/4. Ten opis zrobił na mnie takie wrażenie, jakbym zobaczył Kolosa z Rodos. W pewnym sensie on zmienił moje życie. A nawet powiem więcej – wciąż zmienia, na każdym razem jak go czytam zauważam inne przemyślenia. 

Poniżej moje, wspomagane translatorem, tłumaczenie:

 

Posiadałem
wszystkie trzy kolumny Infinity: Renaissnace 90
/ Sigma / Epsilon, więc podzielę się z Wami moimi
osobistymi wrażeniami, mam nadzieję, że to Wam trochę pomoże!

Myślę, że Renaissnace 90 to z pewnością
jedne z najbardziej niedocenianych głośników w historii! Te
głośniki to prawdziwe piękności, elegancki kształt, pięknie
wygrawerowane logo Infinity i regulowany trzeci kolec… Zakochałem
się w ich wyglądzie i dźwięku od pierwszego usłyszenia.

Mimo wszystko Renaissnace 90 jest dalekie od
typowego brzmienia Infinity, zwłaszcza Kappa!
Dlatego wielu miłośnikom Infinity nie spodobała się seria
Renaissnace tak bardzo, jak Kappa 8 /
9
Dlaczego? Cóż, ponieważ nie ma typowego ciężkiego basu!
Ale nie ma co do tego wątpliwości, Renaissnace 90
wyróżnia się neutralnością, ma głębokie obrazowanie stereo,
jakiego nie ma żadna z serii Kappa! Po prostu słuchaj tych
głośników w zaciemnionym pokoju, przy dobrze nagranym nagraniu
muzyki klasycznej. Poczujesz, że muzycy są z Tobą w tym samym
pomieszczeniu. Nie ma dźwięku lewy – środkowy – prawy, jak w
wielu innych głośnikach! Aby w pełni cieszyć się pięknem tych
wyjątkowych kolumn, potrzebny jest tylko naprawdę mocny,
a jednocześnie wyrafinowany wzmacniacz
. Porównywałem je w ten
sposób nawet do naprawdę drogiego JM LAB GRANDE UTOPIA !!! I
wierzcie mi, jeśli chodzi o wyrafinowanie, Renaissnace 90
wyraźnie wyróżniał się na tle innych – brzmiał nie tylko dla
moich uszu, ale dla wszystkich znajomych, którzy mieli okazję go
słuchać, znacznie bardziej swobodnie i neutralnie.

Miałem też droższą Infinity IRS Omega
(znacznie gorszą!!!!) i jeszcze droższą IRS Sigma
(prawie taki sam dźwięk, tylko cięższy bas – ale Renaissnace
90 wydawał mi się bardziej neutralny!!) + znacznie
droższy IRS Epsilon (brzmi trochę lepiej, ale już
kosztuje kilka razy więcej! + potrzebne dodatkowe wzmacniacze),
potem słuchałem też starszego Infinity RS1B
(w normalnych pomieszczeniach do 25-30 metrów kwadratowych nie jest
znacząco lepszy od Renaissnace 90), legendarny
IRS Beta to naprawdę jedyna INFINITY,
pod każdym względem lepszy, ale jednocześnie nie zapominaj, ile
BETA kosztowała! IRS V też prawdopodobnie będzie lepszy –
chociaż nigdy ich nie testowałem, niestety!

Dlatego właśnie najbardziej uwielbiam Renaissnace 90,
są pod każdym względem wyjątkowe. Odkąd jestem ich posiadaczem
(już ponad 10 lat!) miałem okazję przesłuchać i posiadać kilka
bardzo drogich głośników, które były testowane w wielu
międzynarodowych magazynach HIGH-END, często przez każdego
opisywane jako znacznie lepsze. A chcesz znać moje zdanie? Zawsze
wracałam do Renaissnace 90.

