Kiedyś prawie miałem Saby 840F. Nie pamiętam dokładnie genezy całej historii, ale znajomy miał je wieźć z Warszawy do Gdańska dla kogoś, kto nie do końca był pewny, czy je chce. Zapytałem więc, czy – jeśli jest taka opcja – mógłbym je kupić. Po kilku godzinach oddzwonił i zgodził się abym to ja je kupił. Cena była dość uczciwa: 1900 zł.
Znajomy kolumny przywiózł z WAW do siebie… i na tym właściwie sprawa się zatrzymała. Jakoś nie mógł ich dowieźć do mnie, a kiedy próbowałem się umówić na odbiór, zaczęły się dziwne, nietypowe wykręty: że musi coś robić w ogródku, że jedzie na zakupy, że jest w nagle służbowo w Bydgoszczy, że ma jeszcze jakieś sprawy do załatwienia.. itd.. itp..
Temat się rozmył i dopiero po roku zrozumiałem, co tam naprawdę zaszło.
Zastąpił go dźwięk, który nie miał prawa zmieścić się w tych obudowach. Ale o tym następnym razem…
Tak zakończyłem wpis o IMF Super Compact sprzed paru dni. Zderzenie się z nimi to była prawdziwa chirurgia mózgu. Miały być dawcami, a przerosły wszelkie oczekiwania i jakakolwiek próba ich rozczłonkowywania byłaby niczym innym jak zbrodnią na vintage audio. Nie mogę tego zrobić i nie zrobię.
Kilka tygodni temu dostałem w komentarzu pytanie, co tak naprawdę podoba mi się najbardziej. Jaki sprzęt uważam za najlepszy?
Oczywiście nie ma na to jednej odpowiedzi, bo cała przyjemność, cały sekret fascynacji audio nie polega na tym, że lepsze ma wypierać gorsze i rozwój jest wyłącznie liniowy. Ten sekret to łączenie wymiarów, spinanie i przenikanie płaszczyzn na których osadzone są różne sprzęty, różne personalne odczucia, oraz czas kiedy konkretne sprzęty powodowały te odczucia. Można cofnąć się rok, chwycić amplituner, który wtedy wywoływał pewne emocje i spiąć go ze świeżo kupionymi kolumnami. Można też spiąć go ze wspomnieniem, które wtedy wywoływał ten wzmacniacz i zapragnąć kupić go ponownie – jeśli zdążył pójść w świat.
Jeżeli miałbym znaleźć jedno stwierdzenie, z którym zgadzają się zarówno „audiofile nowocześni” jak i „miłośnicy vintage” to z pewnością będzie to: „nigdy nie gra jeden element sprzętu, zawsze gra SYSTEM„. Tak więc aby cieszyć się muzyką, trzeba dopasować system do swoich preferencji. Największym błędem jest naczytanie się tylko o kolumnach lub tylko o wzmacniaczu, który ma (po jego kupnie) wręcz katapultować jakość audio we własnym salonie… a potem kończy się rozczarowaniem…
Wczoraj zadzwonił do mnie Pan z Krakowa, który był zainteresowany kupnem moich kolumn SABA IIA, które wystawiłem na portalu z ogłoszeniami. Na początku zapytałem jaką muzykę lubi (to pytanie, po którym zazwyczaj wylewa się rzeka i 5 minut rozmawialiśmy o krautrocku, potem zapytałem jaki ma wzmacniacz, a na końcu powiedziałem, że kupno ode mnie kolumn SABA IIA i łączenie ich z tym co ma mija się z jego oczekiwaniami i nie sprzedam, bo nie chcę jego rozczarowania…
Wracając do brzegu…
Kiedy w komentarzu dostałem pytanie jaki sprzęt uważam za najlepszy, pomyślałem, że poza tym, że każdego tygodnia inny uważam za najlepszy, to może warto zrobić małe podsumowanie. Ale nie jest to podsumowanie bezwzględnie najlepszego sprzętu, bo ani za dużo w życiu nie słuchałem, ani też nie obracam się nierozsądnym budżecie. Wręcz uważam, że zestaw za 1500 zł (kolumny+wzmak) mogą zrobić ogromne zamieszanie w głowie i światopoglądzie.
