Elac przez całe lata 60-te oraz początek 70-tych tworzył bardzo ładne amplitunery, o klasycznym jak na tamte czasy designie, prostokątne, w ciężkiej drewnianej obudowie, wykończone czernią i aluminium. O tym designie można powiedzieć to samo co designie samochodów Volvo. Klasyczne auta dla lekarza i prawnika. Nigdy nie powiesz, że są brzydkie, ale też nigdy nie powiesz, że są ekstrawaganckie.
I nagle przychodzi rok 1972
W cenniku z kwietnia 1972 po raz pierwszy pojawia się Elac Quadrosound 1000T. Efekty quasiquadro czy prawdziwe quadro odłóżmy na bok. To technologia, która na cmentarzu techniki leży obok domowych telewizorów 3D sprzedawanych razem z okularami. Aczkolwiek był to z pewnością protoplasta kin domowych i ówczesnych systemów Dolby Atmos.
Wyobraźcie sobie duże, ponad 40-sto litrowe kolumny. Trójdrożne, czterogłośnikowe: dwa woofery, eliptyczny midrange oraz tweeter. I te kolumny zaczynają grać zupełnie inaczej niż wyglądają. Grają dość jasno. Ale ta jasność nie ma najmniejszych odcieni ostrości, nie jest też przesadnie jaskrawa. To taka jasność na dłuuugie dłuuugie godziny słuchania bez zmęczenia. Bas? Ten jest ledwie nakreślony, delikatnie uzupełnia resztę pasma. Jeżeli recenzent miałby skłonność do skrajności – powiedziałby: tutaj w ogóle nie ma basu! Jeden z głośników basowych gra bardziej średnicą, a drugi ledwie akcentuje najniższe partie… Ale jest jeszcze środek pasma. Ten eliptyczny papierowy głośnik…. który robi magię. Elac LK 4100 gra siłą swojego midrange’a.
Ten midrange jest jak artysta stojący w słupie scenicznego reflektora, a cała reszta ekipy gra w półcieniu, jak muzycy sesyjni. Cała ich praca polega na zbudowaniu piedestału na którym gwiazda może stać stabilnie. Dlatego góra nie jest przejaskrawiona, dlatego bas nie buduje podstawy tak silnej jak chociażby w filozofii IMF. Do tego duża skrzynia. Po co jest tak duża? Połowę mniejsze pudełka potrafią robić więcej „hałasu”. Jednak w tym wypadku duża skrzynia daje pełną swobodę, daje oddech, daje coś co mogę nazwać „wygodą słuchania”. Nie każdy duży samochód musi mieć wielki silnik. Natomiast dużym samochodem w większości przypadków jedzie się wygodniej.
Nick Drake nie wychodzi z mojej playlisty. Z różnych piosenek, które wpadają i wypadają, Nick Drake zawsze kończy się przesłuchaniem całego albumu. Zawsze byłem, jestem i będę melomanem ponad audiofilem. Sprzęt audio jest tylko narzędziem do tego, aby muzyka grała tak jak lubię. I o to właśnie w tym przepinaniu kabli chodzi – aby opaść z satysfakcją na fotel i przestać je przepinać, na tym utworze, tym albumie, wysłuchać go o końca, a potem… jeszcze raz.
Miał być weekend z ITT Schaub & Lorentz, miało być porównanie parapetu 4500 z parapetem 3500, ale w piątek odebrałem z serwisu amplituner Elac 2200T. Nie mój „rumuński” egzemplarz, a drugi, który kupiłem trochę jako tzw. „kontrolowaną niespodziankę dla Kamila”. Nie jest to częsty gość na aukcjach, a osobiście uważam, że jest to najlepszy Elac jaki ten świat stworzył.