Żeby najlepiej opisać brzmienie tych głośników, wiesz, co
odkryłem? Większość ludzi (odważę się powiedzieć, że ponad
90%) czuje się bardziej komfortowo, odbierając muzykę z przodu,
przed kolumnami. Renaissnace 90 jest tego
całkowitym przeciwieństwem: ich scena dźwiękowa zaczyna się
dokładnie tam, gdzie ustawione są głośniki i sięga daleko poza
głośnik. Widziałem, że wiele osób było tym zirytowanych.
Zabawne, ponieważ wyjątkowy sposób, w jaki te głośniki ożywiają
muzykę, jest dokładnie tym, co zawsze mnie fascynowało w
Renaissnace 90. Ich lustrzane obrazowanie
pozwala wejść w głąb nagrań, wyjątkowe podejście – nie
słyszałem, żeby wiele głośników nawet się do tego zbliżyło,
a pracowałem latami w sklepie ze sprzętem HighEnd. Miałem więc
wiele okazji do słuchania wielu różnych rzeczy, a ponieważ zawsze
jestem ciekawy, sprawdziłem także wszystko, co nowe, co pojawiło
się we wszystkich znanych mi sklepach z najwyższej półki!

Jednym z problemów jest to, że ludzie starają się szybko
zrobić wrażenie, a ludzie lubią być przytłoczeni = uderzając
1000 szczegółami w tym samym czasie, jaśniej brzmiący głośnik
zawsze przytłoczy ludzi i zrobi na nich większe wrażenie.

I tak tu, w Niemczech, „zepsuto” tym głośnikom PR. Większość
sklepów miała anty-kampanię. Ponieważ głośniki były sprzedane
przez dystrybutora w Europie (Harman-Kardon) za tanio (takie jest
moje zdanie – te głośniki były ZNACZNIE za tanie!), więc sklepy
obawiały się, że sprzedawane marki niemieckie i inne ucierpią na
ich reputacji. Cóż, ludzie mogą pytać. dlaczego ten głośnik
jest o wiele lepszy od niemieckiego produktu w tej samej cenie?

Dlatego sprzedawcy zawsze porównywali je, a następnie zwracali
uwagę (nieświadomym) klientom, że „inni” głośniki mają:

  • więcej górnego pasma

  • więcej basu

  • muzyka jest znacznie bardziej bezpośrednia

Więc ludzie byli w pewnym sensie „oszukiwani” tymi trikami
sprzedawców. Poza tym jeśli Renaissnace 90 nie
zostanie dobrany do odpowiedniej elektroniki, to w ogóle nie ujawni
swojego potencjału!

Choć może to zabrzmieć smutno, myślę, że Renaissnace
90 ze swoim raczej niestereotypowym sposobem prezentowania
muzyki nie miałby obecnie szans na rynku. Może zyskałby estymę
tylko wśród prawdziwych melomanów, a ilu ludzi można nazwać dziś
prawdziwymi melomanami? Mówię Ci: niewielu! Z setek osób, które
spotkałem podczas swojej pracy, poznałem może 10-15 osób, które
naprawdę rozumieją, co znaczy angażująca prezentacja muzyczna.
Smutne, prawda? Ludzie nie ufają swoim uszom, raczej czytają
czasopisma i ślepo wierzą w każdy sprytny marketingowy chwyt,
który jest tam umieszczany w celach czysto sprzedażowych, albo, co
gorsza, ufają pracownikowi sklepu, który chce sprzedać to, na czym
zarabia najwięcej! Daj spokój, w ten sposób nie można nic kupić.

Wiele osób nawet nie wie, jak brzmi instrument odłączony od
prądu, więc jak mogliby porównać to, czego słuchają w sklepie,
z prawdziwymi dźwiękami?

Naszym problemem jest więc to, że przy odrobinie dobrego
marketingu, reklam w odpowiednich miejscach i kilku odpowiednio
przeprowadzonym testów, z łatwością możesz sprzedać WSZYSTKO!
Problem w tym, że ludzie nawet nie rozpoznają podróbki!

Dlatego też melomani nie przywiązywali dużej uwagi do serii
Renaissance, bo seria Renaissance nie była zbyt
popularna + co gorsza, zaburzyło to oczekiwania ludzi, wszyscy znali
Infinity jako kolumny głośne, efektowne, duże… ale nikt nigdy
nie kojarzył delikatnego dźwięku z Infinity.

I jeśli aż do teraz nie wyraziłem się wystarczająco jasno.
nie tylko uważam, że Omega i Sigma nie są tak
wyrafinowane, ale oczywiście mają większą ilością basu, to
wszystko. Denerwowało mnie to, że pomimo dodatkowego głośnika
wysokotonowego z tyłu, scena dźwiękowa jest mniejsza niż w
przypadku Renaissance 90. Jest dużo bardziej do przodu i nie tak głęboko
– ale może tego właśnie chcieli klienci? Ja na pewno nie! Sigma
bardziej przypomina muzyczną prezentację Renaissnace 90
niż Omega, choć ma też głośnik wysokotonowy z tyłu –
ale to Emit, jestem pewien, że dlatego!