To będzie podsumowanie tego, co w jakiś sposób mnie zauroczyło, sprawiło, że siedziałem całymi wieczorami, zmieniałem płyty na gramofonie albo na streamingu i pisałem peany do Kamila.
Sprzęt, który wpadł w moje ręce w 2025 i zrobił na mnie wrażenie.
Na samym początku roku, w Trzech Króli dogadałem zakup Elaca 2200T z Transylwanii. To miał być tylko jeden z Elaców, jeden z niemieckich sprzętów vintage, a zrobił na mnie OGROMNE wrażenie bo wziął co najlepsze z każdego z innych Elaców, z modeli wyższych, starszych czy nowszych. Po pełnym roku od jego kupna wciąż podpisuję się pod każdym słowem. To jest najlepszy z Elaców z tamtych lat.
Wiosna upłynęła pod dyktando szerokopasmowców. Najpierw kontrolnie ale z pietyzmem wykonałem skrzynki według projektu Lii Song, a potem poszedłem na całość i sprowadziłem z Japonii legendarne przetworniki Diatone P-610 w pierwszej wersji z 1958 roku (od wtedy były produkowane) 16 Ohm. Mają w sobie coś bardzo specyficznego. Są miękkie, spójne i smakują jak dobra, gatunkowa herbata. Lubię do nich wracać, choć wymaga to gimnastyki.
SABA SRI. Podobno 16 i 18 to dokładnie ten sam model. Do dziś nie wiem czym się różnią. To była moja pierwsza lampa (powiedzmy druga, bo był jeszcze falstart pt. Stereomeister od Grundiga, szorstki i zimny). SABA SRI zagrała równie karykaturalnie jak Grundig, ale dokładnie po drugiej stronie lampowych przekłamań. SRI była do przesady łagodna i ciepła.
SABA SRI jest tak bardzo lampowa, że nawet w świecie, gdzie żyją same lampy, przezywaliby ją „lampa”.
Mój pierwszy egzemplarz sprzedałem zbyt pochopnie. Ale odbiłem to sobie kupując potem kolejne dwa i dodatkowe dwa zestawy lamp na wszelki wypadek. Jestem w niej zakochany do dziś i kiedy mam ochotę na bujanie w stylu Sade, zawsze myślę o SRI.
Automatic to jest pomnik. To jest arcydzieło lampowej inżynierii lat 60-tych. Ale to jest też jasna strona mocy. Jest gładko, wyraźnie, jasno i konturowo. Pełnię swojej operacyjności zyskuje po dość długim nagrzaniu. Jakiekolwiek opinie o Automaticu bez słuchania go cały wieczór u siebie, samotnie, z pełną atencją to jak wydawanie opinii na temat twórczości Yes na podstawie Owner of a Lonely Heart.
Ten mały Klein+Hummel jest dla tranzystorów lat 70-tych tym samym czym Automatic dla lamp lat 60-tych. Krystaliczny, szybki, precyzyjny. Fascynację związaną ze słuchaniem ES20 mogę porównać do zabawy karbidem w latach 80-tych. Karbid, woda, ogień 🙂
Pioneery CS-53 zaskoczyły mnie jak cholera. To jest zwykły model środka stawki. Aczkolwiek produkowany przez Pionieera absurdalnie długo. Pytanie z jakiego powodu? Z pewnością dlatego, że odpowiedź rynku musiała uzasadniać jego produkcję przez prawię dekadę. A rynek głupi nie jest i długoterminowo zawsze wygrywa wysoka jakość za rozsądne pieniądze.
Ale to nie ekonomia zaskoczyła mnie w tych Pionieerach, a doskonała synergia z amplitunerami Pionieera i niezwykle osobliwe interpretacje „trąbek”, zarówno Enrico Ravy jak i Cheta Bakera.
