AKAI AA-6200 – The Dark Side of the Moon

Trzy lata temu po raz pierwszy w życiu pojechałem do pewnego często wspominanego tutaj komisu meblowego w Sopocie. Specyfika tego komisu jest taka, że poza meblami, jego właściciele ściągają do kraju także to, co na tych meblach stało. A w latach 60/70 stały na nich bardzo fajne sprzęty HIFI.

Z tamtej wizyty przytargałem do domu parę kolumn Tandberg TL-1520 oraz amplituner Akai AA-6200. To nie były moje pierwsze sprzęty vintage, bo coś już tam w garażu nieśmiało odkładałem na półkę. Ale mentalnie byłem wciąż zacementowany przez lata próby nadążania za „nową audiofilią”, że kiedy wydajesz 600 zł na amplituner i tyle samo na kolumny to kupujesz jakieś śmieszne oldschoolowe zabawki i nic więcej. Bo żeby kupić coś do słuchania muzyki to trzeba mieć kilka tysięcy …. i wyjść ze sklepu co najwyżej z parą „średniej” jakości kabli.

Czytaj dalej →

Elac 2300T vs Elac 2300T

Z zasady jestem sceptykiem. Z zamiłowania też. Jeżeli raz czegoś doświadczyłem, nie jest mi łatwo uwierzyć komuś na słowo, że może być inaczej. Dużo łatwiej uwierzyć w coś, co widzę na aparaturze pomiarowej. Nie chcę przez to powiedzieć, że jeżeli czegoś nie można zmierzyć, to tego nie ma. Ale dużo bliższy jestem hipotezie, że jeśli różnica jest, to da się ją zmierzyć.

Jestem też miłośnikiem ślepych testów. Ale takich prawdziwych, z zamkniętymi oczami, z prawidłową metodologią. I za każdym razem, kiedy za bardzo nagrzewam się na jakiś zakup to staram się go sprawdzić. Oczywiście z zamkniętymi oczami. Kiedy jeszcze żyłem w czasach „nowej audiofilii” kilka razy zawstydzałem sam siebie, kiedy prosiłem kumpla, aby przetestował na mnie mój nowy zakup (kolejny chiński DAC z tej samej półki, kabel). Oczywiście myliłem się w odpowiedziach 🙂 Raz nawet kupiłem dwa identyczne amplitunery i jeden z nich zrecapowałem, mimo, że był zdrowy… Z pewnością wiele osób słyszy o wiele lepiej i wiele więcej niż ja, jednak ja nie chcę rywalizować w tym wyścigu i wpadać w paranoję – w zupełności wystarczy mi to co słyszę, czasami nawet chciałbym mniej.

Czytaj dalej →

Automatic vs SRI-16 – Hemispheres

Mam taki postulat, aby SABA Studio 1 Automatic była sprzedawana zawsze w pakiecie z SABA SRI-16. To są dwie lampy SABY mniej więcej z tych samych czasów (połowa lat 60-tych) ale… dzieli je niemal wszystko.

Najpierw co je łączy:

  • Obie są z połowu lat 60-tych
  • Obie mają na końcówce lampy ECLL800

Co je dzieli

  • Automatic był pozycjonowany ceną i prestiżem mniej więcej 3 razy wyżej. W 1965 roku kosztował 1317 DM podczas kiedy SRI niewiele powyżej 500 DM
  • Wizualnie to dwa różne światy. SRI to starodawna wielka „radiowa” drewniana skrzynia z ogromną skalą, zaś Automatic to już elementy aluminium i czarnego szkła – coś dużo bardziej nowoczesnego.
  • Brzmieniowo Automatic jest inny niż wszystko co znam: detal, precyzja, przestrzeń, nasycenie. Automatic jest jakby ktoś, kto go tworzył nie miał świadomości, że się nie da i…. zrobił to! Połączył sprzeczne cechy, w jednej obudowie mamy cechy nowoczesnego audiofilskiego wzmacniacza oraz przepełnionego słuchalnością sprzętu vintage.
  • SRI za to jest archetypem brzmienia lampy. Jeśli ktoś nie słuchał starych lamp i wyobraża sobie ten dźwięk mając przed oczami Beatlesów z okresu Revolver i myśli o ciepłym, okrągłym, płynącym dźwięku to taki właśnie jest SRI!