Jeszcze jedna rzecz Powinieneś wiedzieć, że planarne
przetworniki dla tonów wysokich i średnich EMIT/EMIM zostały
zaprojektowane tak, aby były napędzane przez wzmocnienie lampowe, a
głośniki niskotonowe przez wzmocnienie półprzewodnikowe.

Większe OMEGA/SIGMA wymagają większego wzmocnienia i wcale nie
grają lepiej! Mają tylko więcej basu, ale to coś, czego nie
będziesz potrzebować, uwierz mi! Do Epsilona potrzebne będą
dodatkowe wzmacniacze, bo inaczej ich nie użyjesz + najgorsze jest
to, że jak dodasz kolejny wzmacniacz to prawdopodobnie stracisz
spójność dźwięku!

A jednak „serce” niesamowitej sceny dźwiękowej i
wyrafinowanie, to przetworniki planarne EMIT (wysokie tony) + EMIM
(średnie) są dokładnie takie same w Renaissnace 90,
podobnie jak SIGMA, OMEGA, EPSILON!

Po co więc wydawać więcej, skoro ten głośnik idealnie pasuje
do wymagań Twojego pokoju? Możesz słuchać Renaissnace
90 tak głośno, jak to możliwe w swoim pokoju
odsłuchowym. Nie będziesz potrzebować dodatkowej mocy basu innych
większych kolumn Infinity Więc w zasadzie zapłacisz 3 do 4 razy
więcej za ten sam głośnik, z większym zapasem mocy i większą
ilością basu, pomyśl tylko o tym! + Będziesz także potrzebował
innego wzmacniacza, co dodatkowo podnosi cenę! Za więcej basu
zapłacisz 3000-4000-5000 euro!

Fact & Fiction

Emotiva A2, Emotiva PT1.

Kompletne nie jestem w stanie z prasy muzycznej wyczytać czy dany sprzęt jest dobry czy średnio dobry oraz jak gra. Po przejściu (ciężko mówić „przeczytaniu”) kilku-kilkunastu akapitów prozy poetyckiej mogę określić jedynie czy ten sprzęt jest drogi czy tani. Jeśli jest tani – zachwytów jest tylko 5 akapitów. A jeśli jest drogi – zachwytów jest proporcjonalnie więcej. 

Z tego powodu, aby ocenić, czy dany sprzęt jest dobry czy nie, trzeba poczekać aż zniknie z rynku pierwotnego, tak aby żaden producent/dystrybutor nie miał potrzeby boostować opinii na jego temat. Wtedy można w miarę spokojnie rozpocząć czytanie na forach, można też spokojnie zadać pytanie. Jeśli nikt nie ma go już w sprzedaży, żaden sklep/dystrybutor nie stanie do wyścigu jak o jak najszybsze wychwalenie jego zalet wraz z linkiem do zakupu. 

A już całkowicie najlepiej czyta się o sprzęcie vintage. O takim starszym niż internet, aby nie było żadnych śladów historycznych artykułów sponsorowanych. O sprzęcie vintage wypowiadają się hobbyści, którzy kompletnie nie mają interesu aby pisać coś niezgodnego ze swoim sumieniem. W takie wypowiedzi wierzę i takie wypowiedzi mnie inspirują do szukania sprzętów z zeszłego tysiąclecia. 

Ale kilka lat temu za bardzo wkręciłem się w opowieści z gazet. W reklamach i artykułach sponsorowanych przodowała wtedy jedna amerykańska firma. Całe „story” było zrobione bardzo profesjonalnie. Sprzęt ma być tani, ale bezkompromisowy jeżeli chodzi o brzmienie. Wszystkie oszczędności mają polegać na automatyzacjach produkcji i zakupów, np. te same kształty obudowy dla różnych modeli obniżają cenę. Żadnych zbędnych dodatków „jubilerskich”… etc. Do tego marketingowy przekaz mówiący: bierzcie szybko, póki jest tanio, bo zaraz tanio nie będzie i odsprzedacie te sprzęty używane drożej niż kupiliście. Mówię oczywiście o marce Emotiva

 

Wkręciłem się w te opowieści, obdzwoniłem wszystkie salony hifi w Trójmieście, ale nikt nie dealował Emotivą w tamtym czasie. Wsiadłem w samochód i pojechałem do Bydgoszczy. Tam mieli Emotivę.