SABA 8080 to jest „coś z niczego”. Kosztuje grosze, w zależności od stanu jest to 150-350 zł. Te najniższe rejestry to obite budy i stan nieznany. Im bardziej przetestowana tym cena podchodzi do 300-350 zł. Ale swego czasu była to flagowa jednostka SABY! Jak opadł dym po ostatnich lampach, jak droższy german został wyparty przez tańszy krzem, na placu boju stała ona – piękna jak parapet u dziadków w Rykach obok Dęblina – SABA 8080.
Pierwsze nuty to był szok. Tak jak K+H to była jasność i precyzja. Tak SABA 8080 to dociążenie, klimat i ciemne, ciepłe, spokojne fale na Pacyfiku. Zostawiasz ubranie na plaży i wchodzisz do wody w świetle księżyca. Dno pod stopami zaczyna się kończyć, ale płyniesz dalej, do przodu, nie oglądając się za siebie, przy dźwiękach SABY 8080.
Ciąg dalszy był taki, że dzień i noc szukałem bez opamiętania sposobu na znalezienie odpowiednich głośników do moich IMF TLS 50. Nie jest to na tyle popularna marka, bądź nie ma tylu oddanych i zaangażowanych wyznawców (co na przykład Infinity, z czasów kiedy produkowało w USA), że znalezienie logicznie i spójnie ułożonych informacji nie jest takie łatwe. Forum na FB nie istnieje kilka lat. Ale znalazłem tam wzmiankę, że przeniosło się na Discord. Tym sposobem zostałem przez życie wmanewrowany w założenie tamże konta.
Kiedyś w podstawówce chcąc zarobić kilka groszy w inny sposób niż zbieranie pustych butelek po rowach, mycie w zlewie i odnoszenie do sklepu – nająłem się na kilka dni do łuskania bobu. Praca prosta i powtarzalna, ale… kiedy po robocie, w domu, zamykałem oczy widziałem bób. Wszędzie był bób. Nie byłem w stanie na niczym innym się skoncentrować, bo moje myśli były owładnięte przez zapętlony w głowie klip: biorę strączek, rozrywam na pół i wysypuję grube ziarna bobu do worka, a łupinę odrzucam na bok.
Ostatnich kilka dni doktoryzuję się w temacie kolumn marki IMF.
Skrócony rys historyczny
Historia marki IMF Electronics to przede wszystkim opowieść o bezkompromisowym dążeniu do perfekcyjnego odtworzenia niskich tonów, która rozpoczęła się od współpracy dwóch wizjonerów: amerykańskiego entuzjasty hi-fi Irvinga M. Frieda (skrót IMF – od inicjałów) oraz brytyjskiego inżyniera Johna Wrighta. Choć pierwsze konstrukcje powstawały już pod koniec lat 60., oficjalnie firma IMF Electronics została zarejestrowana w Wielkiej Brytanii w 1970 roku. Marka ta stała się światowym pionierem i synonimem kolumn wykorzystujących linię transmisyjną, czyli skomplikowany system wewnętrznych tuneli wypełnionych materiałem tłumiącym, który pozwalał na uzyskanie niezwykle głębokiego, naturalnego basu, niemożliwego do osiągnięcia w standardowych obudowach zamkniętych czy bass-reflex.
To był dość długi odwyk. Odłożyłem moje codzienne przepinanie kable na dwa tygodnie. Rodzina, Święta, inne rzeczy na głowie. Słuchałem tylko Wigilijnej audycji Tomka Beksińskiego. Odtworzona w IIIPR po dwudziestu siedmiu latach. „9 monolitów” – 9 najważniejszych utworów muzycznych wg Tomka. Słuchałem leżąc w łóżku i próbując nie zasnąć – ze słuchawkami na uszach – tak jak cztery i trzy dekady temu…
Dziś w końcu zgiąłem kręgosłup i podpiąłem dwie pary kolumn:
Celestion Ditton 15
SABA IIA
do pierwszego z brzegu wzmacniacza, który ma wyjścia na dwie pary. Trafiło na SABA Ultra HIFI 9240.