I tak sobie myślę, że jeżeli w czyjeś ręce/ucho wpadnie TYLKO jedna z nich to wyrobi sobie połowiczne zdanie o lampach SABY. Jeszcze gorzej jeżeli nie trafi w gust… Byłaby to wielka szkoda, bo uniwersum brzmienia SABY z lat 60-tych obejmuje bardzo szerokie połacie różnorodnego brzmienia.

Yin&Yang

Automatic i SRI są jak Yin & Yang. Biel i czerń, dwie zachodzące na siebie półkule.

Automatic jest jak wykwintne danie główne, wytrawne wyselekcjonowane, dopasowane. Feeria smaków. Eksplozja.

SRI to deser. A na deser zawsze jest miejsce. Deser wpada w inny żołądek. Deser mistrza wypieków, słodki, ale nie przesłodzony. Taki, który konsumujesz w całości i wyskrobujesz talerzyk z okruszków i resztek kremu.

I wtedy przychodzi kelner i pyta się: co bardziej smakowało: danie główne czy deser?

Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Tak samo nie ma dobrej odpowiedzi, która SABA jest lepsza. Natomiast obie DOSKONALE grają z kolumnami SABA IVa. Pierwsze pół dnia spędziłem z Automatikiem co opisałem tutaj. Drugie pół z SRI moje zaskoczenie jest jeszcze większe, bo zwyczajnie nie spodziewałem się, że to się zgra. Trudne kolumny + lukrowana lampa. Bałem się, że otrzymam trzy porcje kremu jak w „Dziewczynach do wzięcia„. Ale nie… dostałem deser oczywiście słodki, ale zrównoważony, o głębokim smaku i perfekcyjnej strukturze.

Na szczęście mogę mieć je obie. Nie muszę wybierać.

Film, który nagrałem na YT pokazuje różnice, które starałem się powyżej opisać. Wiem, że to tylko nagrany przez mikrofon dźwięk, który będzie odsłuchiwany na telefonie, w najlepszym wypadku na słuchawkach i 95% rzeczy się nie uchwyci. ALE można pokazać różnice. Jeśli różnice słychać na YT, to na żywo będą one jeszcze większe. W przypadku SABY Automatic oraz SRI-16 bardzo dobrze to słychać na zaokrągleniach gitary Knopflera. Specjalnie wybrałem jeden z najbardziej oklepanych kawałków do prezentacjo sprzętu, każdy go zna, każdy wie jak brzmi, bądź jak lubi aby brzmiał. Voila!

Automatic for the People – (CPK session no. 13)

Wypiąłem kable z 8120 czyli tranzystorowego flagowca SABY z 1972 roku z ośmioma ATESAMI 2N3055 o mocy 2x60W i wpiąłem w boczną ściankę Królowej.

A Królowa jest tylko jedna i jest nią niezmiennie SABA Studio 1 Automatic. Moc 10 razy mniejsza! Rok 1965. Zamiast tranzystorów – 9 lamp. Szokuje mnie ten amplituner od pierwszego wejrzenia. To były najlepiej wydane 4000 zł w życiu. Tak, jest drogi, sprzedawcy go cenią. Trudno go dostać. Poza tym różnie bywa z ich stanem. Ale to jest najbardziej niewiarygodny sprzęt jaki miałem przyjemność słuchać. SABA Studio 1 Automatic nie bez przyczyny od ponad roku stoi na miejscu nr 1 i ani na chwilę nie ruszyła się z niego nawet o centymetr. Ona jest jak Mercedes SL 500 na niedzielne przejazdy… Ona jest inna niż wszystko…

Kolumny SABA IVa też są inne. Ale czy staną na jednym z głównych miejsc? Tego jeszcze nie wiem. Natomiast wiem, że po zamianie 8120 na Automatica dźwięk zmienił się totalnie. Jeszcze wczoraj uważałem 8120 za całkiem udanego partnera dla IVa, który uniósł w powietrze balon oczekiwań, ale Automatic… dokonał cudu.