Wróciłem do Gdańska z dzielonym zestawem PT1/A2. To był mój pierwszy „salonowy” wzmacniacz od czasów Cambridge Audio. Zapakowany przepięknie. Czułem się jakbym rozpakowywał dzieło sztuki. 5 tys PLN wydane na ten zestaw wydawało się śmiesznie mało. Przedwzmacniacz PT1 mimo ideologicznych zapewnień o braku wodotrysków łączył w sobie DAC, preamp gramofonowy, tuner, odbiornik Bluetooth, zaś regulacje tonów, których nie widać na płycie czołowej są dostępne elektronicznie z pilota. Końcówka mocy A2 wielka, solidna, ciężka. Wszystko to razem wzięte nosiło znamiona kolejnego zestawu na całe życie!

Jeśli w tym momencie myślicie, że kolejny raz dopadła mnie frustracja, a słowo ” gra bosko” pomyliło mi się ze słowem „gra na boisku” to nic z tych rzeczy. Ta Emotiva grała…. normalnie. W sumie nawet dobrze. Tak zwyczajnie. W połączeniu z Audio Physic Sitara nie szło się ani do niczego przyczepić, ale też nieszczególnie można było się zachwycić. Grała dokładnie tak jak powinno grać 5 tys PLN wydane w salonie ze sprzętem hifi. Poprawny entry level.

A skoro mój transeuropejski ekspres opuścił już Europę i pojechał szukać szczęścia w USA… nastąpiła pora aby poszukać również wielkich amerykańskich kolumn, na których można w wielkim amerykańskim salonie posłuchać dobrego country.

Trans Europa Express

Primare A20, Atoll IN100, Micromega IA180, Akai AM-U01, NAD 120.

Wpadłem w trans. Przestałem traktować zmiany w systemie audio jako rozgrywkę pomiędzy frustracją – a systemem na całe życie. Moim głównym bodźcem do zmian stała się ciekawość. Ktoś kiedyś powiedział takie zadanie:

W audio nie ma końca – jest ciekawość 

Powoli, w niezauważony sposób zaczęła mną kierować. A w tym wszystkim coraz śmielej wkradały się sprzęty vintage. Choć cały czas szukałem jeszcze tej jednej głównej linii, czyli sprzętu, który będzie grał w salonie, i tutaj ciągle (jeszcze) uważałem, że sprzęt nowszy = lepszy. Ale jednocześnie kupiłem za grosze Akai AM-U01 – do garażu oczywiście, aby umilało mi czas w trakcie majsterkowania.  Do sypialni wybierałem okiem i spodobał mi się amplituner NAD 120. Oba te sprzęty, biorąc pod uwagę niewielkie pieniądze jakie kosztowały doprowadzały moich znajomych do lekkiego opadu szczeny. Sam też zacząłem traktować to jak zagadkę, że sprzęt kilkukrotnie tańszy od salonowego potrafi tak się podobać. 

 

Do Akai AM-U01 kupiłem najmniejsze monitoy B&W302. W teorii reklamowane, jako zwycięzca jakiś plebiscytów w 96 roku. System prism miał niwelować fale stojące i poprawiać reprodukcję basu. No ale to były wciąż mikruski. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po włączeniu Tracy Chapman salon wypełnił się dźwiękiem pełnym i swobodnym. Kupiłem potem z rozpędu (a raczej ciekawości) modele AM-U02 i AM-U05. Nie zrobiły już na mnie takiego wrażenia. Nie jestem w stanie określić teraz dlaczego… chyba dlatego, że grały już bardziej po japońsku. Natomiast ten pierwszy czyli AM-U01, poza absolutnie hipnotyzującym wyglądem – wychyłowe wskaźniki wysterowania – grał ciepło i przyjemnie. 

 

NADa 120 ustawiłem w sypialni i chciałem do niego dokupić Tannoy M2, ale w kolorze Shadow Beech, czyli jasnym drewnie. Zabrakło mi cierpliwości i nie doczekałem się oferty dokładnie na ten model i kolor i kupiłem ich następcę czyli Tannoy Mercury MX2.  Jeden mały „x”, który podobno dużo zmienia. Te z x-em nie mają już takiej estymy. Ale czy tak jest naprawdę, czy to tylko powtarzane i przedrukowywane zdania wypowiedziane przez kogoś na samym początku produkcji nowego modelu?