Celestion Ditton 15 kupiłem ponownie kilka miesięcy temu w pakiecie z dwiema innymi parami kolumn, po części po to aby uzyskać lepszą cenę za całość, ale przede wszystkim dlatego, że są to dla mnie bardzo ważne kolumny i swego czasu otworzyły mi oczy na brytyjskie brzmienie tak szeroko, że prawie gałki wypadły mi z oczodołów. Powtarzam to w prywatnych rozmowach i powtórzę to tutaj: wg mnie każdy, kto wchodzi w świat vintage zwyczajnie powinien posłuchać tych kolumn i wyrobić sobie o nich własne zdanie.
Wiadomo – można iść dalej, więcej i drożej, Ditton 25, 44, 66 – ale te 15-tki to jest w 100% brytyjski charakter za niewielkie pieniądze (poniżej 1000 zł). Dwudrożne, ale z dopalaczem – membraną bierną. Uwielbiam je.
SABA IIA to moja środa popielcowa. Pokuta, refleksja i nawrócenie. Przez długie miesiące odrzucałem sugestie dobrych dusz, aby wejść głębiej w kolumny SABA. Ale nie wszystkie! Sam sparzyłem się w przeszłości kupując przypadkowe. To mnie na jakiś czas ostudziło w miłości do SABY i uczyniło niewiernym Tomaszem. SABA IIA są podobne wielkością do Dittonów 15 i grają fraktalami wirującego piękna. Uwielbiam je.
SABA 9240 to amplituner młodszy niż łączone z nim kolumny, ale grający bardzo lekko, przestrzennie i przezroczyście.
Efekt połączenia tej trójki mamy tutaj:
I tak jak przed chwilą odpisałem Kamilowi w komentarzu pod ww filmem na YT, to brzmienie jest odmienne, gdy spojrzysz na nie z punktu widzenia audiofilskiego niuansu, analityki, która definiuje Twój refleks. Ale jako „normalny człowiek” gdy siądziesz i zaczniesz słuchać…. to obie włócznie, Saba IIA i Ditton 15, pod różnymi kątami, inną trajektorią, uderzą w ten sam punkt – pod lewą częścią klatki piersiowej.
Kilka tygodni temu opisałem wzmacniacz SABA VS-100. O tutaj. Wspomniałem wtedy, że w sumie polowałem na VS 80, który jest starszy i bardziej „generyczny”. VS 80 to lata 71-74, zaś VS 100 to jego następca po liftingu z lat 74-77.
Jednak dla postronnego obserwatora Kleinanzeigen zarówno VS-80 jak i VS-100 wyglądają tak samo.
Ten wzmacniacz występował w dwóch wariantach kolorystycznych:
obudowa w kolorze orzechu + czarny front
obudowa biała + front w kolorze metalicznej ciemnej zieleni.
Jeżeli chodzi o różnice wizualne – była zasadniczo tylko jedna – inny kształt nakładek na suwaki.
Kiedy pochwaliłem się chłopakom ze Śląska, że dotarła do mnie VS-100 i gra w stylu K+H, Olek nie wytrzymał ciśnienia 🙂 i kupił VS-80. Olek kupił jeszcze milion innych sprzętów, ale to osoba historia. Po jakimś czasie ustaliliśmy, że na początku Olek wyśle mi swoją VS 80 i ja zestawię ją ze swoją VS 100 a potem obie powędrują na Śląsk i tam chłopaki pobawią się w test A/B.
Patrząc na tabelę serii 8XXX, SABA 8090 byłą ostatnią „dużą” SABĄ z tej serii, jaka powstała w głowach inżynierów a następnie na taśmach montażowych w Szwarcwaldzie. To były lata 1975-1977. Płynnie zastąpiła ona model 8100 (który wszedł na rynek dwa lata wcześniej) i nominalnie była przez dwa lata najwyższym modelem serii 8XXX. Jednak seria 8XXX czyli seria „Studio” oddała w tym samym czasie rolę flagowej serii SABY dla serii Ultra HiFi czyli 9XXX.