O ile można mówić o konkretach w subiektywnych odczuciach muzycznych to mogę określić je tak:

  1. IVa są ciemne i wybredne. Przy gęstych i ciepłych wzmacniaczach takich jak 8120 fajnie się dociążyły, ale detal jednak bardzo się gubił.
  2. Automatic jest bardzo jasną lampą, ale taką jasną i jedwabną, jasną bez znamion ostrości. Ta cecha w zestawieniu z IVa gigantycznie otworzyła górę – pojawił się taki detal, taka szczegółowość, że posadziło mnie na fotel na dłuższy czas. A pamiętajmy, że na jestem bardzo cięty na przejaskrawienie góry pasma!
  3. Przestrzeń i powietrze w skali takiej, że chyba tylko Ditton44 z Automatikiem tak mi robił.
  4. Jeżeli ktoś uważa, że IVa grają mocnym basem to jest w błędzie. Ja byłem. One nie grają tak same z siebie, ale potrafią. W jaki sposób lampa 2x6W dostarcza takich wrażeń na dole pasma i do tego gra sprężycie i szybko – NIE MAM POJĘCIA.

Tak to gra:

SABA IVA – The Sky Moves Sideways

Jedne z kolumn, które od dawna chciałem mieć (i tylko kwestią czasu było kiedy trafią do mnie) to SABA IVA. Każdy, kto czyta tego bloga z łatwością dostrzega moją słabość do tej marki. A ja powoli lecz konsekwentnie dążę do tego, aby posłuchać wszystkiego co SABA wypuściła między 1965 a 1975 rokiem. Na szczycie tej wędrówki niczym żelazny krzyż na Giewoncie stoją SABA V oraz SABA 850. Ale to wyjątkowo rzadkie i bardzo drogie kolumny. I zazwyczaj przechodzą z rąk do rąk zanim trafią na platformy sprzedażowe. Z SABA IVA jest trochę łatwiej, ale też nie jest to zwykłe „Kup Teraz”. Trudno znaleźć kogoś, kto zdecyduje się je wysłać, a tym bardziej kogoś, kto będzie potrafił je zapakować 🙂

Moje SABY IVA dotarły do mnie następnego dnia, po tym, gdy skończyłem montaż moich IMF’ów. Po godzinie (sic!) rozpakowywania (kartonowo-styropianowy kokon był sklejony wiadrem wikolu i tworzył w skali mikro kopułę tak szczelną i bezpieczną jak kopuła nad reaktorem w Czarnobylu) wydobyłem obie sztuki na powierzchnię.

Czytaj dalej →

IMF TLS 50 – Part V – Match Point

To już ostatnia część sagi o skrzyniach do IMF TLS 50 znalezionych na gdańskiej Olszynce.

W poprzednich częściach:

Za namową znajomych kupiłem parę IMF TLS 50 Mk2a, choć ich stan był opłakany. Kolumny były wielokrotnie przerabiane, a z oryginalnego wyposażenia zachował się tylko jeden głośnik niskotonowy i dwa supertweetery Coles, z których oba okazały się uszkodzone.

Największe zaskoczenie czekało mnie po otwarciu obudów. Oryginalna zwrotnica praktycznie nie istniała – przewody były po prostu poskręcane i owinięte taśmą izolacyjną, a większość fabrycznych elementów została usunięta (została tylko regulacja siły średniotonowca). Mimo tego postanowiłem podjąć wyzwanie, odnaleźć brakujące części i przywrócić tym kolumnom dawną świetność. Żona nie podzielała mojego entuzjazmu wobec tego zakupu.