Model 4500 mimo, że z wyglądu przypomina 3500 jest wzbogacony o mikser. Gdybym tylko trafił na taki egzemplarz w latach 80-tych, pewnie zostałbym nowym Brianem Eno albo Danielem Lanois 🙂 Niestety nie było mi dane miksować moich dziecięcych słuchowisk na takim cudzie techniki więc musiałem to robić korzystając ze zwykłego dwuścieżkowego magnetofonu Unitry i mikrofonu zrobionego ze słuchawek 🙂 Jako „efekty specjalne” używałem sampli z The Wall czy Vangelisa 🙂 Słuchowiska dotyczyły oczywiście odwiecznej walki wsi Łęgowo z wsią Rusocin, która często eskalowała z poziomu remizy do poziomu gwiezdnych wojen.
Tak więc gdybym wtedy miał tego 4500 Regie i na nim miksował słuchowiska, to z pewnością U2 by mnie odnalazło i zaprosiło do pracy przy Achtung Baby!
Wracając do ITT 4500 Regie
Ten model produkowany był w latach 1973-1975 i w katalogu pisano o nim w następujący sposób:
Bez wątpienia ITT Schaub & Lorentz z przełomu lat 60/70 miał bardzo rozpoznawalny styl. Idealnie od frontu, bez górnej perspektywy, amplitunery tej marki wyglądały zwyczajnie. Kolejny długi parapet z suwakami, gałkami i cienką skalą na froncie… Ale wizualna magia tego sprzętu to górna perspektywa… Wyraźna, duża skala radiowa umieszczona jest pod przeszkloną górną pokrywą… Patrząc na nią masz wrażenie, że jesteś w Hotelu Radisson Blu w Kairze, gdzie pod szklaną podłogą na poziomie -1 umieszczone są egipskie muzealne artefakty z czasów Faraonów. Mam dwa amplitunery ITT i w obu wszystkie żarówki są sprawne, skala perfekcyjnie doświetlona, a przezroczysta pokrywa w idealnym stanie, bez rys i zamgleń. Zupełnie tak, jakby ktoś, kto projektował i budżetował tę linię ITT założył, żeby dać jak najlepsze materiały, które nie zżółkną, nie zmatowią się, nie stracą kontrastu, być może przetrwają dłużej niż piramidy.
Kiedyś prawie miałem Saby 840F. Nie pamiętam dokładnie genezy całej historii, ale znajomy miał je wieźć z Warszawy do Gdańska dla kogoś, kto nie do końca był pewny, czy je chce. Zapytałem więc, czy – jeśli jest taka opcja – mógłbym je kupić. Po kilku godzinach oddzwonił i zgodził się abym to ja je kupił. Cena była dość uczciwa: 1900 zł.
Znajomy kolumny przywiózł z WAW do siebie… i na tym właściwie sprawa się zatrzymała. Jakoś nie mógł ich dowieźć do mnie, a kiedy próbowałem się umówić na odbiór, zaczęły się dziwne, nietypowe wykręty: że musi coś robić w ogródku, że jedzie na zakupy, że jest w nagle służbowo w Bydgoszczy, że ma jeszcze jakieś sprawy do załatwienia.. itd.. itp..
Temat się rozmył i dopiero po roku zrozumiałem, co tam naprawdę zaszło.
Zastąpił go dźwięk, który nie miał prawa zmieścić się w tych obudowach. Ale o tym następnym razem…
Tak zakończyłem wpis o IMF Super Compact sprzed paru dni. Zderzenie się z nimi to była prawdziwa chirurgia mózgu. Miały być dawcami, a przerosły wszelkie oczekiwania i jakakolwiek próba ich rozczłonkowywania byłaby niczym innym jak zbrodnią na vintage audio. Nie mogę tego zrobić i nie zrobię.
Kilka tygodni temu dostałem w komentarzu pytanie, co tak naprawdę podoba mi się najbardziej. Jaki sprzęt uważam za najlepszy?
Oczywiście nie ma na to jednej odpowiedzi, bo cała przyjemność, cały sekret fascynacji audio nie polega na tym, że lepsze ma wypierać gorsze i rozwój jest wyłącznie liniowy. Ten sekret to łączenie wymiarów, spinanie i przenikanie płaszczyzn na których osadzone są różne sprzęty, różne personalne odczucia, oraz czas kiedy konkretne sprzęty powodowały te odczucia. Można cofnąć się rok, chwycić amplituner, który wtedy wywoływał pewne emocje i spiąć go ze świeżo kupionymi kolumnami. Można też spiąć go ze wspomnieniem, które wtedy wywoływał ten wzmacniacz i zapragnąć kupić go ponownie – jeśli zdążył pójść w świat.