 Paaaaanie, kiedyś to były czasy…. MX to już nie to samo…

Nigdy nie słuchałem obu modeli jednocześnie obok siebie. (Wszystko na to wskazuje, że niedługo będę mógł na chwilę pożyczyć M2 i zrobię im bezpośredni odsłuch z MX2). Natomiast Tannoy MX2 podłączone do NAD 120 w niewielkiej sypialni zdziwiły nawet mnie. Ciepłe brzmienie dobrego starego NADa + czyste, szybkie i przestrzenne Tannoye. Tego słuchało się lepiej niż wysilone Sitary w dużym salonie.  

Transeuropejski ekspres napędzany ciekawością rozpędzał się coraz bardziej. 

Szwecja – Primare A20. Grałem prawie pół roku. Kupiłem dlatego, bo mój znajomy ze starej pracy, a aktualnie znana postać muzyki elektronicznej, Przemek Rudź kiedyś zachwalał Primare, a może nawet miał. Grał bardzo delikatnie, bez najmniejszych podbarwień, w kierunku suchego grania, ale z ładną przestrzenią. Na dłuższą metę nudził. 

Francja – Atoll IN100. Ten zawodnik to kompletnie inny kraniec modelowania brzmienia niż Primare. Po podłączeniu zachowywał się jak wariat! Dźwięk na początku wdaje się pełny i gęsty. Audio Physiki nabrały werwy i chęci do życia. Ale po jakimś czasie coś zaczyna przeszkadzać. Po okresie endorfin następuje adaptacja ucha i granie robi się agresywne i konturowe. Mimo wszystko może się podobać. Kwestia gustu. 

Norwegia – Hegel HD12. Niesłyszalne zmiany. To było moje największe zdziwienie. Kiedy przepiąłem swojego Google Chromecasta Audio z wyjścia analogowego na optyczne i podłączyłem do wzmacniacza przez Heglowego DACa autentycznie nie poczułem różnicy. 

Francja ponownie – Micromega IA180 – Duża moc w klasie D. Granie w stylu Primare czyli kulturalnie, bez podbarwień, swobodnie, ale lepiej. O klasę lepiej. Przez jakiś czas myślałem nawet, że ten wzmacniacz może ze mną zostać na lata. 

Ale w audio nie ma końca. Jest ciekawość.

Flossenengel

Wharfedale WH-D10.

Gruby, mięsisty dźwięk z zachowaniem wszystkich walorów Sitar związanych z ich kreowaniem przestrzeni. Tego szukałem. Z tego powodu postanowiłem zaryzykować i zejść z tej najczystszej audiofilskiej ścieżki – czyli zestawu stereo składającego się ze źródła, wzmacniacza i dwóch kolumn. Czy byłaby to aż taka zdrada? W końcu realizatorzy nagrań, czyli tego co my potem słuchamy, korzystają najczęściej z aktywnych monitorów bliskiego pola wspomaganym subem. Teoria też nakłaniała do przeprowadzenia tego eksperymentu – niskie tony nie są kierunkowe, tzn im niższy dźwięk tym trudniej ustalić ludzkim uchem jego lokalizację.

 

Po krótkiej analizie rynku zdecydowałem się Wharfedale WH-D10. Jak sama nazwa wskazuje z 10-cio calowym przetwornikiem. 

Wprowadzenie do systemu subwoofera było w pewnym sensie koniem trojańskim dla moich Audio Physiców. 

Z jednej strony: jego podłączenie zrobiło dokładnie to czego oczekiwałem. Dół pasma wypełnił się zwartym, szybkim i nienatarczywym basem. Z perspektywy czasu i wysłuchaniu jeszcze trzech innych subwooferów uważam, że ten trochę przypadkowy wybór Wharfedale WH-D10 był wyborem zdecydowanie najlepszym w ten cenie. Żaden inny, ani Dali, ani B&W nie mruczał w tak wpadający w moje ucho sposób. Piosenki Cohena cudownie snuły się w niskich rejestrach, a Dead Can Dance nabierał odpowiedniego patosu. 