Ten taktyczny ruch marketingowy można porównać do sytuacji, w której Toyota zaczyna reklamować Corollę jako swój flagowy – najwyższy w rozwoju model auta tylko dlatego, że wycofała z produkcji Avensis i Camry. Jednak dla specjalnych klientów – za kotarą dzielącą salon na pół – można kupić Lexusa, czyli markę premium przedsiębiorstwa Toyota Motor Corporation.
Tak więc można bez technicznego cienia kłamstwa powiedzieć, że SABA 8090 była flagowcem serii 8XXX w latach 76/77.
Można również nie mijając się z prawdą powiedzieć, że SABA 8090 to drugi od dołu model serii 8XXX.
Tak właśnie brzmi pełna nazwa tej dumnej jednostki sterującej: SABA Ultra Hifi professional 9240 Electronic. To podstawowa wersja tego amplitunera, bez żadnych dodatkowych literek.
Jeżeli spotkacie wersję z dodatkową literką „S”, różnić się będzie ona od podstawowej wersji dodatkowymi przyciskami do zapamiętywania stacji radiowych. 9240 – tego nie ma.
Lekkim modyfikacją była SABA 9241 Digital: posiada cyfrowy wyświetlacz częstotliwości obok skali analogowej. Było to traktowane jako ulepszenie technologiczne w tamtych czasach.
Kilka tygodni temu zagłębiłem się w amplitunery SABA serii 8XXX. To były pierwsze jednostki wypuszczone na rynek w 1970 roku, które rozpoczynały nową erę – 100% krzemową, nowoczesną, spójną z trendami – ale jednocześnie grająca bajecznie. Seria SABA 9XXX zaczęła pojawiać się w katalogach kilka lat później. Jako seria z wyższym numerem na początku łańcucha nazwy stała w pewnym sensie automatycznie wyżej, niż seria 8XXX.
SABA 8XXX to seria Hi-Fi. W złotych czasach Hi-Fi (lata 60. i 70. XX wieku), w Niemczech ustanowiono specjalną normę DIN 45500. Był to dokument, który określał minimalne parametry techniczne, jakie musiały spełnić urządzenia elektroakustyczne (np. moc wyjściową, poziom zniekształceń harmonicznych, zakres przenoszonych częstotliwości), aby mogły być legalnie oznaczone symbolem Hi-Fi.
Równolegle z rozwojem rynku norma ta bardzo szybko zaczęła być przekraczana, nawet przez sprzęty z tzw. średniej półki. Dlatego producenci starali się w jakiś inny sposób wyróżnić swoje topowe produkty. Każdy miał na to swój sposób… SABA poszła w kierunku…
SABA Ultra HiFi czyli seria 9XXX
Kupiłem pierwszy amplituner serii 9XXX, ale zanim poświęcę mu osobny wpis, naśladując serię 8XXX poniżej zamieszczam tabelkę, gdzie zbieram wszystkie modele serii 9XXX przeglądając katalogi sprzedażowe SABY z drugiej połowy lat 70-tych i układając je na osi czasu:
rok 1976 – w katalogu po raz pierwszy pojawiają się modele serii z 9-tką z przodu, czyli Ultra-HiFI 9080, 9100, 9120 – zasada to sama to czy serii 8XXX, czyli trzy ostatnie cyfry to suma mocy muzycznej wszystkich kanałów. Jednocześnie na rynku funkcjonuje jeszcze 8070 – czyli plastikowy entry level, ciekawy 8090 (resztki magazynowe), oraz kwadrofoniczny 8200
rok 1977 – pojawia się najbardziej klasyczny amplituner serii 9XXX czyli 9240
rok 1978 – wygaszanie serii 8XXX i wprowadzanie tańszych pozycji z serii „ultra hifi”
rok 1979 – wersja 9240 otrzymuje model 9240S czyli z sześcioma slotami na zaprogramowanie stacji radiowych
rok 1980 – łabędzi śpiew serii 9XXX i powolny schyłek marki SABA po przejęciu przez markę Thompson.