Jeżeli miałbym znaleźć jedno stwierdzenie, z którym zgadzają się zarówno „audiofile nowocześni” jak i „miłośnicy vintage” to z pewnością będzie to: „nigdy nie gra jeden element sprzętu, zawsze gra SYSTEM„. Tak więc aby cieszyć się muzyką, trzeba dopasować system do swoich preferencji. Największym błędem jest naczytanie się tylko o kolumnach lub tylko o wzmacniaczu, który ma (po jego kupnie) wręcz katapultować jakość audio we własnym salonie… a potem kończy się rozczarowaniem…
Wczoraj zadzwonił do mnie Pan z Krakowa, który był zainteresowany kupnem moich kolumn SABA IIA, które wystawiłem na portalu z ogłoszeniami. Na początku zapytałem jaką muzykę lubi (to pytanie, po którym zazwyczaj wylewa się rzeka i 5 minut rozmawialiśmy o krautrocku, potem zapytałem jaki ma wzmacniacz, a na końcu powiedziałem, że kupno ode mnie kolumn SABA IIA i łączenie ich z tym co ma mija się z jego oczekiwaniami i nie sprzedam, bo nie chcę jego rozczarowania…
Wracając do brzegu…
Kiedy w komentarzu dostałem pytanie jaki sprzęt uważam za najlepszy, pomyślałem, że poza tym, że każdego tygodnia inny uważam za najlepszy, to może warto zrobić małe podsumowanie. Ale nie jest to podsumowanie bezwzględnie najlepszego sprzętu, bo ani za dużo w życiu nie słuchałem, ani też nie obracam się nierozsądnym budżecie. Wręcz uważam, że zestaw za 1500 zł (kolumny+wzmak) mogą zrobić ogromne zamieszanie w głowie i światopoglądzie.
To będzie podsumowanie tego, co w jakiś sposób mnie zauroczyło, sprawiło, że siedziałem całymi wieczorami, zmieniałem płyty na gramofonie albo na streamingu i pisałem peany do Kamila.
Sprzęt, który wpadł w moje ręce w 2025 i zrobił na mnie wrażenie.
Na samym początku roku, w Trzech Króli dogadałem zakup Elaca 2200T z Transylwanii. To miał być tylko jeden z Elaców, jeden z niemieckich sprzętów vintage, a zrobił na mnie OGROMNE wrażenie bo wziął co najlepsze z każdego z innych Elaców, z modeli wyższych, starszych czy nowszych. Po pełnym roku od jego kupna wciąż podpisuję się pod każdym słowem. To jest najlepszy z Elaców z tamtych lat.
Wiosna upłynęła pod dyktando szerokopasmowców. Najpierw kontrolnie ale z pietyzmem wykonałem skrzynki według projektu Lii Song, a potem poszedłem na całość i sprowadziłem z Japonii legendarne przetworniki Diatone P-610 w pierwszej wersji z 1958 roku (od wtedy były produkowane) 16 Ohm. Mają w sobie coś bardzo specyficznego. Są miękkie, spójne i smakują jak dobra, gatunkowa herbata. Lubię do nich wracać, choć wymaga to gimnastyki.
SABA SRI. Podobno 16 i 18 to dokładnie ten sam model. Do dziś nie wiem czym się różnią. To była moja pierwsza lampa (powiedzmy druga, bo był jeszcze falstart pt. Stereomeister od Grundiga, szorstki i zimny). SABA SRI zagrała równie karykaturalnie jak Grundig, ale dokładnie po drugiej stronie lampowych przekłamań. SRI była do przesady łagodna i ciepła.
SABA SRI jest tak bardzo lampowa, że nawet w świecie, gdzie żyją same lampy, przezywaliby ją „lampa”.