Cały wpis: https://chasingahifighost.pl/imf-tls-50-mk2-a-some-kind-of-monster/

Po zakupie IMF TLS 50 obsesyjnie szukałem informacji i odpowiednich głośników do ich odbudowy. Marka IMF nie ma dziś dużej społeczności, dlatego zdobycie rzetelnej wiedzy okazało się trudniejsze, niż przypuszczałem. Zdecydowałem się kupić inne, mniejsze IMFy z myślą o wykorzystaniu przetworników do renowacji większych TLS-ów. Po uruchomieniu kolumn spotkało mnie jednak ogromne zaskoczenie – mimo niewielkich rozmiarów zagrały znacznie lepiej, niż się spodziewałem. Zamiast dawców części odkryłem pełnoprawne, wyjątkowo udane kolumny. W tym momencie stało się jasne, że ich rozbieranie byłoby zwyczajnie niewłaściwe.

Cały wpis: https://chasingahifighost.pl/imf-super-compact-brain-salad-surgery/

Po wielu miesiącach kompletowania części i zdobywania wiedzy w końcu mogłem rozpocząć właściwą odbudowę moich IMF TLS 50. Udało mi się zdobyć brakujące oryginalne przetworniki, odtworzyć zwrotnice i przywrócić kolumny do konfiguracji możliwie najbliższej fabrycznej. Cały proces wymagał wielu poszukiwań, konsultacji z innymi pasjonatami i sporej dawki cierpliwości.

Cały wpis: https://chasingahifighost.pl/imf-tls-50-part-iii-resurrection/

Po ostatecznym montażu i podłączeniu IMF-ów do wzmacniacza brzmienie okazało się nierówne z powodu zachwianego balansu. Szczegółowe testy i przekładanie głośników wykazały, że jeden z tweeterów gra ciszej, mimo poprawnej rezystancji (7,8 Ω). Po rozebraniu przetwornika okazało się, że kopułka jest zablokowana przez nieznany fluid. Głośniki trafiły do serwisu…

Cały wpis: https://chasingahifighost.pl/imf-tls-50-part-iv/

Ostatnie elementy układanki

Wczoraj przywiozłem oba tweetery do domu. Tajemniczy fluid, który nie pozwalał rozebrać jednego z nich był jakąś stopioną kroplą kleju, która również delikatnie blokowała cewkę. Po dokładnym oczyszczeniu i złożeniu tweeter zagrał w sposób fabryczny, a co najważniejsze – oba zagrały równo… identycznie.

Spiąłem ze sobą zaciski, dokręciłem śruby i …. dopadła mnie jakaś nostalgia. Projekt zakończony. Można się rozejść… Nie było takiego „wow”, gdy z kompletnej ciszy wyłaniają się dźwięki anielskiego chóru. Cały ten proces dużo bardziej przypominał ożywianie organizmu złożonego z różnych elementów. Zaczynając tę sagę wspomniałem do doktorze Frankensteinie, ale nie sądziłem, że droga do ożywienia moich IMF TLS 50 będzie miała w sobie dużo z tego horroru/powieści. Nie było „wow” bo fragmenty ich brzmienia znałem z pracy nad zwrotnicą, w trakcie montażu. Głośniki grały i pojedynczo i razem, czasem na stole, ale i zamontowane. Frankenstein nie ożył w jednej chwili – on już wcześniej ruszał rękami i nogami, nawet wstał z łóżka i zaczął chodzić ale zataczał się jak kulawy.

IMF TLS 50

Ale wczoraj wieczorem mój Frankenstein wstał i w końcu zaczął iść prosto przed siebie, dumnie, żołnierskim pewnym krokiem. Kanał lewy, kanał prawy, kanał lewy, kanał prawy. Środek idealnie na środku. Każdy przetwornik działa, wszystkie pary grają identycznie. Mogę wreszcie zacząć słuchać i mieć swoje pierwsze przemyślenia…

Pierwsze odsłuchy

Czytaj dalej →

JVC JR-S201 – Brutalizm

Brutalizm to jeden z najbardziej wyrazistych i kontrowersyjnych kierunków w architekturze XX wieku, który rozwijał się od lat 50. do 70. Jego nazwa wbrew pozorom nie pochodzi od słowa „brutalny”, ale od francuskiego określenia béton brut, czyli po prostu surowy beton. To właśnie ten materiał stał się znakiem rozpoznawczym stylu.