Z drugiej strony: słyszałem, że mam w pokoju trzy kolumny. Dwie stereo i niskotonową. Próbowałem wszystkiego, najróżniejszych ustawień fizycznych – czyli chodziłem z nim po pokoju,  jak i gałkami na tyle suba.  Paradoks polegał na tym, że nawet kiedy był ustawiony wzorcowo i każdy inny konsument home audio cmoknął by zachwytu, to ja wyczuwałem jego obecność. Stawałem na środku pokoju, odłączałem kolumny i słuchałem samych pomrukiwań z subwoofera. Zamykałem oczy i robiłem kilkanaście obrotów wokół własnej osi. Potem, będąc kompletnie nieświadomy położenia w przestrzeni za każdym razem trafnie wskazywałem na miejsce gdzie stał subwoofer. Niestety, może same najniższe tony są trudne do określenia skąd pochodzą, ale każdy sub gra w pewnym zakresie. Mój Wharfedale miał pasmo przenoszenia 35Hz – 150Hz. Nawet jeżeli ustawiałem odcięcie niżej niż górna granica, czy stosowałem wyjście z preampa górnoprzepustowe na  90 Hz do końcówki mocy, i odpowiednio dolnoprzepustowe do suba również na 90 Hz… – zawsze potrafiłem określić gdzie stoi sub. 

Wspomnianym koniem trojańskim dla Sitar wprowadzonym przez subwoofer do mojego systemu była myśl: chcę mieć taki dźwięk, ale chcę aby wydobywał się z kolumn! czyli muszę… pozbyć się Sitar… moich ukochanych, wymarzonych, wyczekanych, spełniających 95% potrzeb Sitar…

Songs from the Big Chair

Audio Physic Sitara.

Sielanka trwała półtora roku. Nie skusiłem się na zamianę wzmacniacza, bo nie widziałem takiej potrzeby. A poza wspomnianym wcześniej Creekiem Destiny miałem jeszcze przyjemność przez jakiś czas posłuchać Audia Flight Three. Cenowo 10x droższy od NADa, ale odsłuchowo ten drugi wciąż był na takim poziomie mojej akceptacji, że nie było sensu inwestować. 

W miedzy czasie skończyła się budowa i przeprowadziłem się z salonu ~25 m2 do salonu 70m2. Moje ukochane Sitary w pięknym, czarnym lakierze fortepianowym nagle zrobiły się bardzo malutkie.

 

Grały dalej tak samo, dalej je kochałem, dalej czarowały precyzją i przestrzenią na najwyższym poziomie, ale … zaczęło brakować im kopa. Kiedy słuchałem cicho – wszystko było jak należy. Ale kiedy próbowałem trochę podkręcić volume to zamiast wypełnić tę przestrzeń one sobie grały gdzieś tam w połowie salonu. Z jednej strony podobało mi się tak jak jest z pełną świadomością niedoskonałości niewielkich Sitar w dużym salonie. 

 

Ale jednocześnie w głowie zaczęły mi kiełkować różne ścieżki alternatywne. Czy wymienić wzmacniacz? Czy w prostej linii zastąpić Sitary modelem Scorpio? A może dokupić suba? A może zupełnie inne kolumny? Takie czysto teoretycznie rozkminy, poparte godzinami znów spędzanymi na forach audio prowadzą do…. oczywiście do frustracji audiofila. Wtedy jeszcze wierzyłem w tak zwaną „jedną ścieżkę”. Wydawało mi się, że podążać można tylko jedną drogą, która przez mniej lub bardziej losowe zakupy nowych sprzętów skręca trochę w lewo, trochę w prawo. A zła decyzja może pozbawić nas przyjemności słuchania na lata. 

Dziś patrzę na to trochę inaczej. Nie ma jednej ścieżki. Poszukiwania są jak drzewo. Z każdej gałęzi wyrasta kilka kolejnych. Nie szukam za wszelką cenę jednego uniwersalnego systemu. Bo takiego nie ma. Przynajmniej w pieniądzach w jakich się obracam, czyli średnio niskich. 

 

Pokój powoli zapełniał się gratami. Pojawiły się zasłony, dywan, nawet szafka RTV, a robocze krzesło odsłuchowe stało się całkiem wygodnym fotelem. Sitary ciągle dawały mi cudowne cudowne odsłuchowe wieczory, ale ciekawość w końcu zwyciężyła… a może to nie ciekawość, tylko ojcowska chęć ochrony Sitar przed wymianą na inne? 

Kupiłem suba 🙂