Mój pierwszy egzemplarz sprzedałem zbyt pochopnie. Ale odbiłem to sobie kupując potem kolejne dwa i dodatkowe dwa zestawy lamp na wszelki wypadek. Jestem w niej zakochany do dziś i kiedy mam ochotę na bujanie w stylu Sade, zawsze myślę o SRI.
Automatic to jest pomnik. To jest arcydzieło lampowej inżynierii lat 60-tych. Ale to jest też jasna strona mocy. Jest gładko, wyraźnie, jasno i konturowo. Pełnię swojej operacyjności zyskuje po dość długim nagrzaniu. Jakiekolwiek opinie o Automaticu bez słuchania go cały wieczór u siebie, samotnie, z pełną atencją to jak wydawanie opinii na temat twórczości Yes na podstawie Owner of a Lonely Heart.
Ten mały Klein+Hummel jest dla tranzystorów lat 70-tych tym samym czym Automatic dla lamp lat 60-tych. Krystaliczny, szybki, precyzyjny. Fascynację związaną ze słuchaniem ES20 mogę porównać do zabawy karbidem w latach 80-tych. Karbid, woda, ogień 🙂
Pioneery CS-53 zaskoczyły mnie jak cholera. To jest zwykły model środka stawki. Aczkolwiek produkowany przez Pionieera absurdalnie długo. Pytanie z jakiego powodu? Z pewnością dlatego, że odpowiedź rynku musiała uzasadniać jego produkcję przez prawię dekadę. A rynek głupi nie jest i długoterminowo zawsze wygrywa wysoka jakość za rozsądne pieniądze.
Ale to nie ekonomia zaskoczyła mnie w tych Pionieerach, a doskonała synergia z amplitunerami Pionieera i niezwykle osobliwe interpretacje „trąbek”, zarówno Enrico Ravy jak i Cheta Bakera.
SABA 8080 to jest „coś z niczego”. Kosztuje grosze, w zależności od stanu jest to 150-350 zł. Te najniższe rejestry to obite budy i stan nieznany. Im bardziej przetestowana tym cena podchodzi do 300-350 zł. Ale swego czasu była to flagowa jednostka SABY! Jak opadł dym po ostatnich lampach, jak droższy german został wyparty przez tańszy krzem, na placu boju stała ona – piękna jak parapet u dziadków w Rykach obok Dęblina – SABA 8080.
Pierwsze nuty to był szok. Tak jak K+H to była jasność i precyzja. Tak SABA 8080 to dociążenie, klimat i ciemne, ciepłe, spokojne fale na Pacyfiku. Zostawiasz ubranie na plaży i wchodzisz do wody w świetle księżyca. Dno pod stopami zaczyna się kończyć, ale płyniesz dalej, do przodu, nie oglądając się za siebie, przy dźwiękach SABY 8080.
Ciąg dalszy był taki, że dzień i noc szukałem bez opamiętania sposobu na znalezienie odpowiednich głośników do moich IMF TLS 50. Nie jest to na tyle popularna marka, bądź nie ma tylu oddanych i zaangażowanych wyznawców (co na przykład Infinity, z czasów kiedy produkowało w USA), że znalezienie logicznie i spójnie ułożonych informacji nie jest takie łatwe. Forum na FB nie istnieje kilka lat. Ale znalazłem tam wzmiankę, że przeniosło się na Discord. Tym sposobem zostałem przez życie wmanewrowany w założenie tamże konta.
Kiedyś w podstawówce chcąc zarobić kilka groszy w inny sposób niż zbieranie pustych butelek po rowach, mycie w zlewie i odnoszenie do sklepu – nająłem się na kilka dni do łuskania bobu. Praca prosta i powtarzalna, ale… kiedy po robocie, w domu, zamykałem oczy widziałem bób. Wszędzie był bób. Nie byłem w stanie na niczym innym się skoncentrować, bo moje myśli były owładnięte przez zapętlony w głowie klip: biorę strączek, rozrywam na pół i wysypuję grube ziarna bobu do worka, a łupinę odrzucam na bok.