Gdyby w projektowaniu sprzętu HI-FI można było używać betonu, inżynierowie czy raczej designerzy z Victor Company of Japan czyli w skrócie JVC – z pewnością użyliby go. Beton architektoniczny co prawda wszedł do produkcji kolumn jakiś czas później, ale wtedy, w drugiej połowie lat 70-tych, JVC poszło na całość i uzyskało strukturę betonu bez używania betonu 🙂 A stało się poprzez wypuszczenie serii JR-S – czyli sprzętów pięknych jak National Theater of London czy Hotel Forum w Krakowie.

The Royal National Theatre
JVC JR-S201

Tak jak w brutalizmie w architekturze brak było zdobień, dominował kolor betonu pełen odcisków od szalunków, tak patrząc na ten amplituner widzimy głównie szarość blachy i plastiku. Jedyna gałka to ta pozioma do strojenia tunera, w dużej części ukryta. Cała reszta to suwaki i przyciski. Najmniejsze jak się da, najprostsze. Czarne i szare.

JVC JR-S201 jest po prostu PIĘKNY.

Czytaj dalej →

Welcome to the Machine – (CPK session no. 12)

Mam od roku jakąś totalną jazdę na Wish You Were Here – Floydów. Nigdy nie byłem fanem absolutnym tego albumu. W zależności od etapu życia sięgałem częściej po Animals, czy Dark Side of The Moon albo Atom Heart Mother, nie wspominając nawet o mojej intymnej relacji z The Final Cut.

Wish You Were Here to taki album, który po prostu… JEST. Zawsze był, nie miał słabych momentów, nigdy go nie kwestionowałem i zawsze go uwielbiałem. Był to taki mocny nr 2.

Ale rok temu przeczytałem na reddicie, losowo pląsając po wątkach dotyczących sprzętu i muzyki, że kogoś olśniło, że w Welcome to the Machine nie ma perkusji!! Przesłuchałem po 1001 raz ten utwór i … SZOK! Tam nie ma perkusji! Mason tam nie gra!

There are no drums on Welcome To The Machine.

After years of listening I’ve realized this month that the drums on the song “Welcome To The Machine” are no where to be found.. just want to put that out there.

I wtedy zaczęła się moja jazda. Welcome to the Machine odsłuchuję w każdych konfiguracjach sprzętowych, jestem zafascynowany tym dźwiękowym hologramem, gdzie twój mózg odczuwa iluzję obecności Nicka Masona, perkusisty Pink Floyd, ale jego tam nie ma!! To jest hologram Masona tworzony przez syntezatory Wrighta i gitary Gilmoura.

A jak już poleci Welcome to the Machine to zaraz wjeżdża cała płyta Wish You Were Here. I to często nie jeden raz. Zero przesytu. Zero znudzenia.

Czytaj dalej →

DIY Diatone P-610 Clones – MeloDavid Fullrange

Na początku zeszłego roku, tuż po tym jak zrobiłem swoje pierwsze kolumny fullrange (Lii Song) poszedłem za ciosem i wykonałem skrzynie na bazie oryginalnych japońskich planów z 1958 roku, dedykowane pod kultowe przetworniki Mitsubishi Diatone P-610. Nie wiedziałem wtedy jak szybko uda mi się znaleźć i kupić oryginalne Diatone, więc aby nie tracić rozpędu kupiłem chińskie klony robione przez markę MeloDavid. Klony te mają bardzo dużo pozytywnych opinii. Są wśród nich również takie, że nowe „chińczyki” praktycznie nie różnią się jak „japończyków” sprzed prawie 70 lat. Szczęśliwie, dzięki Marcinowi „Audiojapan”, bardzo szybko trafiły do mnie oryginały z serii datowanej na 1958 rok. Zagrały fenomenalnie. Posłuchać TAKICH głośników fullrange to jest ta jedna z 10 rzeczy, których musi doświadczyć każdy audiofil przed śmiercią. Opisałem je tutaj.

Czytaj dalej →